Środa, 10:50 In treatment

Była

Luz

Okopałam się…

Nic nie mówiłam

***

No, może nie całkiem nic nie mówiłam, bo głupio tak siedzieć i nic nie mówić przez 45 min. Moich cennych 45 minut.

Rozmawialiśmy

Wiele tematów, byleby nie mówić o niczym istotnym.

Powiedziałam o rozwodach i o poczuciu wolności, kiedy już nie będą mnie wiązać małżeństwa. O tym, jak bardzo ucieszyło mnie wywołanie po starym nazwisku. O moim strachu przed J.

Ale on to wszystko słyszał, więc czułam się tak, jakbym powtarzała stary materiał przed egzaminem.

Postawiłam mur między nami.

Powiedział, że na terapii można też opowiadać o swoich marzeniach, pragnieniach, fantazjach…

Uśmiechnęłam się

- Myślałam, że terapia służy do pozbycia się traum… Przecież dlatego tu przyszłam. Z tym przyszłam… – zamilkłam, bo nie wiedziałam jak to ująć w słowa, jak nazwać, to z czym przyszłam. – Przyszłam z wielką ciemnością… – i znów umilkłam. Tak wtedy się czułam. Jakbym była otoczona ciemnym, duszącym całunem. Czarna, gęsta powłoka uniemożliwiał mi normalne życie. Przyszłam do niego, żeby ją zdjąć. Odwinąć siebie i poczuć życie. Poczuć każdy najmniejszy jego skrawek. Każdą sekundę. Ta powłoka jeszcze się za mną ciągnie, ale jest jej coraz mniej. Zaczynam dostrzegać kolory. Czuć zapachy. Smakuję moje życie.  A zaczyna smakować coraz lepiej.

Rano miałam zacząć spotkanie pytaniem, jak się czuje. Przecież tydzień temu podobno wybił bark a dziś wyglądał normalnie. Nie miał żadnego usztywnienia.

Nie zapytałam.

Zapomniałam.

Wybił mnie z wytyczonego planu wyjściem z przychodni. Akurat wyszłam ze swojego auta i już miałam iść do przychodni, kiedy on wybiegł z niej, wsiadł do swojego samochodu i wydawało mi się, że odjeżdża.
- No, fajnie. Spierdziela – pomyślałam i stanęłam w miejscu z kluczykami w dłoni. Nie wiedziałam, czy wracać, czy iść do przychodni, więc stałam oniemiała.
Przestawił samochód. Jakaś kobieta wyjechała a on powrócił na swoje miejsce. Wysiadł i wszedł do przychodni.
Poczłapałam i ja.
Weszłam i zaczęliśmy terapię.

Cały czas biję się z myślami nad tym rozdwojeniem dotyczącym kontaktów. W gabinecie mam mu ufać i uzewnętrzniać swoje najskrytsze myśli. Rozmawiać z nim, jakby był moim najlepszym przyjacielem a na zewnątrz, w realnym świecie, udawać, że się nie znamy. To śmieszne i odpychające. Sztuczne, ale czy nie na tym opierają się kontakty międzyludzkie – na sztuczności i promowaniu „swojej lepszej strony”
Czasami mam wrażenie, że nikt nie mówi prawdy. Lansuje się. A kiedy zostaje przyłapany na kłamstwie, nie wie, jak ma z tego wybrnąć. Najczęściej wtedy milknie, rumieni się, spuszcza głowę i odchodzi.
Gabinetowa relacja mi odpowiada – jest sztuczna i oparta na dystansie a ja jestem przecież ekspertem od dystansów i murów. Grunt, to żeby nikt nie zbliżył się do mnie zanadto, bo wtedy mnie odrzuci…
Wiem, on rzuciłby tekst o zupie pomidorowej i o tym, że chcę nią być…
Właściwie, to coraz mniej mnie obchodzi, czy ktoś mnie lubi, czy trochę mniej, czy wcale.

Podobno za tydzień będzie…

One thought on “Środa, 10:50 In treatment

  1. Najważniejsze, żebyś polubiła siebie. Sądzę, że lubisz siebie taką jaką jesteś. Nikt nie jest doskonały, ja też…
    kazdy ma wady, ja też.
    Wiele rzeczy nie umiem i nie potrafię , czasem gubię się, zapominam, …ale najważniejsze jest, żeby wiedzieć czego się chce, bo tym samym wie się czego się nie chce :)

    Wiem, czego chcę, bo tym samym, wiem czego nie chcę…
    Wiem kogo chcę, bo tym samym wiem, kogo nie chcę…

    wszystko inne, to czego nie chcę, niech po prostu spada…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>