Środa, 18:09 In treatment… czyli terapia

Po prawie miesiącu kolejna sesja terapeutyczna.

Na moje pytanie, dlaczego tak długo nie było spotkań, dostałam zdawkową odpowiedź „Wiesz, miałem dużo zajęć…”. No tak, rozumiem…

Ja wszystko rozumiem, wszystkich kocham, uśmiecham się do każdego, przemilczam…

On prowokował a ja zamilkłam.
Pojechałam tam, chociaż mi się  nie chciało.
Miałam napisać, że wypadło mi coś ważnego. Nie napisałam.
Rano wstałam, umyłam głowę – ścięłam włosy na bardzo króciutką fryzurkę (na chłopaka), ogarnęłam się i za piętnaście ósma wyjechałam. O dziwo zdążyłam. Nie chciało mi się z nim gadać.
Właściwie to milczałam prawie 45 minut.
On mówił dużo.
Zauważył (podobnie jak kiedyś okularnik), że przestraszyłam się i wycofałam. Jestem lękliwa…
Zapamiętałam dzwoniący dość długo telefon. Nie było komu go odebrać. Później zaczęła dzwonić komórka. Zauważyłam, że to może być ważny telefon, więc lepiej odebrać. Nie odebrał.
Chciałam mieć więcej czasu a może zmarnować więcej czasu.
Pojechałam tam z obowiązku, a może z przekory. Na złość sobie…
On zauważył na koniec, że byłam tam obecna ciałem, ale duchem wyszłam po pół godziny terapii.
Próbował mnie zdenerwować. Plótł jakieś głupoty, które kiedyś słyszałam. Kiedyś… Może mu się udało mnie wkurzyć, ale uśmiechałam się tylko i kiwałam głową.
Bez sensu…
Nawiązał do wyniku biopsji. Nie chciałam o tym rozmawiać. Nie chciałam poruszać tematu raka.
Uśmiechałam się i kiwałam głową.

Przewalony dzień.

Idę tam, gdzie nie chcę. Mówię i zachowuję się tak, jak nie chcę. Zabiegam o akceptację każdego. Jest mi wszędzie źle i czuję się nie na miejscu.
Wkurzam się, ale uśmiecham.
Umarłam w wieku 6 lat i wciąż oszukuję się, że żyję i że znakomicie daję sobie radę. Życie to jest teatr…

On wciąż próbował mnie wkurzyć a ja implodowałam przykrywając to uśmiechem.

W domu się rozryczałam…

Na szczęście za tydzień 1 listopada. Będzie wolne.

A później 3 listopada…

A później zobaczymy…

 

Obejrzałam „The Secret Scripture”. Rzeczywiście, dobry film. Z opisu na stronie dowiedziałam się, że: „Roseanne to stuletnia pacjentka szpitala psychiatrycznego. Po wielu latach jeden z lekarzy analizuje tak długi pobyt kobiety w zakładzie, nie wiedząc, że ukrywa ona tajny pamiętnik.” – no i przesada. Ktoś niezbyt dobrze obejrzał film. Roseanne owszem jest starszą panią, ale nie stuletnią. Jeżeli jej syn miał ok 40 lat (na tyle wyglądał), to ona miała ok 65, 70 lat. Ale pomińmy ten szczegół. Początek może niezbyt zachęcający, bo wątek dzieje się w szpitalu psychiatrycznym a główną bohaterką jest kobieta w podeszłym wieku, która od 40 lat jest stałą pacjentką i wciąż powtarza, że nie zabiła swojego syna. Przyjeżdża do niej doktor, który jest bardzo zainteresowany jej historią. Powoli poznajemy jej życie – samotność, miłość i śmierć. Śmierć kogoś jej bliskiego. Fabuła wciąga…
Końcówka jest przewidywalna dla wnikliwego widza, ale pomińmy to.
Popołudnie poświęciłam na film.
Po pracy włączyłam niedokończony wczoraj film, owinęłam się ciepłym kocem i obejrzałam do końca. Za oknem szaro. Niska temperatura nie zachęca do spacerów. A siąpiący deszcz nie jest przyjemnym kompanem na dworze.
Obejrzałam film. Pod koniec mogłam bezkarnie sobie popłakać (wiadomo dzieciaki obserwują). Rodzone są przyzwyczajone do mojego płaczu na filmach, więc mokre oczy mają usprawiedliwienie.

A teraz marsz do kuchni. Kopytka czekają… do zrobienia ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>