Piątek, 09:27 Po terapii

No nieźle, dałam się wpuścić w maliny przez B.
Wciąż myślami wracam do środowej sesji. I myślę – z czym mam problem? Co uwiera w pamięci? Przesiałam różne „dane” i co zostało? Uwiera mi jego tłumaczenie matki. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że skoro dokonała aborcji to działała bardzo świadomie. Łyknęłam to ja bocian żabę. Gdyby była świadoma, to poprosiłaby lekarza o spiralę. Wiem, bo matka często wspominała, że jej szwagierka właśnie taki zabieg miała i dlatego nie rodzi dzieci. Matka mówiła to z pogardą i stwierdzeniem, że to „kurwa”. A ona tymczasem żyła z poczuciem winy po dokonanej aborcji i to ogromnym, niszczącym poczuciem winy, ze snami, że odwiedza ją mały chłopiec, któremu nie pozwoliła żyć. Czy tak zachowuje się świadoma kobieta?
To po pierwsze a po drugie dlaczego potulnie słuchałam wywodów o embrionie? Zamyśliłam się. Myślami błądziłam gdzie indziej. Spoglądałam na niego z ukosa i mierzyłam go wzrokiem. Wewnętrznie się z nim nie zgadzałam, ale traktowałam go jak swojego ucznia, znajomego, który może mieć swoje zdanie a ja muszę to uszanować a to przecież jest mój terapeuta a nie znajomy, czy uczeń. Miałam prawo to zanegować, zdenerwować się a co najważniejsze powiedzieć głośno co o tym myślę. Ja jak zwykle byłam „poprawna politycznie”, czyli słuchałam co mówi i delikatnie nadmieniłam, że staram się rozumieć kobiety które tak myślą, nie wpływać na zmianę ich zdania, słuchać, ale wewnętrznie jestem jednym wielkim sprzeciwem. Poprawność polityczna i układność wobec autorytetów wzięła górę. Fuck! To jest mój terapeuta, moje lustro. Mam wiedzieć siebie prawdziwą a nie sztucznie uśmiechniętą i układną. Fuck!
Przeszkadzały mi jego wypowiedzi o embrionie. Według niego embrion to nie człowiek, to nie płód. A co w takim razie to jest???? Pamiętam jak matka często mówiła, że lekarz ją „oświecił”, że do trzeciego miesiąca to jest bezkształtna galareta i spokojnie można TO usunąć, wyskrobać, bez wyrzutów sumienia. Czy B nie starał się sprzedać mi tego samego kitu??? Starał się i sprzedał a ja łyknęłam to jak pelikan rybę. Słuchałam tego z obrzydzeniem i zdziwieniem, co on mówi, ale przecież … wiadomo – poprawność.
Mogłam go zapytać, czy on nie wie, że też był kiedyś embrionem, że jego śliczne i mądre córki też nimi były. Wszyscy byliśmy na początku „niczym”. Wszyscy na początki ciąży jesteśmy komórką, która się dzieli a później zmienia w coś na podobieństwo traszki, z ogonkiem. Później ogonek „odpada” i zaczynamy przypominać człowieka.
No, nieźle, dałam się wpuścić w maliny zamiast bronić siebie. Norma. To ktoś jest ważniejszy – nie ja. Ja jestem tylko embrionem, który można usunąć i po kłopocie.

Terapia działa nawet po tych 45 minutach.

Dobrze, że zapisuję sobie to co zostaje mi w pamięci po wizycie. Analizuję i zastanawiam się nad tym, co mi uwiera.

Będę miała o czym mówić w następną środę. No cóż, w sprawach bronienia siebie mam refleks szachisty, ale lepiej późno niż wcale.