Piatek, 23:49. 7 minut przed północą

No i przetrawiłam to co działo się w środę.

Dziś skończyło się moje byczenie na zwolnieniu.

Już spokojniej. Nie ma się co nakręcać. To tylko podejrzenie. Podejdę tak jak skwitowała to lekarka z Wawy – „taki jest typ mojej urody”. Urody, którą nabyłam po przeżyciach w małżeństwie i z okularnikiem. Przekładam nerwy i stresy na somatykę i najgorsze, kurna mać, że dzieje się to bez mojej świadomej zgody i wiedzy. Nie umiem wywalić swoich emocji na wierz, więc ciało samo się rządzi i sygnalizuje złe emocje chorobą.

Terapia wciąż trwa, więc jest nadzieja, że w końcu wywalę to, co powinnam tak, jak powinnam, zdrowo i normalnie.

Jest lepiej.

Zadzwoniła do mnie B (ta z nadbużańskiego odpoczynku). Ta to dopiero ma kociokwik. Wyżaliłyśmy się, naśmiałyśmy. Pora podnieć łeb do góry i … ogarnąć się. I w końcu ufarbować te siwe odrosty, bo maskara. Gęba jeszcze względnie młoda, a siwe włosy w 80%.

P.S.
Moja Kochana Longino lejesz miód na moje serce.  A co do spotkania, to coś czuję, że wcześniej, czy później się zobaczymy… Pozdrawiam Cię cieplutko :-* jesteś pozytywnie nastawioną osobą, bardzo silną, mimo choroby. Pa