Sobota 10:27

Jak ten czas leci!!!!

Duuuuużo pracy. Kto powiedział, że nauczyciel ma parę godzin dziennie???? Zaczynam o 8 kończę o 16 a reszta w domu. Ale to dobrze. Nie rozkminiam za bardzo wyniku i tego, co będzie, jeżeli…

Powtórka w środę.

Najbardziej wynikiem przejął się R. Niepotrzebnie przeczytał rozpoznanie (domniemane) i oczywiście zaczął szukać w internecie a tam, że: guz nie nadaje się do leczenia ani chemią ani naświetlaniami, że rokowania tragiczne a długość życia kilka miesięcy, nic tylko zakupić trumnę i czekać na „dobry Jezu a nasz panie”. Następnego dnia poszedł struty do szkoły i pokłócił się z najlepszymi znajomymi.

Akurat tego dnia miałam radę. Wpadłam w przerwie do domu i powiedziałam mu, że nie potrzebnie czytał internetowe informacje, że na karcie szpitalnej jest informacja, że wycinek był zbyt mały i uległ skrojeniu, dlatego nie mogli dobrze go przebadać, że gdybym miała raka to byłoby niezłe skurwysyństwo ze strony najwyższego, bo skoro przetrwałam 15 lat i nareszcie miałam cztery lata spokoju, z czego dwa ostatnie to było istne niebo, byłby bardzo niesprawiedliwy, gdyby teraz dowalił rakiem i wydał na mnie wyrok. Że będziemy czekać, gastroskopię się powtórzy a na razie jest dobrze. Przeprosiłam go, że kiedyś nieopatrznie chlapnęłam, że gdybym wiedziała, że to rak, to bym się nie leczyła. To nieprawda. Owszem, bardzo się boję a może nawet panikuję, ale to chyba normalne. Gdyby coś, będę się leczyć, przecież bardzo ich kocham i robiłabym wszystko, żeby z nimi być jak najdłużej, a poza tym kocham też siebie i chciałaby jeszcze pożyć.
R słuchał i widziałam, że napięcie puszcza. Patrzył na mnie i jego twarz łagodniała. Wycałowałam do i pobiegłam na drugą część rady.

W środę mam następne badanie. Nie pójdę na terapię, tego byłoby już za dużo. Spotkanie „z matką” a później gastroskopia. Za dużo. Wybieram gastroskopię a później do pracy.

Wczoraj rozmawiałam z Beatą. Wciąż jest w Wieliszewie. Myślę, że trochę podniosłam ją na duchu. Długo gadałyśmy. Okazało się, że zgrubienie na szyi było spowodowane skrzepliną w porcie. Skrzeplinę usunęli w piątek. B zaczęła mówić o wielkim murze nie do przeskoczenia, o piętrzących się problemach, o zniechęceniu. Na co ja wypaliłam, że mówi jak ja kiedyś i to wszystko co nas spotyka, to nie są przeszkody, tylko wyzwania i zaczęłam tłumaczyć, że skrzeplinę w końcu zidentyfikowano i usunięto a jej nic się nie stało (ma szczęście). Chemię, którą dostaje jest nowa a ona załapała się na nią ponieważ nie ma mutacji i chemia będzie w jej przypadku działać – znów ma szczęście, bo wiele osób na taką chemię się nie zakwalifikowało. Jeżeli jest lepsza chemia, to jest nadzieja na wyzdrowienie. A na jej słowa, że nie może spać doradziłam, żeby zamiast jednej części trittico wzięła dwie – ja ostatnio tak robię, bo też boję się wyniku i nie mogłam spać po jednej części. Długo jeszcze gadałyśmy, o wielu nieistotnych rzeczach – o mojej pracy, o książkach, filmach. Obgadałyśmy reakcje mężczyzn w naszych rodzinach – jej mąż i syn bardzo przeżywają to co się dzieje i oczywiście bardzo nerwowo reagują, mój R zresztą też reaguje w podobny sposób. Powiedziałam, że informowanie dzieci o chorobie i przyznanie się do odczuwanego strachu uspakaja. Mojego R i moją E uspokoiło. Mnie zresztą też. Dzieci nie lubią żyć w niepewności. Są dobrymi obserwatorami i zawsze wiedzą kiedy dorośli kłamią. Tworzenie aury tajemniczości dookoła choroby wykańcza wszystkich dookoła, bo ludzie najszybciej domyślają się czegoś złego a nie dobrego. Lepiej wiedzieć prawdę…
Na koniec B powiedziała, że czuje się spokojniejsza.
Ja zresztą też poczułam się spokojniejsza…
Są ciężary, których człowiek nie powinien dźwigać sam. Rozłożone na kilka osób są lżejsze do uniesienia. Poważna choroba jest właśnie takim ciężarem. Szkoda, że nie każdy potrafi oddać część swojego ciężaru a i nie każdy potrafi go przyjąć.

B jest młodsza ode mnie o rok. Wiek od 40 do 50 lat, to jakiś „zaklęty rewir” – jeżeli przeżyję się tą dekadę, będzie się żyć dalej. Wiele osób właśnie w tym przedziale umiera. Jakaś pieprzona strefa graniczna. Tak sobie myślę bogu, że może byś czasem nie był taki sprawiedliwy, bo nie każdy potrafi patrzeć na życie w klimacie „mocy uwielbienia”, w sensie, dziękować nawet za złe sytuacje w życiu i później wyciągać z nich nauki. Nie każdy…

A i jeszcze taka piosenka, która bardzo wpadła mi w ucho:

życie, kochanie, trwa tyle co taniec..