Poniedziałek, 09:38

Śniła mi się matka. Prała moje rzeczy. Miała mi za złe, że mam tyle brudów, które upycham w koszu. Coś krzyczała.

Obudził mnie ból w klatce piersiowej. Silny i gniotący. Poszłam do kuchni po wodę. Szklankę postawiłam na parapecie okiennym. Blisko mojej głowy. Popijałam z niej parę razy. Nie wyspałam się. Jestem bardzo zmęczona…

Odpowiedziałam K na list:

K Ty już decydowałaś. Rozumiem Twoje postępowanie. Jesteś przerażona tym, co dzieje się od jakiegoś czasu. Moja historia też nie podbudowała Cię pozytywnie. Zawładnęły Wami silne emocje. Boicie się siebie na wzajem…
Po odejściu też nie będzie lekko…
Wiesz dlaczego tak przypominam o terapii? Bo na terapii odkryjesz podświadome mechanizmy, które kierują Twoim postępowaniem. Sytuacja się nie zmieni, ale zmieni się Twoje spojrzenie na sytuację. Z chorobą, jakąkolwiek, i kogokolwiek, trudno się pogodzić. Choroba zaskakuje nas w najmniej oczekiwanym momencie i wywraca nasz świat do góry nogami. Dobry terapeuta pozwoli zrozumieć siebie i swoje postępowanie.
W mojej pracy jest księgowa, której mąż choruje na schizofrenię paranoidalną. Są ze sobą. Niektórzy mówią, że ze względu na jego wysoką rentę… Wychowali trzech synów. Rozmawiałyśmy kiedyś często ze sobą. Ona mówiła o swoim mężu a ja o swoim. Jej nie był agresywny, tylko upierdliwy w psychozie. Tak jak Twój w nocy rozświecał światło, wychodził, przyczepiał się o kochanków, hałasował, czasami w ostrym stanie urządzał kłótnie i wyrzucał ją z domu.
Kurde, nie wiem dlaczego to piszę…Może dlatego, że sytuacja sytuacji nierówna… Nie wiem…
Ja chciałam uciec przez małżeństwo z przemocowej sytuacji w swoim domu rodzinnym. Od alkoholu i przemocy. Wpadłam w przemoc i chorobę psychiczną męża. W domu sobie nie radziłam i nie poradziłam sobie w małżeństwie. Po ucieczce też sobie nie radziłam ze sobą – wynajęłam mieszkanie od faceta przemocowego i z zaburzeniami psychicznymi (depresja po stracie żony) – znów powieliłam swoją matrycę. Wszystko byłoby ok, gdybym dała się oszukiwać i była dla niego pielęgniarką, opiekunką do jego dzieci,
ale… Coś zaczęło mi się nie podobać. (opisałam to w postach na blogu – „Słowa jak węże do ucha” i a później w poście „Zamknij buzię…”) Udało mi się wyprowadzić od tego człowieka do spokojnego miejsca, obecnego mieszkania.
Chodząc na terapię dowiedziałam się, dlaczego dokonywałam takich wyborów. Zaczęłam poznawać siebie. Teraz jestem dużo spokojniejsza – o siebie. Po to jest potrzebna terapia. Nie jest łatwa i przyjemna, ale pozwala dotrzeć do siebie prawdziwej i dowiedzieć się dlaczego postępujemy w taki sposób.
Pozdrawiam

 

Nie wiem, czy dobrze robię wchodząc z nią w dialog. Nie wiem. Jej sytuacja, mimo choroby, jest inna od mojej. Oni, dwoje wykształconych ludzi, z tzw. klasy średniej a ja … z alkoholowego domu, przemocowego, później ….

A w dupie to mam. Jak długo będę rozdrapywać stare rany????

 

