Niedziela, 10:01. Niegrzeczne dziewczynki idą tam, gdzie chcą!!!

Młody z Gracji przesyła snapy.

Rejs statkiem. Dyskoteka. Nauka tańca Zorba. Piękne widoki… Ech. Jak ja mu zazdroszczę…

A u nas słońce i ziiiiiiimno.

W piątek dzwoniłam do sądu biskupiego. Przelew dotarł. Zapytałam o postępy w sprawie. Utknęła na etapie badania psychologicznego pozwanego. Jego stary adres nie został zmieniony. To, co ustalili wiosną 2014 roku zostało na niezmienionym poziomie. Ksiądz odbierający telefon był mocno zdziwiony obrotem sprawy. Poradził napisać wiadomość zgodną ze stanem na dzień dzisiejszy, więc napisałam, gdzie jest pozwany i z jakiego powodu. Podałam jego adres i fakt, że jest częściowo ubezwłasnowolniony. Już biegli nie muszą go badać i rozpatrywać jego poczytalności. Życie zrobiło to za nich. Nie napisałam tylko, że złożyłam pozew rozwodowy w sądzie cywilnym. Sądy kościelne bardzo powoli mielą. Od 2013 roku przesłuchano tylko świadków z mojej strony i mnie. Nic więcej. Jego zostawiono. Hmmm… Może teraz, kiedy dopłaciłam 800 zł ruszą ze sprawą.
Tysiąc tu, tysiąc tam…
Siała baba mak… No, drogocenny mak…

Te minione cztery lata to była hibernacja. Gdyby nie ten jego durny pozew o obniżenie alimentów dalej tkwiłabym w tym stanie. Dobrze, że dostałam takiego kopa.
Co z pieniędzmi? Jakoś dziwnie nie jest mi ich szkoda. Nareszcie czuję, że są wydawane po coś, w dobrym celu.
To zaskoczenie w sądzie, kiedy usłyszałam, że sprawy zostają zawieszone na czas sprawy rozwodowej i ulga, że nie będę musiała przeżywać wszystkich negatywnych emocji podczas składania zeznań, bezcenne.

Jedna bitwa wygrana.

Wojna trwa…

Przede mną batalie w sądzie okręgowym.

W środę na terapii B powiedział, że żałuje mnie.
- Jest mi cię szkodą – popatrzył na mnie chwilę – Przed tobą znów rozprawy w sądzie…
Nie słuchałam go dalej.
Popatrzyłam w jego oczy i przez chwilę miałam mętlik w głowie. Przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać, ale zaraz zalała mnie fala złości. „Kurwa, niepotrzebnie. Nie potrzebuje litości!!!” – krzyczałam hardo w myślach. Uśmiechnęłam się i cicho powiedziałam:
- W moim życiu nic nie jest łatwe…  – „Przyzwyczaiłam się do tego” – pomyślałam.
Właściwie to „przyzwyczajenie” zaczyna mi uwierać. Potrzebuję spokoju!!!! I mam nadzieję wygrać tę wojnę!

Po raz pierwszy w życiu robię COŚ dla siebie samej. DLA SIEBIE SAMEJ!!! I to kurewsko mi się podoba! Egoistka! TAK! ZDROWA EGOISTKA! Świat niech zbawia się sam! Nikogo tym nie krzywdzę.

Tak drogi B! Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne, tam gdzie chcą! Miałeś rację! :-D