Czwartek, 22:50

Niedawno wróciłam z kina.

Byłam na „Mumii”

Oglądałam i wracałam myślami do rozmowy z terapeutą.

Film, hollywoodzka bajeczka o mumii, która ożyła, ale nie o tym myślałam. Myślałam o śmierci. Film zaczynał się cytatem, że śmierć jest przejściem do innego życia, że śmierć niczego nie kończy…
Na terapii też mówiłam o śmierci.
Wspomniałam o znajomej, która w tym tygodniu zaczyna kolejną chemię. O kolejnej znajomej, która dwanaście lat temu przeszła operację usunięcia piersi i węzłów chłonnych z powodu raka i oczywiście o matce, która zmarła na raka.
- Gdybym dowiedziała się, że mam  raka, nie walczyłabym. Nie dlatego, że mam depresję i myślę o śmieci, ale dlatego, że wiem, że to niczego nie zmieni a poza tym boję się bólu. Nie chemii i utraty włosów, ale bólu. Chciałabym jedynie dostawać dobre środki przeciwbólowe…
- Boisz się bólu?
- Tak. Bardzo. Podziwiam te osoby, które walczą. Nie dają się. Tak jak B. Cierpienie niczemu nie służy.
- Ale czy to nie w religii mówi się, że cierpienie zbliża do Boga?
-  Nie wierzę, że po śmieci coś jest. Tam nic nie ma. Mamy tylko dzisiejszy dzień. Żyć trzeba teraz, jak najlepiej. Cieszyć się dzisiejszym dniem, bo jutro… Nie wiadomo, czy będzie. To nieprawda, że jeżeli dziś bardzo cierpimy, to po śmierci zasłużymy na nagrodę od Boga. To jest tak pewne, jak śnieg w lipcu. Oglądałam kiedyś wywiad z dr Religą. Przeprowadzał go Lis. Zapytał chorego na raka lekarza, czy zacznie wierzyć. Religa był ateistą. Lis zapytał, czy wiara nie dałaby mu ukojenia, nie pozwoliła na lepszą perspektywę po śmierci, bo skoro tu cierpi , to Bóg… itd. Religa odpowiedział, że nigdy nie przestanie być ateistą, nawet w takim momencie, kiedy wie, ile życia mu jeszcze zostało i że nie ma szansy na wyzdrowienie. Dla mnie to było bardzo zdrowe podejście do sytuacji. Pokazywało jak wiele wiary w siebie miał Religa. Niepotrzebny był mu Bóg, żeby być dobrym, postępującym etycznie człowiekiem.  (skrót tej rozmowy <<<tu>>>)
Na takie słowa terapeuta wykrzyknął:
- I mówi to osoba, która uczy religii. Chwalmy Pana! Alleluja!!!
- I co z tego?! Co z tego, że wykonuję taki zawód? Mam prawo mieć własne zdanie!
Tak, mam prawo do własnego zdania i mam w nosie sarkazm terapeuty.
Próbowałam na swoje problemy religii, wiary, przeżyć mistycznych i co? I nic! Pogrążałam się tylko w coraz większym smutku, poczuciu winy i beznadziei. Czułam się coraz bardziej grzeszna i gorsza. Od kiedy zaczęłam terapię uczę się wierzyć w siebie i swoje możliwości. Odbudowuję poczucie własnej godności. Nie, właściwie nie odbudowuję, ale tworzę je mozolnie. Poczucie winy znika. Poczucie bycia gorszą jest coraz mniejsze. Nie mówię, że wiara jest zła. Jest dobra. Słabym daje nadzieję, ale cwanym daje narzędzie do wykorzystywania i poniżania innych. Jest jak nóż, którym można pokroić chleb, ale też kogoś zabić. Zależy od tego, kto używa tego „narzędzia”. Dzięki swojemu podejściu nie jestem jakimś zatwardziałym ortodoksem, albo fanatyczką i daję żyć innym.

I tak to sobie błądziłam myślami po środowej terapii…

W „Mumii” grał mój ulubiony aktor Russell Crowe. Przytyło mu się. Grał naukowca, który tropił i niszczył zło. Wygląda starzej od Cruise’a, chociaż ten ostatni jest starszy od niego o dwa lata. Cruise oczywiście super bohater, uśmiercił setki zombi a na koniec Ahmanet – egipską księżniczkę zamienioną w demona.

Lubię oglądać filmy w kinie. Czasami jest magicznie :-)

A tu fajna recenzja „Kinomaniaka”