Dlaczego te bóle w klatce nie  mijają? Dlaczego nie przechodzą? Męczę się z nimi

List od K :
„Nie wyobrażam sobie”
Nie wyobrażam sobie takiego życia i wiem, że na dłuższą metę to nie zda egzaminu. Nie da się żyć z psychicznie chorym człowiekiem, bo to życie jak na bombie. Nie jestem zdolna do takiego poświęcania – kosztem dzieci i swoim. Zdecydowałam, że odchodzę…, zresztą ja już dawno odeszłam. Myślałam tylko, że coś przemyśli, że się zastanowi, że pójdzie do lekarza i weźmie leki… To jednak scenariusz dla optymistów. Mnie to nie dotyczy. Przez ten weekend otworzyłam oczy: nic lepszego w kwestii leczenia się już nie wydarzy, a ja powiedzmy otwarcie: boje się schizofrenii – tym bardziej nie leczonej i jej następstw. Nie mam na co czekać, bo na co? Aż będzie lepiej? Nie będzie…Jak może być lepiej, kiedy on tego nie leczy? Mam dość tego jego chorego świata i tej „dyskoteki” w jego głowie, słuchania opowieści jak z Jamesa Bonda. Nie chce…to nie. Marnuję tylko czas i energię, którą mogłabym poświęcić na coś zupełnie innego. Już na samą myśl jak mam wracać do domu to robi mi się nie dobrze i najchętniej spałabym w tej pracy, gdybym miała taką możliwość. Wkurza mnie to!!!!!!!!!!!! Jestem wściekła!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Mam dość!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Nie dawno skończyłam przyjmować antydepresanty i leki, które niwelowały lęk…za chwilę będę je brać ponownie, bo przestanę wytrzymywać. Dla dzieci to też za dużo – ojciec, który ma loty  i matka wiecznie przejęta, z przyklejonym uśmiechem na twarzy i depresją. Nie mogę na to patrzeć. I powiem więcej…wczorajsza sytuacja rozwaliła mnie na kawałki: N miał swoje 2 zł – dostał je od babci, żeby kupić sobie batona. W drodze do domu zajechaliśmy wszyscy do sklepu. N wszedł do środka, żeby dokonać zakupu, a ja z M i mężem czekaliśmy w samochodzie. Synek wrócił, wsiadł do samochodu, zapiął pas..ruszyliśmy…w drodze moje dziecko wyciąga z kieszeni szminkę do ust i mówi: „mamusiu, kupiłem dla Ciebie, bo widziałem, że nie masz…wybrałem cytrynową”, a mnie aż ścisnęło gardło…mówię: „Synuś to były pieniążki dla Ciebie, żebyś kupił coś dla siebie”…, a on na to: „Chciałem, żebyś Ty miała, a jak będę miał więcej, to kupię dla Ciebie sukienkę – taką, żebyś miała do pracy”…Wiesz co się dzieje w mojej rodzinie? ….Zaczynają pojawiać się mechanizmy – jak w rodzinie dysfunkcyjnej – Najstarsze dziecko zaczyna przejmować rolę rodzica, gdyż widzi jego niewydolność, opiekuje się matką, bo czuje jej niepokój, jej strach, podświadomie wykluczyło ojca z rodziny. Jest do niego wrogo nastawione, bo postrzega go jak potencjalne zagrożenie dla jego matki, czuje do niego wściekłość i rozgoryczenie, gniew za to jaki jest…Niemniej jednak, szminka za 1.99 jest moim najcenniejszym kosmetykiem i nie oddam jej nikomu, ani nie zamienię się z nikim…Jest bardzo wartościowym prezentem. Mój mąż oczywiście tylko się uśmiechał…nic nie czai…Powiedział do mnie, że żałuje, że nie dałam mu jeszcze jednej szansy. On w ogóle nie bierze pod uwagę tego, że jest chory. Wczoraj przyszedł i mówi: „K , a co jak okaże się, że ja sobie to wszystko wymyśliłem?, że się pomyliłem? Że to nie prawda”…odpowiadam: „Wtedy okaże się, że jesteś po rozwodzie – bo poświęciłeś rodzinę za cenę swojego ego, bo nie chciałeś iść do lekarza i wziąć leków. Wtedy okaże się, że nie masz przyjaciół, bo wszyscy się od Ciebie odwrócili – bo stali się dla Ciebie obcy, po tym jak oskarżyłeś ich o udział w spisku. Wtedy okaże się, że za cenę swoich przekonań – które nie są prawdziwe zostałeś sam w swoim szaleństwie”…”Ja już nie zrobię nic poza tym co zrobiłam do tej pory. Starałam się, ale mi nie wyszło. Próbowałam, ale na marne. Daje Ci więc wolną rękę. Nie mogę decydować za Ciebie i wybierać tego, co moim zdaniem dla Ciebie jest lepsze. Sam musisz chcieć, sam musisz rozumieć, sam musisz dostrzec. Jedyne czego mogę Ci życzyć i czego z całego serca Ci życzę to to, abyś odnalazł spokój…”. Powiedziałam też, że więcej nie podejmę już tematu choroby, leczenia itp. i nie mam zamiaru więcej tego robić. Jestem na etapie szukania mieszkania – na razie do wynajęcia. Mam nadzieję, że uda mi się wynająć coś w miarę dobrej cenie i z perspektywą zakupu.

