Kiedy bliskość nas rani aż tak…

„Za nami wiele kłamstw.
Pomyliłam kilka chwil z całym życiem: (…)

Gdy wszystko co chce niebo dać, zamieniam w ogień.
Wszystko co chce niebo dać, umyka z objęć.
Kiedy bliskość nas rani aż tak.
Dawno minął już czas na żal.

Za nami wiele kłamstw.
Czas mi świadkiem.
Bóg go dał, jestem silny (…)
Umierałem już nie raz.
Dziś spokojniej (…)

Gdy wszystko co chce niebo dać, zamieniam w ogień.
Wszystko co chce niebo dać, umyka z objęć (…)
Dawno minął już czas na żal”

Obudziłam się dziś rano. 5.30. Nie mogłam spać. Coś mi się śniło, ale co? Nie pamiętam. Obudziłam się i myślami byłam na terapii. Spotkanie dopiero 9, ale coś mnie niepokoi, coś chciałabym terapeucie otwarcie powiedzieć, ale się blokuję. Dziwi mnie samą taka postawa, ale nie umiem (albo nie chcę) przekroczyć tej „szyby”. Czuję się bezpiecznie w takim stanie, w którym tkwię. Owszem przeszkadza mi to, ale boję się stłuc tę szybę. Nie wiem, jak bym zareagowała. Boję się własnego wybuchu złości. Agresji ze swojej strony. Boję się i wolę być miła, układna i uśmiechnięta a w niektórych momentach bardzo mi to przeszkadza.

Co chciałabym powiedzieć mu prosto w oczy?

Nie, nie potrafiłabym prosto w oczy. Za dużo we mnie strachu. Za bardzo się boję! Na pewno będę miała spuszczoną głowę. Będę patrzeć w podłogę i mówić z wysiłkiem…

Mam taką fantazję…

Nie znam cię prywatnie i nigdy nie poznam. Tak długo tu przychodzę a wciąż nie mogę zwrócić się do ciebie po imieniu. Nienawidzę was! Was, mężczyzn. Gram przed wami. Uśmiech i nieskrepowane wypowiedzi, żarciki a wewnątrz strach, wstyd, upokorzenie, złość. W pamięci złe sceny. Przemoc, krzyki, wulgaryzmy, poniżanie. Dominują złe wspomnienia.Mało dobrych skryptów – jak byś powiedział. Nie ufam ci do końca, dlatego nie mówię ci po imieniu. Pozwoliłam sobie na mówienie per „ty” a nie „pan”, ale to wszystko po to, aby zachować pozory bliskości. Wewnętrznie cały czas jestem gotowa do walki. Spięta i gotowa na obronę. Podczas sesji obserwuję cię, odgaduje twój humor, twoje nastawienia do mnie i staram się zachowywać poprawnie. Gdybyś był zły na mnie i okazywał to, najpierw bym się rozpłakała a później uciekła, ale ty nie podnosisz głosu. Ty milczysz, albo mówisz łagodnie. Dezorientuje mnie to. Siedzę przyklejona do fotela i nie wiem, co robić. Czekam na twoją agresję i jestem gotowa do obrony i ucieczki. Nie znam bliżej mężczyzn, którzy są „normalni”. Ja najczęściej wchodziłam w relację z mężczyznami, którzy mieli problemy psychiczne, byli uzależnieni od alkoholu, byli agresywni. Ta terapia to też bliska relacja polegająca na zaufaniu tobie. A ja nie umiem. Teraz wiem, że jestem ważna i zasługuje na dobre życie. Podświadomie chcę, abym dzięki tej terapii mogła zmienić zdanie o mężczyznach. W myślach słyszę głos matki, która szlocha „taki los”, „ten sk****n”, „ustąp”, bądź płacząca, albo wulgarna. Unik, albo agresja.

Jeśli znałabym cię prywatnie, pewnie mówiłabym ci po imieniu. Tak robię w stosunku do znajomych. W sumie, to wy mężczyźni nie jesteście tacy źli. Potraficie dać dużo dobrych rzeczy. Widzę to u innych. Cierpliwość i łagodność (szwagier), wiedzę i błyskotliwość, ciekawe rozmowy (paru znajomych), uważność i umiejętność słuchania (ty), ciepło i mimo wszystko dobry seks (J. przed chorobą), ale w bliskim mi mężczyźnie tych cech jednocześnie nie spotkałam. Na początku było dobrze, a później „wyłaził” ojciec – alkoholik, agresywny choleryk, albo psychiczny dominator.

Terapia stwarza bliskość. Bliskość bez seksu. Bardzo mi to odpowiada. Próbuję ci zaufać, ale jesteś facetem i wiem jak szybko się zmieniacie. Najpierw jest budowanie zaufania a później agresja, a to bardzo boli. Bardzo niszczy. Bezpieczniej jest z tą „szybą”, z tym dystansem. Kiedy terapia się nie uda, będę mogła łatwiej to sobie wytłumaczyć. Racjonalizować.

Jest mi bardzo trudno przekroczyć tę barierę, bo nie wiem co się stanie a jestem nastawiona na najgorsze. Najczęściej ufałam mężczyznom nie tym, co trzeba. Ciebie też chcę zapytać o ten „feler”. Co z tobą nie tak, skoro postanowiłam zacząć relację terapeutyczną i tak uparcie chcę ją kontynuować.

Często mam poczucie, że wszystko złe jest moją winą, że zrobiłam coś  nie tak, że sprowokowałam, źle odpowiedziałam, byłam za głupia, okazywałam za mało uczuć – dlatego w życiu mi nie wychodzi z facetami.  Qrwa znów patrzę swoim „skryptem”.Jestem winna tego, jak ktoś zachowuje się w stosunku do mnie.

Lubię was facetów za mądrość, ciepło, tą waszą gapiowatość, kiedy jakaś kobieta się wam podoba. Lubię was słuchać i z wami rozmawiać, ale na dystans. Bezpieczną odległość. Otaczam się w życiu mężczyznami. Lubię z nimi pracować. Po pomoc zwracam się do mężczyzn a nie potrafię im zaufać a jako partnerów wybieram tych najgorszych.

Nie wiem, czy będę miała odwagę mu to powiedzieć.

Pewnie nie.

Po swojemu oswajam temat.

Może coś z tego wyjdzie.

Próbuję oswoić ten mój okropny, paraliżujący lek.

Kiedyś muszę skończyć tę terapię.

Zastanawiam się jak on zdiagnozował mój przypadek? Jaką nadał mu etykietkę? Do jakiej kategorii wpisał?

Nie chcę, aby bliskość mnie raniła.  Nie chcę wszystkiego zamieniać w ogień i wciąż się parzyć. Nie chcę!

 

fire-175966_640.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>