Środa, 10:11. Terapia

Od godziny siedzę przed laptopem. Przyglądam FB, pocztę, swoją stronę – fanpage na Facebooku – brzmi jak galaktyka kosmiczna.

Tak, kosmiczna galaktyka…

Byłam rano na terapii. Wydawała się, że był luzik, spoko, ale…

Po wyjściu brakowało mi powietrza. Wiem, dzień taki deszczowy z niskim ciśnieniem… To nie to.

Bardzo spokojnie chciałam się przyjrzeć swoim relacjom z ludźmi. Ze wszystkimi, których postawiłam na swojej drodze, którym pozwoliłam zbliżyć się do mnie i później wyszłam z tego obolała, poobijana, załamana i z depresją.
Powiedziałam do niego:
- Uchyl jakieś drzwi, żebym się przyjrzała…
- Uchylić i zamknąć…
- Nie, nie chcę zamykać. Chcę uchylić i zobaczyć co tam jest. Poprzyglądać się i zostawić otwarte. To ma mi pomóc…

Powiedziałam do niego:
- Opowiedziałam ci o wszystkich moich związkach, znajomościach… Wiesz o moim małżeństwie, znajomościach z okularnikiem, z sąsiadką, z M.  Wiesz, że wybieram ludzi, którzy mnie ranią… Właściwie to wybieram ludzi, których muszę wspierać, dawać im dużo z siebie a to nie są dobre znajomości… Kończą się z wielkim hukiem…

Tak, później zbieram się obolała i pytam, co ze mną jest nie tak…
Tego nie powiedziałam

Powiedziałam, żeby mi pomógł znaleźć to „coś” a tymczasem to ja cały czas szukałam, opowiadałam, przyglądałam się i czekałam na to, co powie. Denerwował mnie trochę jego uśmieszek i zbijał mnie z pantałyku… Pieprzony buddyjski zen… Budda, który wie wszystko lepiej… Gubiłam się wtedy, ale brnęłam dalej.

A dalej… wróciłam do momentu mojego pierwszego razu z mężczyzną. Do tego „chcę, ale się boję”, do ciekawości pierwszego zbliżenia, aktu seksualnego (trywialne nazwy na coś bardzo intymnego, osobistego, niosącego ogromny ładunek emocji, w sumie też wspaniałego przeżycia). Pierwszy raz z J. Z mężczyzną, który był miły, ciepły, może trochę opiekuńczy. Do sytuacji sam na sam…
Obce mieszkanie, 30km od mojej miejscowości, wino, wieczór i stało się… Nie było przyjemnie… Bolało i zostałam osądzona o kłamstwo, że nie jestem jednak dziewicą (a co, kurwa, miałam powiedzieć, że zostałam zgwałcona kiedy miałam naście lat?!). Trudny, cichy, następny dzień. On dopytywała się, czy był dobry w łóżku? Zajebisty – mogłam powiedzieć z pogardą. Był okropny… Nieuważny, dążący do swojego zaspokojenia, ślepy i głuchy na to, o co ja proszę… Następnego dnia się do niego nie odzywałam… Miałam poczucie winy, wstydu, pogardy, odrazy do niego i do siebie i nieodpartą myśl o tym, że czy chcę go, czy nie, już dokonałam wyboru… Ten pierwszy raz przesądził o wyborze przyszłego męża. Kurwa, żałosne… ale tak było.
Bałam się co powie matka, gdybym była w ciąży. Czułam się brudna i głupia. Niedługo po tym poszliśmy dać na zapowiedzi. Najgłupszy krok w moim życiu. 26 letnia dziewoja z poczuciem winy, że przeleciała faceta, i że okazał się cienki, więc żeby mu to wynagrodzić bierze z nim ślub… Kurwa, żenada!!! Te dwadzieścia procent w mojej głowie (te mądrzejsze 20%) krzyczało: „Co robisz???!!! Będziesz żałować!!!! Nie podpisuj tych papierów!!! Nie wciągaj w tą grę faceta, który chciał przeżyć przygodę seksualną i jest jak małe dziecko!!!” A 80 procent słuchało mamy, religii, „co sąsiedzi powiedzą?”, „co na to ojciec?”, grzeczna dziewczynka zadowalająca wszystkich dookoła, tylko nie siebie.
No więc, podpisałam.
Grzecznie poszliśmy wtedy też do USC i zajęliśmy termin ślubu cywilnego. 20% krzyczało „TY IDIOTKO!!!!” 80% – jaka z ciebie fajna dziewczyna!! Obok on, taki biedny misio, któremu niedawno umarła babcia, taki cichy, z bukietami kwiatów na przeprosiny…. Fuck, fuck, fuck!!!!