A , Ty jak odeszłaś jak dałaś radę finansowo? Miałaś jakieś oszczędności? Z czego żyłaś? Ja chyba najpierw załatwię rozwód, alimenty itp., a potem wyprowadzka, choć nie wiem czy to dobra kolejność, bo może powinnam inaczej…no nie wiem. Zastanawiam się, tu chyba nic nie można planować…taka choroba.

I później napisała jeszcze:
I takie to jest życie…ciągle się waham, ciągle nie wiem co pierwsze, co załatwiać najpierw. Jak przemyśle to tak sensownie, to rzeczywiście lepiej poczekać aż sąd zasądzi alimenty i rozwód, bo wtedy będzie musiał się z tego wywiązać. Jeśli wyprowadzę się teraz, a on nie będzie płacił? Bo i tak może być…Nie wiem….wiem jedno – za cenę spokoju zrobiłabym wiele….choć tego spokoju pewnie długo nie będę miała. Dobrze, że mi o tym piszesz…., dobrze, bo coś sobie uświadomiłam – wyrzucanie z domu? Zdrady?….grrrrr……….współczuję tej kobiecie, tak jak współczuję sama sobie i całej swojej rodzinie. Czy ja mam żyć w permanentnym strachu? Czekać od psychozy do psychozy? Nakłaniać do leczenia? Prosić? Chodzić na paluszkach i obchodzić się jak z jajem, aby czasem nie dostał szajby? A gdzie my? Gdzie tu miejsce na dzieci i na mnie? Gdzie tu bezpieczeństwo i spokój? Gdzie tu troska? I wiesz co? Z nim jest jeszcze gorzej niż z dzieckiem? Bo moim dzieciom da się wytłumaczyć, a jemu nie…!!!! Komu mam tłumaczyć? Schizofrenii? Ona tego nie zrozumie…Prawa matematyki zadziałały – albo 3 ofiary, albo 1. Wiem, że to brutalne, niestety jednak tak cholernie prawdziwe….Ja nie jestem zła….Ja jestem WKURWIONA!!! Nasze życie stoi pod znakiem zapytania, co bym nie zrobiła to i tak źle…życie to ciągłe wybory, ciągle podejmowanie decyzji, ciągłe dojrzewanie do czegoś. Nigdy nie zrobię już dalekosiężnego planu na przyszłość…CHCESZ ROZŚMIESZYĆ BOGA? TO POWIEDZ MU O SWOICH PLANACH…

