Wspomnienia w deszczowy piątek.

Wspomnienie z września 2013r. Od dwóch miesięcy mieszkałam w bloku. Wszystko mnie przerastało. Byłam przerażona. W nocy nie mogłam spać i obserwowałam, czy J. nie dowiedział się, gdzie mieszkamy. Czy nie czeka gdzieś pod blokiem? Nie miałam żadnego wsparcia, od nikogo a ten, kto wynajął mi mieszkanie i którego uważałam za swojego przyjaciela wciąż mnie dołował, zadając pytanie i jednocześnie wyrażając zawód i niezadowolenie, mówił: „Co nie cieszysz się, że masz spokój? Wciąż płaczesz? Myślałem, że dobrze robię, ale teraz widzę, że się pomyliłem, że wynająłem ci mieszkanie. Mam tylko kłopot!” Nie chciałam być kłopotem. On dokładał mi jeszcze poczucie winy, że sobie nie radzę z emocjami, bo powinnam się cieszyć. Było bardzo ciężko. Skończyło się depresją… I rozpoczęciem terapii pod koniec października. To było najmądrzejsze wyjście z całej sytuacji. Drugim wyjściem była śmierć…

Zaczęłam pisać bloga. Wtedy. Od lipca 2013 r.  Umieszczałam kolejne wpisy na internetowych stronach. Było lżej a później jeszcze „studia nad sobą” – bo terapia jest studiami o kierunku „teraz zajmij się sobą i zobacz, że jesteś najważniejsza”. Podoba mi się ten kierunek. Bardzo podoba.

************************

Skrawki wspomnień, okruchy, błyski. Chce zapomnieć, ale wciąż wracają. Jeszcze za wcześnie, jeszcze czasami boli za bardzo. Strach ściska za serce. Zła sytuacja, zły czas. Człowiek, który nic nie rozumie. On broni.

- Będę się tobą opiekował – pochyla swoją twarz nade mną – będę siedział jak kiedyś, kiedy byłaś w szpitalu.

- Nie trzeba, nie jestem chora. Odejdź!

- Będę przy tobie – przesuwa dłonią po moim czole. Siedzi blisko mnie leżącej na łóżku. Zamyka mnie w ramie rąk.  Jedna ręka oparta na poduszce, druga blisko ramienia. Czuję jak brakuje mi tchu. Duszę się. Nie mogę się ruszyć.

- Odejdź – proszę – to nie jest szpital. Ja nie potrzebuję pomocy.

- Będę czekał, jeśli trzeba, całą noc. Wtedy też siedziałem przy tobie całą noc.

- Odejdź – proszę powoli i czuję ten paraliżujący strach, bo wiem co się stanie za chwilę. Za chwilę cienka granica złudnego spokoju pęknie. Za chwilę będzie krzyk i ból. Nie ma dokąd uciec. Pozostaje tylko udawać spokój.

- Wyjdę na chwilę do łazienki.

- Leż …

Dalej tylko skrawki czasu i przestrzeni. Ból, strach, bezsilność.

Od dwóch miesięcy nic mi się nie śni.

Odpoczywam.

Jeszcze żal tego co zostawiłam za sobą – tej materialnej strony. Wymoszczonego gniazdka. Przestrzeni. Dopieszczonych drobiazgowo pomieszczeń. Zostawiłam to. Nie ma powrotu. Jak po pożarze. Tu nic nie jest moje – oprócz mebli. Przychodzi refleksja – nic nie ma wartości, do niczego  nie warto  się przywiązywać.

Moje nowe miejsce jak przechowalnia.

Staram się zapomnieć.

*******************************

Nie zapomniałam. Nie da się. Wypieram z pamięci najgorsze momenty, ale nie mogę się od nich odkleić.

Uczę się z nich, jak z najlepszego podręcznika.

Czasami ból łapie za serce w sytuacjach, które w jakiś dziwny sposób przypominają J., albo opuszczony dom. Zastanawiam się jak on się czuję, czy da sobie radę i żal mi go. Oglądałam „M jak miłość” i był tam wątek Anki – kobiety, którą los zetknął z chorym psychicznie mężczyzną.  Ostatnie odcinki przed wakacjami przeryczałam. Nie mogłam się powstrzymać od głośnego szlochu. Jak bardzo ta sytuacja była podobna do mojej. Te same emocje. Skrzywdzona żona, skrzywdzona Anka i spalony dom. Scenarzysta się bardzo postarał. To były sceny z mojego życia. Te same przerażenie, niemoc i zagrożenie życia i to samo rozdarcie, bo on w jakiś sposób był mi bliski, był chory, nie odpowiadała za to co zrobił i obwinianie siebie. Jestem winna, bo zdecydowałam o odejściu a powinnam przy nim być. Nie mogę być z nim, bo to grozi śmiercią. Cały misz-masz emocjonalny.

Teraz , w nowych odcinkach był wspomniany wątek chorego psychicznie mężczyzny, który rozwalił życie dwóch rodzin. Wywołał poczucie winy u Anki i spalił dom Mostowiakom. Mojego domu też nie ma. Nie żyje teściowa a ja wciąż myślę, czy on jest bezpieczny i czy nie cierpi, czy da sobie radę po powrocie. Qrwa czuję się winna a przecież broniłam swojego życia. Po terapii wiem, że to syndrom sztokholmski, współuzależnienie, nerwica. Wiem, ale emocje wciąż targają rozumem.

Uwielbiam ten film.

Za oknem pada deszcz. Nareszcie!

Wspomnienia wracają falami.

To opowiadanie z 2013 r. napisałam mając przed oczami ostatnią noc w domu. Stan zagrożenia. Te sytuacje powtarzały się mniej więcej co 4 lata. Ostatni był najgorszy. Walczyłam o życie. Pod ścianą , w pozycji embrionalnej leżał szlochający syn. Przerażony tym, co się dzieje. Nie pamiętam jak zdołałam się wyrwać. Dopadłam do okna w pokoju. Zwierzęcym instynktem ciągnąłem za sobą przerażone dzieci. Przy otwieraniu okna zrzuciłam na podłogę doniczki. Upadały z tępym łoskotem rozpadając się na kawałki. Skakaliśmy w czerń nocy na mokrą od rosy trawę.

Ponad dwa lata a wspomnienie są takie żywe.

rain-692985_640.jpg

 

One thought on “Wspomnienia w deszczowy piątek.

  1. Uciekłam z domu, żeby przeżyć. I po latach najbardziej boli mnie to, że nikt nie powiedział mi: Boże, jak bardzo musiałaś cierpieć, jak musiało ci być ciężko. Nawet rodzice. Ten skurwysyn najpierw wykańczał mnie psychicznie, a gdy byłam strzępem nerwów, chciał zamknąć mnie w szpitalu psychiatrycznym. I wiesz co? Łapię się na tym, że martwię się o niego. To idiotyczne. Bo to JEST skurwysyn. I co dziennie sobie to powtarzam. Polecam.
    Trzymaj się Mała. Wyjdziesz jeszcze na prostą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>