Środa, 20:07, In treatment…

Chciałabym powiedzieć, że dziś było dreptanie w miejscu

Na terapii

Nie było

Było mnóstwo dywagacji i „pieprzenia głupot” – jak to określiłam, śmiejąc się przy tym. Rozśmieszyło mnie w pewnym momencie powtarzanie tego, o czym kiedyś mówiliśmy…

Mówiłam trochę o B i jak go postrzegam. Podkreśliłam przy tym, że tak naprawdę nie znam go prywatnie i dobrze, bo gdybym go znała to bardzo szybko zaczęłabym się do niego dostosowywać, ze strachu, zachowawczo, chciałabym być dobra i miła. Fakt, jestem i bez tego. On coś mówił o idealizowaniu terapeuty a ja szybko dodałam, że idealizuje się wszystkie osoby, które pomagają, a więc lekarzy, nauczycieli, policjantów – oni z natury powinni być dobrzy i pomocowi…

Mówiliśmy trochę o moim ojcu i o historii, która utkwiła B w pamięci – sceny, kiedy ojciec podaje mi kanapkę w pociągu. Kiedy o tym mówił poczułam rozrzewnienie, jakieś dobre uczucia w stosunku do ojca. Uśmiechnęłam się delikatnie i cichutko powiedziałam, że chyba go kochałam, pomimo tej agresji i alkoholu. B zepchnął moją uwagę na jego dobrą stronę. Kiedy mówiłam o matce, że wiecznie płakała i narzekała i o ojcu, że był nieobecny, bo albo był pijany, albo bardzo agresywny i to przez niego matka płakała, B powiedział, że usprawiedliwiam matkę. Na chwilę umilkłam. Ma rację. Obwiniam ojca za wszystkie zło, jakie działo się w domu.
Powiedziałam o starszym rodzeństwie a zwłaszcza o siostrze, która bardzo kochała ojca. Znała go dłużej. Znała go prawie od początku istnienia naszej rodziny. Często opowiadała jaki był opiekuńczy, ofiarny (była straszna bieda a ojciec przywoził kawałki chleba i dawał go jej, żeby nie była głodna, chociaż sam nic nie jadł), jak kochał matkę i dawał jej pieniądze na nowe ubrania, które ona kupowała w Warszawie (była „modnisią”, elegantką) a ona wciąż narzekała i była ze wszystkiego niezadowolona.
Ja, jako dziecko a później panienka, pamiętam jak ojciec śpiewał ludowe piosenki. Lubił je śpiewać i zawsze wtedy się śmiałam.

U matki pamiętam tylko płacz, narzekanie, niezadowolenie. Smutną, zamyślona twarz i opowieści o tym, że jest nieszczęśliwa i pokrzywdzona przez tego s….na.

Dużo słów. Porównań. Dykteryjek.

W ogóle dziś na terapii się działo. Wciąż o czymś mówiłam. Zaczynałam jakieś tematy, opowiadałam filmy, które kojarzyły mi się z poruszanymi tematami, bardzo dużo słów…

Weszłam do gabinetu ze zmarzniętymi dłońmi. Rozcierałam je mówiąc, że jest bardzo zimno

Zimno nie było. To ja byłam trochę poruszona.

Na korytarzu „spotkałam” dawną sąsiadkę. Kiedy wchodziłam zobaczyłam jej rozwichrzone loki. Stała tyłem, więc nie byłam pewna, czy to ona. Powiedziałam dzień dobry. Ona się odwróciła a ja nawet nie spojrzałam w jej stronę. Przeszłam koło niej, jak koło obcej osoby, jakby była powietrzem . Wiem, że patrzyła na mnie. Poszłam odwiesić kurtkę na wieszak. Wróciłam w stronę krzeseł i usiadłam. Zaraz potem wychylił się B ze swojego gabinetu i poszłam na sesję. Dziwię się swojej reakcji – tej obojętności, spokojowi i temu, że stała mi się taka obojętna. Taka obca. Ciekawi mnie jak długo chodzi na terapię? Bardzo dobrze, że poszła. Będzie lżej jej dzieciom a może i jej. Nie chcę z nią już rozmawiać. Już nie… I to mnie bardzo zdziwiło.

Na sesji też powiedziałam, że wiele sytuacji jakie teraz sama stwarzam, kiedyś były dla mnie nie do pomyślenia. Wiele relacji, które zamknęłam, już mnie nie niepokoją a dają mi ogromną wolność. Zakończenie relacji z okularnikiem spowodowało przeniesienie do spokojnego i dobrego miejsca, mojego domu, bezpiecznego domu. Zostawiłam to jego brudne mieszkanko i wcale nie jest mi tego żal. Zakończenie relacji z sąsiadką też jest bardzo dobre. Pomimo jej „wspierania”, ja czułam się niekomfortowo, przymuszałam się do wdzięczności a jej pomaganie odbierałam jak zaciąganie długu wdzięczności i bardzo mnie to denerwowało. Denerwowało też mnie jej wścibstwo i rządzenie. Może chciała dobrze, ale bałam się tej relacji, bałam się zaciąganego „długu” i mimo, że bardzo przeżywałam nasze odsunięcie, to tak naprawdę jestem wdzięczna, że tak się stało.

