Piątek, 13:46

Piękny, słoneczny, jesienny dzień.

Przepiękny

***

23:55

Byłam na mini koncercie Alicji Janosz.

Klimatyczny, w małym klubie muzycznym.

Młody za barem…

Spotkałam swoich dawnych uczniów. Skończyli szkołę 13 lat temu. Na wieść, że to mój syn stoi za barem, nie chcieli wierzyć.
- No tak, syn dorosły, a pani się wcale nie zmieniła. Czas dla pani stanął w miejscu.

Po dłuższej rozmowie przeszliśmy na „ty”. Już nie jesteśmy dla siebie uczeń-pani profesor. Miło :-)

Posiedziałam, posłuchałam, pobujałam się w rytm muzyki. Wypiłam herbatę, kawę…

Zachwyciłam się…

I po koncercie pomknęłam do domu.

Miło :-)

 

Środa, 21:52 In treatment

Tak, dziś była terapia.

Tak, boję się raka.

Tak, mam obciążenie genetyczne z dwóch stron.

Tak, przez całe życie żyłam w permanentnym stresie – najpierw był pijący ojciec, później był mąż ze schizofrenią, później był pan P ze swoją paranoją i „depresją”…

Nie, nie obwiniam boga o moją sytuację, bo wiem, że obecny stan jest „owocem” stresującego życia, ale…

Zwolniłam dwa lata temu, kiedy przeniosłam się do obecnego nieba. Do mojej krainy spokojności…

Tak, jestem przerażona…

Dziś powiedziałam, że nie wiem, czy dzieci dadzą sobie radę beze mnie. Wiem, że dadzą. To ja nie wyobrażam sobie życia bez nich… Wiem, że niedługo i tak pójdą za swoim życiem i przeżyję „syndrom pustego gniazda”.

On coś mówił do mnie. Nie chciałam tego rozumieć. Nie chcę w ogóle myśleć o chorobie. Nie, to nie będzie niesprawiedliwość, ale kolejny etap mojego życia.  Chcę teraz czarować rzeczywistość, racjonalizować, śmiać się ze swoich strachów, oszukiwać się i mówić, że nic się nie dzieje.
Kiedy on zbaczał na temat choroby, byłam zła. Zła, że rozmawiamy, jakbym miała za tydzień umrzeć. Z tym strasznym cieniem, strachem i straconą pozycją.

Coś muszę zrobić z tym przełykiem. Przeszkadza mi utrudnione przełykanie i to duszenie się.

Mówiliśmy o eutanazji.
On powiedział, że wybrał tę opcję i rodzina ma szczegółowe wytyczne w tym temacie.
Spojrzałam na niego, w jego oczy…
- Przeraża mnie to. Przeraża mnie aborcja i eutanazja – powiedziałam.
- Pokazywałam młodzieży film dokumentalny o szwedzkim lekarzu, który stosował eutanazję wśród swoich pacjentów. Bardzo wstrząsający dokument. Pokazywał chorych terminalnie, z postępującą, nieodwracalną chorobą, którzy decydowali się na eutanazję. Pacjentka, jeszcze kiedy miała świadomość, podjęła decyzję o eutanazji. Eutanazja była wykonana po trzech latach, kiedy kobieta zamieniła się w warzywo…
- A oglądałaś może film o takim lekarzu…
- Tak – nie pozwoliłam dokończyć – tak, doktor Geworkian. Tak, tylko nie pamiętam teraz tytułu. Oglądałam razem z uczniami. Trudny film. Miałam w trzeciej klasie (średniej) temat eutanazji i wspólnie obejrzeliśmy.
Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. Był mocno zaskoczony.
- Dostałaś pozwolenie?
- A czy muszę pytać o wszystko. Młodzież powinna mieć możliwość dotarcia do różnych źródeł  a moim zadaniem jest udostępniać im te źródła w miarę bezpiecznie. I później rozmawiać… I słuchać ich. Dobry film… Nie pamiętam tylko aktora, który odgrywał główną rolę…
- Chyba Al Pacino
- Tak, na pewno Al Pacino
W domu przypomniałam sobie tytuł „Jack, jakiego nie znacie”. Dobry film.

