Środa, 16:02 In traetment

Była.

Dzisiejszy temat to mój wyjazd nad morze i moja radość, że zwiedziliśmy tyle fajnych miejsc, że wszędzie dojechałam sama, pomimo zepsutego sprzęgła, że dałam radę, i jestem z tego mega dumna. Było wiele radosnych słów i zachwytów nad samą sobą! Opowiedziałam o wielu wakacyjnych samodzielnych wyjazdach i o tym, że dały mi wiele siły i odwagi do zmian w życiu.

On oczywiście szukał w tym symboli i odwołań do mojego życia. Cały czas porównywał.

Ja – że stałam w korku, chociaż później dowiedziałam się, że istnieje droga równoległa do zakorkowanej a ja z niej nie skorzystałam. Ja – że ciągnąc się w korku na dwupasmówce tkwię na prawym pasie, chociaż lewy jedzie szybciej. W końcu zdecydowałam się przejechać na lewy pas i szybciej wyjechałam.

On – że to tak jak w moim życiu. Tkwię w starym, chociaż wiem, że są szybsze rozwiązania, które są łatwiejsze.

On – że wolę jechać na zepsutym sprzęgle.

Ja – owszem, ale wciąż do przodu.

On -  i z tym sprzęgłem daję sobie radę a przecież można je naprawić.

Ja – że jednak w moim życiu dominuje strach przed strachem przed zmianami (trochę zagmatwałam, ale tak to wygląda). Tkwię, nawet wspomnieniami, ale tkwię w złych zdarzeniach z przeszłości…

W tle zawisł temat matki. Nie chciałam do niego wracać, ale w końcu powróciłam do tematu sprzed dwóch tygodni. Gardło się ścisnęło… Powróciłam do tematu tajemnicy rodzinnej i tego, że siostra nie może być fizycznie moją matką, bo dwa tygodnie po mnie urodziła się siostrzenica.
On powiedział, że o byciu matką świadczy przywiązanie emocjonalne a nie pochodzenie fizyczne.
Uspokoił mnie tym. Parę słów a ja odetchnęłam. Tak siostra mentalnie jest moją matką. Dała mi więcej miłości, zainteresowania, wsparcia. To od jej męża połknęłam bakcyla podróżowania. On woziła nas ( mnie i siostrzenicę) po całej Polsce Starem. Dziś nawet nie pamiętam dokąd jeździliśmy. Pamiętam atmosferę wyjazdów i ciekawość nowych miejsc, smak owoców kupowanych od sadowników, ciepło wody podczas kąpieli w jeziorkach, nocne powroty, kiedy pilnowałyśmy, żeby P nie zasnął za kierownicą.

Dzisiejsza wizyta była nasiąknięta radością podróżowania i milczeniem, kiedy miałam mówić o matce. Brnęłam przez to milczenie, powoli jednak mówiąc o niej.

Wróciłam do jego sugestii, że mogłabym ocieplić wizerunek matki nadając jej imię. Lubiłam, kiedy ojciec mówił do niej Stacha, ale ona zawsze na niego warczała. Ja nawet teraz nie miałabym śmiałości mówić o niej po imieniu.

Trochę oswoiłam temat…

Ale jestem jeszcze za coś wdzięczna. Dzisiejsze spotkanie było pełne zadowolenia z samej siebie i nie powiem, żeby to wprowadzało mnie w poczucie winy. Nie chciałam mówić o radosnych rzeczach, bo uważałam, że terapia to czas na pozostawianie tego, co najgorsze. To czas, kiedy muszę sobie radzić ze swoimi traumami a tu on mówi, że to też czas na opowiadanie o radosnych chwilach, o własnym szczęściu, o radzeniu sobie. Mam zupełnie inne nastawienie do terapii i tu też coś puściło, w tym nastawieniu właśnie.
On zapytał o to słowo „muszę”, na co ja odpowiedziałam pospiesznie, że „chcę”. Tak, chcę sobie poradzić i widzę, że robię to doskonale.

Dziwne, ale kiedy stałam w korku w Redzie i widziałam, że samochody po lewej stronie jechały szybciej, też myślałam o swoim życiu i o przywiązaniu do starego, znanego, utartego i strachu przed nowym i lepszym. Tak, jakbym wstydziła się szybszych i lepszych rozwiązań, bo chcę być „dobrą córeczką” słuchającą mamusi a mamusia by się gniewała, gdybym nie zrobiła tak, jak ona by chciała. Poświęcenie dla mamusi i wybór cierpienia, żeby zasłużyć na jej uwagę, przychylność i dobre słowo. Tak, dużo tej „matki” jest w mojej głowie. Za dużo…