Czwartek, 17:19

No i już wiadomo, co dalej.

Wczoraj rano zamiast na terapię podrałowałam na gastro.
W głowie miałam chaos.
Słowa rodzinnej mieszały się z wiadomością od znajomego, że nie ma innego sposobu, mniej inwazyjnego, na zbadanie przełyku – musi być gastroskopia.

Usiadłam rano potulnie na korytarzu i czekałam na przyjazd lekarki.
Musiałam wypełnić zgodę na badania. Kiedy pobierałam formularz skwitowałam to  słowami, że moja rodzinna odradzała mi badanie. A w głowie słyszałam drugi głos – W – że nie ma innego sposobu na zbadanie przełyku. Wypełniłam zgodę i ponownie zajęłam miejsce na korytarzu.
Podeszła do mnie pani w lekarskim fartuchu. Usiadła obok mnie i zaczęła rozmowę:
- Wie pani, guz zarnistkomórkowy w niewielkim procencie bywa złośliwy, ale żeby wykluczyć złośliwość, trzeba poddać się badaniu a ja sugerowałabym centrum onkologiczne w Warszawie…
Wpatrywałam się w nią szeroko otwartymi oczyma. W głowie dudniło słowo „centrum onkologiczne”. Starałam się nie uronić ani jednego słowa.
- Czy zgadza się pani na badanie w Centrum Onkologi? Wie pani, jakby co, to będzie pani miała miejsce w szpitalu. Będzie szybciej. Więc jak?
- Hmmm… – starałam się poskładać myśli w racjonalną całość. No tak, przecież tu zniszczyli wycinki, trzeba stąd uciekać. Nikt nie da mi gwarancji, że z tymi też czegoś nie zrobią – hmmm – zawiesiłam się nad odpowiedzią.
- Niech pani idzie za mną – szczupła blondynka wstała z ławki i poprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego.
- Pacjentka rezygnuje z badania w tym szpitalu. Proszę podrzeć zgodę – powiedziała do sekretarki. A do mnie:
- Napiszę pani adres centrum i numer telefonu – szybko notowała coś na odwrotnej stronie skierowania – Proszę tam zadzwonić i umówić się na wizytę, a na tej stronie proszę o pieczątkę od lekarza rodzinnego z adnotacją na „cito”… Albo nie, ja napiszę a ona niech przystawi pieczątkę – mówiła i jednocześnie pisała.
Wetknęła mi do dłoni skierowanie i wyprowadziła z gabinetu.

Wyszłam ze szpitala, ściskając w dłoni skierowanie do Centrum Onkologii w Warszawie.

Więc badania nie miałam…

Wyszłam z budynku szpitalnego z dudniącą informacją w głowie, że badania będę robić w centrum onkologi „tak na wszelki wypadek”. OK?!

Później rozmowa z Beatą…

Później rozmowa z M

Później rozmowa z synem i jego wielkie oczy…

Moje uspakajanie, że to jeszcze nie wynik a dopiero badanie.

Telefon do centrum onkologii i umówienie wizyty na 3 listopada…

Szyja wciąż boli…

Wróć… przełyk boli.

Kiedy jechałam ze szpitala ogarnęła mnie panika. Zaczęłam szlochać, chociaż z oczu nie płynęły łzy. Tylko suchy szloch. I strach… Przerażenie… I pytanie – co z dziećmi????

Uspakajałam się po drodze. Uspakajałam się w domu.

Syn i córka wiedzą do jakiego szpitala będę jechać w listopadzie. Wiedzą też, że to będzie tylko badanie i później decyzja jakie leczenie będzie stosowane. Nie chcę, aby się bały, przeżywały i snuły czarne scenariusze. A ja nie mogę tak dłużej „dusić się” przy szybkim jedzeniu stałych pokarmów. Męczy mnie to.

Znajoma M panikuje. Już chce podpiąć mnie do DiLO – szybkiej diagnostyki onkologicznej. Spokojnie… Wyniki z krwi mam dobre, nie chudnę. Boli mnie jedynie szyja i mam kłopoty z przełykaniem. Ne ma co za bardzo panikować.

A dziś Młody zdał na prawo jazdy. Mam nowego kierowcę !!! Jestem z niego dumna :-D