Nie chcę o tym myśleć, a wciąż myślę. Myśleć o raku.

Trudna była dzisiejsza sesja. On mi mówił rzeczy, o których ja nie chcę słyszeć, ani myśleć. Rzeczy, które są, ale ja wolałabym, aby ich nie było.

Jeszcze w pracy słyszę, że schudłam.

Schudłam, bo nie mam czasu na gotowanie. Jem byle co i byle szybciej. W pracy nowa dyrekcja i nowe sytuacje. Niektóre bardzo stresujące. Po raz pierwszy dyrekcja docenia to co robię i nie szczędzi pochwał. Za „starej dyrekcji” byłam na bocznym torze i czasami „niewidzialna” a tu taka niespodzianka. Nawet dostanę nagrodę!!
Wszystko tak dobrze się układa.
Wszystko, oprócz zdrowia.

Tak, kurewsko się boję. Cieszę się każdym dniem. Dostrzegam jego piękno i niepowtarzalność i robię to od dwóch lat. Terapeuta ma w tym ogromną zasługę. Swoją metodą (wkurwiania mnie) pobudza mnie do pozytywnych zachowań. Wytrąca mnie z mojej „równowagi” i zmusza do myślenia. Dzięki niemu zajęłam się sobą i udało mi się wychować fajne dzieciaki.

Chociaż nie chcę się do tego przyznać – jestem kurewsko przerażona.

I nie, nie widać tego na zewnątrz. Śmieję się, żartuje, rzucam w wir pracy, piszę bloga, prowadzę stronę internetową mojej pracy na Facebooku i podobno robię to świetnie (dlatego nagroda). Prowadzę lekcje i pracuję z młodzieżą, która za mną przepada. A w środku jestem przerażoną kobietą, która myśli, że kiedy dostanie rakową diagnozę, to nie będzie walczyć z chorobą. Nie będę walczyć, bo wciąż „widzę” swoją matkę, która leży na łóżku i umiera a ja nie umiem jej pomóc. Jedyne co mogę zrobić, to trzymać jej coraz zimniejszą rękę i patrzeć jak cierpi, przeklina i patrzy na mnie przerażonym wzrokiem i nie rozumie… i rozumie.. i wie, że to już koniec, bo ten skurwysyn rak – jak krzyczy – ją zżera.

Za dużo widziałam… Za dużo przeżyłam… Za dużo wiem… I za dużo myślę.

Idę spać

Czwartek, 17:19

No i już wiadomo, co dalej.

Wczoraj rano zamiast na terapię podrałowałam na gastro.
W głowie miałam chaos.
Słowa rodzinnej mieszały się z wiadomością od znajomego, że nie ma innego sposobu, mniej inwazyjnego, na zbadanie przełyku – musi być gastroskopia.