No i podpisałam cyrograf na 15 lat :-(

B słuchał tego, co mówiłam. Nie, nie klęłam przy nim. Starałam się być kulturalna, ułożona. To, że przeleciałam faceta, to jego pomysł. Najeżyłam się jak to mówił, ale miał rację. Inna po nieudanym seksie trzasnęłaby drzwiami i nie pakowałaby się w małżeństwo z chorym psychicznie facetem… Teraz tak bym zrobiła, ale nie wtedy.
Tak też powiedziałam B. Przed terapią dalej pakowałam się w niezłe bagna…
On powiedział żebym nie … zaraz, zaraz, jakiego słowa użył… nie… wyleciało mi z pamięci. Nie gloryfikowała terapii. Odpowiedziałam, że nie gloryfikuje (to moje słowo – jego zapomniałam). Widzę jak moje życie wyglądało przed terapią a jak wygląda teraz.

No wiec te relacje z ludźmi…

Tak wyglądała ta moja dzisiejsza terapia. Zaczęłam od relacji z ludźmi a zeszłam na temat mojego związku z J. Facetem z którym nie chciałam się związać a związałam. To tak jakbym nie chciała włożyć ręki do ognia a włożyłam ją aż po ramię. Hmmm, super, nie?

B słuchał z tym uśmieszkiem Buddy.

Na koniec powiedział:
- Prosiłaś, żeby otworzyć ci drzwi a tym czasem to ty sama je otwierałaś… Prosiłaś, żeby ci coś pokazać a to ty pokazywałaś i przyglądałaś się czemuś i wyciągałaś wnioski…

Pomyślałam: „Tak, ale żeby to zrobić potrzebna jest osoba, która nie osądza, słucha i słyszy”
Uśmiechnęłam się… Nic nie powiedziałam.

Tak, tak było…

Wróciłam jeszcze do znajomości z K. Takiej neutralnej znajomości. Takiej, która dziś jest, ale jutro, jak jej nie będzie, nie będzie tragedii. Nie ma w niej wspierana, pocieszania, spieszenia z pomocą. Ona jest i ja jestem. Dwie równoległe drogi, które teraz biegną blisko siebie, ale kiedyś się rozejdą. Wiemy o sobie dużo, ale żadna nie leci z biadoleniem „o jak ci było ciężko, jak niedobrze, oj, oj,oj” i to mi bardzo pasuje. Bardzo!

On jeszcze zaczepił o wybór terapeuty. Tak, wybrałam mężczyznę i zrobiłam to po to, żeby zobaczyć, przekonać się, że są neutralni mężczyźni (on to wymyślił – ale poczułam się tak, jakby czytał mojego bloga, bo przecież o tym pisałam). Tak, przyzwyczaja mnie do normalnego odbierania świata a zwłaszcza tego męskiego świata. Dobrze mu idzie :-) pomimo tego uśmieszku Buddy i zupełnie innego spojrzenia na sprawy „tego świata”. Nie znam go, słyszę jakieś niepochlebne opinie… ale o tym już pisałam w jakimś wpisie – nie jednym. Mam to w dupie. Dopóki słucha a ja mam z tego wymierne korzyści jest zajebiście. Przecież o to chodzi…

***

Ja siedzę i piszę a w chałupie takie oto scenki…

Kot rozłożył się na moim łóżku

Kot to ma klawe życie ;-) nic nie robi tylko śpi, przeciąga się, żre, … i znów śpi. Ja w następnym życiu chcę być kotem

***

23:13

Psychoza

Pojechałam z małą do siostry

a w tym czasie (podobno) do naszych drzwi dobijała się facet, który przyjechał na rowerze…

Pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie – to J!

Głośno tego nie mówiłam…

Młody nic nie słyszał. Siedział przed komputerem w słuchawkach.

Blady, przestraszony, zapytał mnie po powrocie:
- A jak to ojciec?
- Przecież jest w szpitalu. To nie może być on!
- A jak go wypuścili?
- R spokojnie. Wpadasz w paranoję…

Chyba wszyscy wpadamy…

2 thoughts on “Środa, 10:11. Terapia

  1. Nie umiem nic powiedzieć. Nie umiem Ci powiedzieć nic mądrego. Sam zbyt mądry nie jestem, może to tego przyczyna. A muszę coś powiedzieć, coś co zneutralizuje poruszenie historią, którą opowiadasz. Oglądam taki film. Oglądam go od lat. Nic specjalnego, durna historia o nierealnej miłości, ale coś jest takiego w nim, że muszę wracać. I tam sformułowanie pada jedno, którego użyłaś, lub użyłaś prawie:

    „Do zobaczenia w przyszłym życiu,
    kiedy obydwoje będziemy kotami”

    Tak mi się przypomniało. przy tym Twoim sierściuchu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>