Niedziela, 10:57. Zanim przeminie…

Wczoraj wspaniały dzień z córką.

Miał być dzień z biskupem… Ale wybrałam dzień z kimś mi bliższym.

Oczywiście pojechałam do miasta, w którym miało się odbyć spotkanie… I to by było na tyle…

Umówił się ze mną też pan poznany kiedyś na szkoleniu. Pan bardzo miły, prawiący wiele komplementów i mówiący, że „mam bardzo inteligentny wygląd” :-/ . Znam taki typ mężczyzn. Picuś glancuś, a pod pokrywką wrze.
A więc nie spotkałam się ze znajomymi z grupy, nie spotkałam się z biskupem i nie spotkałam się z Picusiem, ale za to cały dzień spędziłam z córką. I to było dla mnie najważniejsze wydarzenie tego dnia.

Wcześniej zdenerwowała mnie znajoma. Razem z grupą miałam ich wieźć do Ł. Poprosiłam, żeby dojechały do mnie, bo ja musiałabym się cofać do miasta a tak ode mnie mam prostą drogę do ł. Wcześniej, kiedy jechałam z nimi, bez sprzeciwu podporządkowałam się ich wymogom a teraz kiedy ja coś chciałam, one miały inną opcję. Moja natura wygrała. Odpuściłam sobie wyjazd z nimi, wymyślając powód i informując je wcześniej. Pojechały z kimś innym.

Dla mnie i dla córki został cały dzień. Mała w styczniu ma bal gimnazjalny, więc ganiałyśmy po sklepach za sukienką. W końcu znalazłyśmy. Piękną, z kolorze pudrowego różu. Mała pierwsza ją wypatrzyła. I akurat jej rozmiar. Weszła do przymierzalni. Kiedy zapytałam, czy mogę w czymś pomóc, odpowiedziała, że tak, z zamkiem. Odsłoniła kotarę i zobaczyłam… Prześliczną, młoda kobietkę. Sukienka leżała jak ulał. Mała wyglądała w niej jak księżniczka. Prześliczną, z rozpuszczonymi, blond włosami… W oczach stanęły mi łzy…
- Wiedziałam, że tak będzie… – wymamrotała Mała – Wiedziałam…
- Boże, jak ty jesteś śliczna… – wymamrotałam ja.

Przymierzyła jeszcze czarną, bardzo obcisłą, ale z piękną, koronkową górą. Została ta różowa. Z koronką na gorsecie i rozkloszowaną spódnicą, obszytą na dole szeroką gipiurą. I jak ona pięknie w niej wyglądała…

Jeszcze do kupienia buty.

Cztery godziny na zakupach. Brrrr, ale było warto.

I do domu.

A później… Młody pojechał do pracy a my obie rozwiązywałyśmy jakieś durne rebusy. Durne dlatego, bo obrazki nie za bardzo oddawały rzeczywistość. Śmiałam się, że do rozwiązywania trzeba wyższej inteligencji. Śmiałyśmy się obie, siedząc obok siebie na kanapie i odgadując następne łamigłówki. Bezcenne chwile.

Dzień dla córki. Dzień z córką.

4 thoughts on “Niedziela, 10:57. Zanim przeminie…

  1. Kochana, aż ci zazdroszczę córki…ja mam dwóch chłopaków, łaściwue to trzech – mąż to strasznie duże dziecko.Jak idę na zakupy z nimmi to szybko do sklepu wchodzimy i jeszcxze szybciej wychodzimy :D
    Oni ida tylko za konkretna rzeczą – jak ma byc bluza szara z kapturem, to patrzą tylko za bluzą szarą z kapturem i nie ma nic innego…
    masakra
    A czasem chciałoby sie żeby „a może to przymierz”…, ” o popatrzco wynalazłam”…albo ” spójrz, to przymierz, w tym bedzie ci extra”…Z chlopakami robi sie ciężkio zakupy…

    A propo koleżanek – jestem w tym względzie ostrożna, miałam bardzo podobne doświadczenia…Zauważyłam, że im jestem starsza, tym grono moich znajomych bardzo sie kurczy – może to wina zmarszczek mądrości? :D

    A Picusia do kosza….:D jakiś kretyn, po wygladzie ocenia?…do kosza powiedziałam :D

    1. Hahahahahahaha tak jest też z moim synem. A Mała jest cudowna. Wybaczam jej nawet te dłuuuuuuugie wyprawy na zakupy. A Picuś rzeczywiście jest … do kosza :-D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>