Często mówiłam do B per „ty”. I przychodziło mi to lekko, bez oporów. Oczywiście, jeszcze raz doszukiwał się drugiego dna w odczuwaniu zimna przeze mnie i powiedział, że to przez to, że on nie jest wspierający. Już jestem do tego przyzwyczajona, że muszę dużo pracować na sesjach sama…

Trochę mówiliśmy o wyroczniach starożytnych. To na skutek moich słów, że on nie mówi mi jak mam postępować, nie jest taką wyrocznią. Śmiałam się mówiąc, że przychodzę do niego i wywalam wszystko, co mam w środku, tak jak ludzie przychodzący do wyroczni, która na podstawie wnętrzności układała wróżbę i dawała wskazówki, jak postępować. Ja swoje „wnętrzności” też wywalam, ale wróżby nie dostaję… Powiedziałam, ze wyrocznie były ukryte za kotarą, ludzie ich nie widzieli i pewnie były ujarane i mówiły, co im ślina na język przyniesie. On powiedział, że to były piękne kobiety, które miały problem z bliskością, były bardzo wycofane i bojące się bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Jakie by nie były, on na pewno nie jest i nie będzie wyrocznią.

Od razu skojarzył mi się film „The Knick” i pokazanie początków terapii. W serialu doktor próbujący leczyć uzależnionych mężczyzn, poprosił swoją przyjaciółkę o odgrywanie terapeutki a ponieważ kobieta miała zdeformowaną twarz i nie chciała, aby ktoś na nią patrzył, polecił aby krzesła na których będą siadać, ona i chory, były do siebie odwrócone oparciami, tak by oboje słuchali tylko swojego głosu. Terapia polegała na mówieniu przez uzależnionego tego co przychodzi mu do głowy a kobieta słuchała, prosiła o powtórzenie niektórych zdań, dopytywała, mówiła jak ona to odbiera.  B od razu zapytał, czy ja wolałabym nie widzieć jego. Odpowiedziałam, że czasami tak by mi było łatwiej.
Dziś też uciekałam wzrokiem w różne strony a na niego patrzyłam tylko niekiedy.

Stało się też coś jeszcze…
Po tych wielu słowach, pod koniec terapii, on zaczął na głos mówić, to co zaobserwował. Słuchałam go patrząc w okno. Nagle dotarło do mnie znaczenie jednego zdania. Poczułam ogromny żal i z oczu potoczyły się łzy. Chciałam krzyczeć, szlochać, wyjść a jedyne co zrobiłam, to odwróciłam zapłakaną twarz w stronę ściany. Zaciskałam szczęki i nie pozwalałam na głośny szloch… W końcu powiedziałam: „OK, dałam radę”… W głowie huczało i było mi wstyd, że tak mnie to rozżaliło. Przecież przed chwilą się śmiałam, że pieprzę głupoty, skupiam się nad popieprzonymi dywagacjami a teraz mam ochotę głośno płakać. On coś mruknął, nie pamiętam teraz, może coś w tym sensie, że „na pewno”, a może „jak zwykle”. Zapytał, co czułam? A ja wstydziłam się powiedzieć, co czułam.  Zaczęłam cmokać, milczeć, aż w końcu wykrztusiłam „Ogromny żal, że nikt tak do mnie nigdy nie powiedział…”

Czego ktoś do mnie nie powiedział???? Wyparłam to z pamięci. To było takie małostkowe… Takie słabe… To by świadczyło, że jestem słaba i bezradna a ja taka nie mogę być. Nie mam prawa być słaba. Muszę być silną babą, która ze wszystkim sobie poradzi.

I poczułam się jak mała dziewczyna, która siedzi na olbrzymiej kanapie a nie  w dużym fotelu… Taka słaba i bezbronna… Skurczona… Podnosząca bladą twarzyczkę w stronę faceta, który mówi oczywistą rzecz, ale dla niej ta rzecz jest nie do pomyślenia…

Tak, nikt nigdy w życiu mi nie powiedział, że nie muszę być mocna, że mogę być słaba i mogę oczekiwać pomocy a wręcz dostawać od kogokolwiek wsparcie…
Nie pamiętam jak brzmiało to zdanie… Zapomniałam…
Było w nim dużo ciepła… Dużo mojej bezradności, na którą mogę sobie pozwolić i nie wydarzy się koniec świata ani nikt przez to nie umrze. Zdanie, które pozwoliło mi przestać być na baczność. To było dobre zdanie… Dlaczego go nie pamiętam???? Nie pozwalam sobie pamiętać… To tak, jakby było nas dwie. Silniejsza jest wciąż ta druga, uformowana przez matkę. Matka wciąż otacza mnie sobą, jak ośmiornica, mackami. Wciąż słyszę jej ostrzeżenia, wciąż widzę jej zapłakaną twarz, jej złość, urazę, niechęć i czuję przymus chronienia jej, ustępowania, zgadzania, leczenia, opiekowania…
Przecież ona nie żyje…
To takie oczywiste postępowanie, taka „matryca”, mam tego świadomość, tylko, że ta „ośmiornica” jest mocniejsza…
Kiedy B mówił o obrazie mojej matki, automatycznie pomyślałam o swoich dzieciach. Czy ich nie krzywdzę? Jaki obraz pozostanie w ich pamięci?

Dzisiejszy dzień nie jest zły

Mimo ogromnego smutku i żalu, który czuję, czuje też spokój. Ogromny, wewnętrzny spokój.

Przestałam się szarpać

Nie chcę udowadniać innym, że jestem superwomen. Ja wiem, że jestem, ale wiem też, jakim kosztem. I wiem, że koszty są za wysokie. Za wysokie…

Coraz bardziej zaczynam cenić spokój mojego miejsca.

Jest bezcenny

TAK, JEST BEZCENNY ♥

Piszę i słucham muzyki

Srebrne dzwoneczki fortepianu

Dzisiejszy dzień był bardzo dobry

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>