Czwartek, 23:46 Burzowo

Oj, od wczorajszego wieczora przetaczają się burze.
Z przepięknymi błyskawicami. Pięknymi, oślepiającymi zygzakami. Jest moc…

Myślami byłam na wczorajszej terapii. I pomyślałam, że fajnie byłoby mieć wśród znajomych małżeństwo B. Wpaść do nich z winem i pogadać o filmach, książkach i muzyce. On byłby świetnym rozmówcą a ona wspaniałym słuchaczem, albo odwrotnie – ona wspaniałą rozmówczynią a on słuchaczem Takie kulturalne popołudnie. Ech… Jak mi brakuje takich rozmów.
Mam dość tego targowiska próżności. Opowieści: za ile, to było najlepsze, a to najdroższe, to kosztowała tyle tysięcy a tu zrobiliśmy za kilkanaście. Te pieniądze w oczach, w uszach, w ścianach, w samochodach, w złocie, srebrze, na zagranicznych wyjazdach. Oni nie rozmawiają, oni szeleszczą banknotami z przestrachem w oczach, że ktoś ma więcej… Te wieczne ploty, drżenie przed plotami o sobie i wyciąganie, co, kto i jak mówił. Brrrr. To nie są towarzyskie spotkania. To spotkania nerwowe, a wręcz nerwicowe. Wychodzę z nich wypompowana, zmęczona i zdołowana, ale przecież odmówić znajomym „herbatki” nie wypada, więc idę i słucham. Potakuję. Wyrażam zdziwienie, zachwyt, zrozumienie i ukradkowo zerkam na zegar i odliczam czas do końca. Ile jeszcze wytrzymam? Już czas na wyjście, a tu jeszcze nie wszystko pokazane, nie wszystko pochwalone… Jeszcze on, ona, ono, plotki, ukradkowe spojrzenie i szept i słowa: „A ona to…, a on tamto…” Pleas, litości… W końcu dzwoni telefon. Uffff Jestem uratowana. Jestem nieodzowna w domu. Oni coś ode mnie chcą, więc hurrrra, zmywam się z obietnicą, że jeszcze wpadnę i pogadamy. Sorry to nie była rozmowa, to był Mordor. Wsiadam do samochodu i jak najszybciej odjeżdżam. Uffff

A w domu nie było światła. Piorun gdzieś strzelił.
Światło włączyli niedawno.
Parę słów na bloga i spać.

Jutro egzaminy. Cały dzień w szkole. Zaczynam o 8.30 a kończę o 19. Praktyczny w technikum żywieniowym.

W sobotę od ósmej do dwunastej. Jedna zmiana.

W niedzielę jadę do Wa-wy, do bratanka. Urodził mu się syn. Jedziemy ich odwiedzić.

Środa, 10:50 In treatment

Była

Luz

Okopałam się…

Nic nie mówiłam

***

No, może nie całkiem nic nie mówiłam, bo głupio tak siedzieć i nic nie mówić przez 45 min. Moich cennych 45 minut.

Rozmawialiśmy

Wiele tematów, byleby nie mówić o niczym istotnym.

Powiedziałam o rozwodach i o poczuciu wolności, kiedy już nie będą mnie wiązać małżeństwa. O tym, jak bardzo ucieszyło mnie wywołanie po starym nazwisku. O moim strachu przed J.

Ale on to wszystko słyszał, więc czułam się tak, jakbym powtarzała stary materiał przed egzaminem.

Postawiłam mur między nami.

Powiedział, że na terapii można też opowiadać o swoich marzeniach, pragnieniach, fantazjach…

Uśmiechnęłam się

- Myślałam, że terapia służy do pozbycia się traum… Przecież dlatego tu przyszłam. Z tym przyszłam… – zamilkłam, bo nie wiedziałam jak to ująć w słowa, jak nazwać, to z czym przyszłam. – Przyszłam z wielką ciemnością… – i znów umilkłam. Tak wtedy się czułam. Jakbym była otoczona ciemnym, duszącym całunem. Czarna, gęsta powłoka uniemożliwiał mi normalne życie. Przyszłam do niego, żeby ją zdjąć. Odwinąć siebie i poczuć życie. Poczuć każdy najmniejszy jego skrawek. Każdą sekundę. Ta powłoka jeszcze się za mną ciągnie, ale jest jej coraz mniej. Zaczynam dostrzegać kolory. Czuć zapachy. Smakuję moje życie.  A zaczyna smakować coraz lepiej.

Rano miałam zacząć spotkanie pytaniem, jak się czuje. Przecież tydzień temu podobno wybił bark a dziś wyglądał normalnie. Nie miał żadnego usztywnienia.

Nie zapytałam.

Zapomniałam.