Usiadłam rano potulnie na korytarzu i czekałam na przyjazd lekarki.
Musiałam wypełnić zgodę na badania. Kiedy pobierałam formularz skwitowałam to  słowami, że moja rodzinna odradzała mi badanie. A w głowie słyszałam drugi głos – W – że nie ma innego sposobu na zbadanie przełyku. Wypełniłam zgodę i ponownie zajęłam miejsce na korytarzu.
Podeszła do mnie pani w lekarskim fartuchu. Usiadła obok mnie i zaczęła rozmowę:
- Wie pani, guz zarnistkomórkowy w niewielkim procencie bywa złośliwy, ale żeby wykluczyć złośliwość, trzeba poddać się badaniu a ja sugerowałabym centrum onkologiczne w Warszawie…
Wpatrywałam się w nią szeroko otwartymi oczyma. W głowie dudniło słowo „centrum onkologiczne”. Starałam się nie uronić ani jednego słowa.
- Czy zgadza się pani na badanie w Centrum Onkologi? Wie pani, jakby co, to będzie pani miała miejsce w szpitalu. Będzie szybciej. Więc jak?
- Hmmm… – starałam się poskładać myśli w racjonalną całość. No tak, przecież tu zniszczyli wycinki, trzeba stąd uciekać. Nikt nie da mi gwarancji, że z tymi też czegoś nie zrobią – hmmm – zawiesiłam się nad odpowiedzią.
- Niech pani idzie za mną – szczupła blondynka wstała z ławki i poprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego.
- Pacjentka rezygnuje z badania w tym szpitalu. Proszę podrzeć zgodę – powiedziała do sekretarki. A do mnie:
- Napiszę pani adres centrum i numer telefonu – szybko notowała coś na odwrotnej stronie skierowania – Proszę tam zadzwonić i umówić się na wizytę, a na tej stronie proszę o pieczątkę od lekarza rodzinnego z adnotacją na „cito”… Albo nie, ja napiszę a ona niech przystawi pieczątkę – mówiła i jednocześnie pisała.
Wetknęła mi do dłoni skierowanie i wyprowadziła z gabinetu.

Wyszłam ze szpitala, ściskając w dłoni skierowanie do Centrum Onkologii w Warszawie.

Więc badania nie miałam…

Wyszłam z budynku szpitalnego z dudniącą informacją w głowie, że badania będę robić w centrum onkologi „tak na wszelki wypadek”. OK?!

Później rozmowa z Beatą…

Później rozmowa z M

Później rozmowa z synem i jego wielkie oczy…

Moje uspakajanie, że to jeszcze nie wynik a dopiero badanie.

Telefon do centrum onkologii i umówienie wizyty na 3 listopada…

Szyja wciąż boli…

Wróć… przełyk boli.

Kiedy jechałam ze szpitala ogarnęła mnie panika. Zaczęłam szlochać, chociaż z oczu nie płynęły łzy. Tylko suchy szloch. I strach… Przerażenie… I pytanie – co z dziećmi????

Uspakajałam się po drodze. Uspakajałam się w domu.

Syn i córka wiedzą do jakiego szpitala będę jechać w listopadzie. Wiedzą też, że to będzie tylko badanie i później decyzja jakie leczenie będzie stosowane. Nie chcę, aby się bały, przeżywały i snuły czarne scenariusze. A ja nie mogę tak dłużej „dusić się” przy szybkim jedzeniu stałych pokarmów. Męczy mnie to.

Znajoma M panikuje. Już chce podpiąć mnie do DiLO – szybkiej diagnostyki onkologicznej. Spokojnie… Wyniki z krwi mam dobre, nie chudnę. Boli mnie jedynie szyja i mam kłopoty z przełykaniem. Ne ma co za bardzo panikować.

A dziś Młody zdał na prawo jazdy. Mam nowego kierowcę !!! Jestem z niego dumna :-D

Wtorek, 17:03

Wczoraj wizyta u rodzinnego i prośba o skierowanie na ponowną biopsję. Lekarka była oburzona bałaganem panującym w laboratorium. Pobrano cztery wycinki. Zniszczono jeden, a gdzie pozostałe trzy? Tego nie wie nikt. Badanie trzeba powtórzyć. Ona biadoliła nad moim bólem i dodała, że nie zgodziłaby się na ponowne badanie. Więc co mam robić?????
Napisałam wiadomość do znajomego lekarza z pytaniem, czy istnieje inny sposób badania, mniej inwazyjny, żeby stwierdzić, czy to jest rak czy nie. Odpowiedź brzmiała „nie”. Zmiana jest umiejscowiona w takim miejscu, że wyklucza inny sposób badania. Miałam pecha przy badaniu wycinka.

Denerwuję się. Szyja w miejscu pobierania wycinka boli już od kilku dni i nie wiem, czy to jest ból po biopsji, czy ból na tle nerwowym. Co dalej z ewentualnym leczeniem?

Czuję olbrzymią niepewność i zdenerwowanie.

Nasłuchałam się wczoraj od lekarki…