Odpisałam do K :Przeczytałam
Myślałam o Tobie
Ty już wybrałaś – wiem powtarzam się.
Masz rację, spokój dzieci jest najważniejszy. Twój spokój jest najważniejszy.
Jak to było u mnie…
On od świąt wielkanocnych przestał brać leki. Minęła końcówka marca. W połowie kwietnia zaczęłam się rozglądać za mieszkaniem. W międzyczasie on zmienił konto bankowe, odciął nas od swoich pieniędzy. Wściekłam się. W maju złożyłam wniosek o alimenty. On się przestraszył i powiedział, że jednak będzie dawał 200 zł na dzieci. Śmiech na sali. Moja wypłata była na wszystkie opłaty, utrzymanie domu, dzieci, samochód, na wszystko a on wspaniałomyślnie będzie dokładał 200 zł.  Kiedy wezwanie z sądu do niego dotarło był wściekły a jego matka wzywała mnie od kurew, dziwek i pasożytów!!!! Dlaczego? Dlatego, że nie chciałam już utrzymywać jej syna a przecież robiłam to 12 lat. I wiesz co było najgorsze, że czułam się winna, że obarczam go kosztami. Chore!!! Sąd przyznał 500 zł na dwoje dzieci.
Pod koniec czerwca, kiedy psychoza była już bardzo rozwinięta ja wpadłam na „wspaniałomyślny” pomysł, żeby porozmawiać z nim o tymczasowej separacji. Mieszkanie już czekało. Przewiozłam po cichu osobiste rzeczy. Pamiętam jak wieczorem zaczęłam z nim rozmawiać. Wiedziałam, że chcę odejść, wziąć rozwód a mówiłam o separacji, o tymczasowej wyprowadzce… Pamiętam jak powiedziałam, że chcę zobaczyć, czy będzie o siebie dbał, czy zacznie leczenie, czy będzie odpowiedzialny, bo przecież jest ojcem dwójki dzieci. On słuchał… Poprosił nawet o leki… Wziął opakowanie i przy mnie włożył sobie do ust jedna tabletkę i poszedł do piwnicy. Tam mieliśmy kotłownię. Później okazało się, że spalił leki. Dzieciaki się pomyły a ja położyłam się do łóżka. Przyszedł i usiadł na krawędzi. Napisałam o tym w poście „Wspomnienie jak ciernie” No i zaczęła się jazda… Efekt był taki, że w piżamach, z dziećmi, ja spryskana gazem pieprzowym, znaleźliśmy schronienie u sąsiadki. Rano pojechałam na obdukcję. Jego wzięło pogotowie do szpitala, z którego uciekł dwie godziny po przywiezieniu. W domu zostały moje rzeczy. Nie mogłam ich wziąć, bo bałam się tam jechać. Zostaliśmy w ubraniach od sąsiadki. To co się działo tamtej nocy to horror. Brat zawiózł mnie do prokurator, bo chciałam wziąć chociaż łóżka dla dzieci i chciałam ją poprosić o pomoc.  Na czymś musieliśmy spać. Nie dostałam asysty policji. Prokurator zapewnił mnie, że policja będzie w pogotowiu, w razie czego mam tylko zadzwonić. On był w domu. Miałam załatwiony samochód do przeprowadzek. Sprawnie zabrałam podstawowe sprzęty z domu, które wcześniej kupowałam, jakbym wiedziała i przygotowywała się do wyprowadzki.
Mówiłam podobnie do Ciebie – ja już wcześniej od niego odeszłam, odeszłam od pierwszego rzutu chorobowego. Byłam z nim tylko z obowiązku, dla ludzi, dla pracy – księdza. Męczyłam się i tak jak Ty, zaliczałam depresję i poczucie bezsensu swojego życia.
Wiesz co usłyszałam od niego, kiedy się wyprowadzałam, że jestem dziwką, łasą na pieniądze. Spuścił spodnie i kazał sobie… Kurwa, Karolino, dlaczego chorzy mają więcej praw od zdrowych, lepszą ochronę, nawet w sądzie będą mówić, że oni nie wiedzą co robią i co mówią, nie odpowiadają za swoje czyny i słowa a te słowa i czyny tak cholernie ranią i niszczą. I to my mamy czuć później winę, że nie zostaliśmy, że nie wytrzymaliśmy. Nie wiesz nawet jak ja jestem wkurwiona, jak bardzo rozgoryczona i upokorzona.
Jak sobie radziłam?
Normalnie. Od początku małżeństwa to ja byłam żywicielem rodziny. Nauczyłam się jak za 1200 zł ogarnąć 4 osobową rodzinę. Później, wraz z wyższymi stopniami awansu zawodowego, dostawałam podwyżki. Pracowałam w dwóch szkołach. Odłożyłam sobie pieniądze na samochód. Nauczyłam się oszczędzać. Kiedy odeszłam od niego najbardziej bałam się opłat za wynajem. Dałam radę. Płaciłam za mieszkanie 1200 zł i dojeżdżałam do szkoły 5 km. Alimenty raz były raz nie. Dopiero kiedy trafił do szpitala za
zabójstwo, alimenty zaczęły spływać regularnie. Może nie mamy kokosów, ale starcza na życie. 13-tkę i zwrot z podatku odkładam na wakacje. Dzieci nie chodzą głodne, źle ubrane. Teraz mam tańsze mieszkanie. Starczy na wszystko i mam mega bonus – ŚWIĘTY SPOKÓJ. Było warto!!!
Kiedyś przeczytałam opowieść Ingi Zawadzkiej – zamieściłam go na blogu „Skok – jest wiele kobiet, które się go boją” przeczytaj. Mi pomógł.
Ufff, ciężko wracać do przeszłości. Cholernie ciężko.
Dziewczyno, rób co chcesz, żeby czuć się bezpiecznie. Życia nic nie zwróci a dzieciom potrzebna jest zdrowa matka. Zdrowa i pogodna.
Nie napisałaś mi, że leczyłaś depresję. Z tego co przeczytałam, Twoi rodzice żyją, więc jakieś wsparcie będziesz miała.
Do Ciebie należy decyzja.
A co do planów??? Wiesz, mój terapeuta przez długi czas pracował ze mną nad poczuciem „tu i teraz”. Widać to po wpisach na blogu. Wczorajszy dzień już był, jutrzejszy dopiero będzie a najważniejszy jest dzień dzisiejszy. Plany??? Planem jest uśmiech na dziś, przytulenie dzieci, buziaki dla nich, śniadanie, obiad i kolacja. Noc i sen… A później, jutro, będzie następny dzisiejszy dzień. To jest plan!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>