Wybił mnie z wytyczonego planu wyjściem z przychodni. Akurat wyszłam ze swojego auta i już miałam iść do przychodni, kiedy on wybiegł z niej, wsiadł do swojego samochodu i wydawało mi się, że odjeżdża.
- No, fajnie. Spierdziela – pomyślałam i stanęłam w miejscu z kluczykami w dłoni. Nie wiedziałam, czy wracać, czy iść do przychodni, więc stałam oniemiała.
Przestawił samochód. Jakaś kobieta wyjechała a on powrócił na swoje miejsce. Wysiadł i wszedł do przychodni.
Poczłapałam i ja.
Weszłam i zaczęliśmy terapię.

Cały czas biję się z myślami nad tym rozdwojeniem dotyczącym kontaktów. W gabinecie mam mu ufać i uzewnętrzniać swoje najskrytsze myśli. Rozmawiać z nim, jakby był moim najlepszym przyjacielem a na zewnątrz, w realnym świecie, udawać, że się nie znamy. To śmieszne i odpychające. Sztuczne, ale czy nie na tym opierają się kontakty międzyludzkie – na sztuczności i promowaniu „swojej lepszej strony”
Czasami mam wrażenie, że nikt nie mówi prawdy. Lansuje się. A kiedy zostaje przyłapany na kłamstwie, nie wie, jak ma z tego wybrnąć. Najczęściej wtedy milknie, rumieni się, spuszcza głowę i odchodzi.
Gabinetowa relacja mi odpowiada – jest sztuczna i oparta na dystansie a ja jestem przecież ekspertem od dystansów i murów. Grunt, to żeby nikt nie zbliżył się do mnie zanadto, bo wtedy mnie odrzuci…
Wiem, on rzuciłby tekst o zupie pomidorowej i o tym, że chcę nią być…
Właściwie, to coraz mniej mnie obchodzi, czy ktoś mnie lubi, czy trochę mniej, czy wcale.

Podobno za tydzień będzie…

Sobota, 11:44

Wolna sobota.

Okazało się, że mam refluks żołądkowy. Wszystkie te bóle w śródpiersiu, ból podczas przełykania, wrażenie zaciskania się przełyku przy przełykaniu suchych i zbitych posiłków to objawy refluksu.

Wykupiłam w końcu leki i zaczęłam je brać.

Przestraszyłam się, że to objawy raka żołądka. Tak miała moja matka, która zmarła na raka.

Zrobiłam wyniki, ale oprócz jednej nieznacznie zaniżonej wartości, reszta jest ok.

Jestem zdrowa.

Dezaktywowałam Fecebooka. Zobaczymy jak długo bez niego wytrzymam. Tym samym zamknęłam swoją Facebookowa stronę drugiego bloga. Jestem jeszcze na Google+. Pod nazwą „Och życie”

Jeszcze tydzień w szkole i mam wakacje. Nareszcie!

Czwartek, 14:18

Tęsknię za M. Nie rozumiem jej zachowania. Cały czas wracam myślami do wymiany zdań między nami i tego, że to wszystko nas odsunęło od siebie.

W internecie znalazłam tekścik (mem), że nie warto dzwonić do osób, które nigdy do nas nie dzwonią (chodzi o „przyjaciół”), odwiedzać osób, które nigdy do nas nie przychodzą… A ja zawsze wszędzie leciałam pierwsza i nadskakiwałam każdemu. Chyba mają rację… Pamięta się o osobach, które krytykują, ale nie o tych, które mówią same superlatywy.

***

22:15

Niedawno wróciłam od B.

Dokończyłyśmy to greckie wino.

Pogadałyśmy

Pośmiałyśmy się

W poniedziałek B ma badania w W-wie w kierunku obecności komórek rakowych. Bardzo boli ją kręgosłup. Bierze silne leki przeciwbólowe. Wszyscy się boimy wiadomości, że to przez zaleczonego raka. Ona jest taka dobra, wyrozumiała i tak dobrze się z nią rozmawia. Poznałyśmy się kiedyś w przedszkolu, do którego chodziły nasze dzieci i ta znajomość trwa od 13 lat.

Sorry, ale wciąż myślę o M i o tym, dlaczego już nie chce ze mną rozmawiać? Wczoraj nawet rozmazałam się przez chwilę i wyrwało mi się pytanie „dlaczego nikt mnie nie chce?”, „dlaczego ludzie, którzy są dla mnie ważni mnie ranią, odchodzą, albo wykorzystują?”. Przez chwilę wpadłam na stary tryb i pomyślałam o swojej ukrytej wadzie. Tylko, że ja nie jestem „produktem wadliwym”  a inni zachowują się w sposób charakterystyczny dla siebie i wcale nie postrzegają tego w kategoriach „robię to specjalnie, żeby mu dopiec”. Tak nie jest…

Tak, ludzie odchodzą i przychodzą a ja wciąż nie pozwalam sobie na pogodzenie się z tym i wciąż myślę, że mam na to jakikolwiek wpływ. Nie mam…