Środa, 16:40 In Treatment

Od samego początku zaczęłam temat matki.

Dziś nie było złości. Starałam się zobaczyć ją neutralnie. Pozytywnie jeszcze nie umieniem, ale neutralnie jestem w stanie się z nią zmierzyć.

Zamiast mojego monologu, była rozmowa. Powtarzanie tego, co wiem i tego o czym starałam się myśleć przez te dwa tygodnie.

On nazwał to rozumowaniem na poziomie racjonalizacji. Tak, wolę racjonalizować, bo emocje za bardzo bolą, za bardzo niszczą, i czuje się tak, jakbym rozniecała huragan, tornado, albo orkan.

Dzisiejsza sesja była powtórką, kolokwium przed egzaminem.

Był temat aborcji. której nie mogę jej darować. Wciąż traktuję tą czynność jak zabójstwo. On powiedział, że matka musiała być bardzo świadomą osobą, skoro o tym myślała. W środku mnie się gotowało. Ona była bardzo świadoma?!
Słuchałam go i zaczęłam mówić, że na poziomie świadomości daję kobietom szansę wyboru rozwiązania ciąży, ale podświadomie i emocjonalne zrobiłabym im to samo, co one robią „embrionom” (jak powiedział B). Dla mnie to nieważne, czy to embrion, czy płód – to życie, które kiełkuje w kobiecie. Podchodzę do tego bardzo emocjonalnie, ale przed nim byłam łagodna i wyrozumiała. Cicha i spokojna a w środku niechęć. Staram się. W takich wypadkach nie krzyczę, ale staram się tłumaczyć, dopytywać. I nie mogę się pozbyć uczucia pustki, niechęci i przerażenia w stosunku do takiej osoby.

No i na początku napisałam, że nie było złości, a jednak była, tylko dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Owszem kobieta ma wybór, ale też znam drugą stronę medalu – smutek i żal, poczucie winy, które zżera kobiety po aborcji i jak to uderza w dzieci, które ocalały i chyba tego nie umieniem jej darować.

Czego mnie nauczyła? Staram się być jej przeciwieństwem. Fizycznie bardzo podobna, ale emocjonalnie zupełnie inna.
Nie pamiętam matki radosnej, śpiewającej, bawiącej się. Wciąż była zamyślona, poważna, nerwowa i kontrolująca. Nadopiekuńcza?!

B wciąż zaczynał mówić o tym, że była też kiedyś małą dziewczynką, zagubioną, nieporadną a później zawiedzioną młodą kobietą… WIEM! Próbowałam tego triku, ale wciąż czuję do niej urazę. Zadrę, której nie umiem zagoić. Staram się, ale nie wychodzi.

Dzięki niej umiem słuchać innych (ona nigdy nie słuchała). Dzięki niej kocham swoje dzieci bez obrzucania ich winą i wywoływania poczucia winy, bo mi w życiu coś nie wyszło (ona płacząc i narzekając w innych widziała sprawców swojej niedoli). Na przekór niej robiłam wiele rzeczy i wyszły one korzystnie dla mnie, ale wciąż nie umiem pozbyć się poczucia winy, że robiłam to nie tak, jak ona chciała…

Matka wiecznie żywa! Zrobiłam ołtarzyk ze swoją Świętą Matką i drżę przed jej reakcją.Nie potrzeba mi Boga, bo mam Matkę! Dużo jej zawdzięczam złego, z którego wniknęło dużo dobrego. Może uda mi się w końcu ją oswoić i odkleić od niej. Jakiś punkt zaczepienia jest – zło, które zamieniło się w dobro.

A tak z innej beczki – przeżyłam gastroskopię. Nic przyjemnego… Boli mnie przełyk, bo pobrano z niego wycinek do badania. Dowiedziałam się, że mam bakterię w żołądku i błona śluzowa jest podrażniona i jeszcze odcinek w przełyku wygląda tak, jakby miał uczulenie. Wynik wycinka za trzy tygodnie.