Piatek, 21:31 Kolejny dzień… albo kolejny tydzień

Kolejny dzień

Raczej spokojny

W naszym mieście rozgorzała akcja dla Martynki, dziewczynki chorej na glejaka mózgu. 5 letniej dziewczynki. Rodzice powinni zebrać  ponad 700 tysięcy na leczenie za granicą, w Meksyku. Nowoczesne leczenie… i bardzo kosztowne. Dziewczynka jest z podlaskiego, ale jej stryj pracuje w naszej szkole. Ruszył Facebook, strona „Się pomaga” i ludziska zaczęli wpłacać ile kto może.
W takich chwilach zadziwia mnie ludzka hojność.
Na zdjęciu słodka buzia dziewczynki a w tle ogromna miłość rodziców i ich bezradność finansowa w obliczu takiego wyzwania i nadziei na wyzdrowienie dziecka.

Licznik cyka. Licznik z wpłacanymi pieniędzmi. Każdy grosz się liczy.

To straszne, że nadzieja na życie jest tak drogocenna i tak niepewna. Nikt nie zagwarantuje rodzicom, że w momencie rozpoczęcia leczenia ich dziecko nie umrze. Dla milionerów 700 tysięcy jest niczym. Dla normalnych ludzi jest barierą nie do przeskoczenia.

A co u mnie?

Dziękuję. Wypieram…

A co w pracy?

Wyścig szczurów. Kto lepszy, kto szybszy, kto więcej, kto pierwszy i kto zadowoli dyrektora w stopniu idealnym. Czyżby następny etap??? Stoję z boku i obserwuję. Nie chcę brać udziału w tym cyrku.
Dyrektor odniósł sukces o jakim jego poprzednik mógł jedynie marzyć – zaktywizował nauczycieli, rozpalił ich do białości i wprawił w ruch machinę. Chyba dobrze. Nareszcie się starają, aby zadowolić nowego pracodawcę, szkoda tylko, że zapomnieli o ludzkich uczuciach i dobrych, wzajemnych relacjach. Teraz każdy jest rywalem.
A może tylko tak mi się wydaję… Może…

Wszak nie było mnie w pracy prawie dwa tygodnie. Najpierw zwolnienie, później wycieczka do POLIN, a później szkolenie dotyczące profilaktyki uzależnień. I tak minęło dwa tygodnie.

Jeszcze tydzień do wyniku…

 

Niedziela, 11:26 Pozytywnie, nareszcie

Wczoraj wspaniały wieczór w klubie znajomych. Wyszłam w końcu z domu, a tak mi się nie chciało.

Ponieważ Młody ma już prawo jazdy, mogłam nareszcie wypić sobie wino w klubie.

Super muzyka – jazz, covery jazzowe, a później utwory autorskie zespołu bardzo energetycznego, pozytywnie zakręconego. I wino… To chyba tygryski lubią najbardziej.

Wino miało smak poziomek i wiśni, lekko szczypało w język i delikatnie uderzało do głowy.

Zagadałam jakieś młodego człowieka siedzącego obok. Opowiedział mi prawie o całym swoim życiu. A ja słuchałam. Bardzo się zdziwił, kiedy powiedziałam, że za barem stoi mój syn. Jego reakcja bezcenna. Wielkie oczy, spojrzenie na mnie, na syna, na mnie i w końcu stwierdzenie „Trochę wyrośnięty…”. Uśmiałam się…
Chłopak trzy razy zaproponował mi wino. Dwa razy odmówiłam. Za trzecim razem, stwierdziłam ze śmiechem, że jest bardzo uparty a on przyniósł mi kieliszek mojego ulubionego wina.
Młody, uprzejmy i bardzo wycofany młodzieniec ze Śląska, który uciekł ze swojego miasta, bo miał dosyć rówieśników, dla których najważniejszy był alkohol i narkotyki a on chce innego, lepszego życia. Pracuje bardzo ciężko fizycznie, ale jest zadowolony ze swojego teraźniejszego życia. Dużo się o nim dowiedziałam. Bardzo pozytywna osoba.
Na koniec chciał wyjść bez pożegnania, „po angielsku”. Wybiegłam za  nim i podziękowałam za towarzystwo. Podałam mu dłoń, którą on pocałował. Miłe i takie… staroświeckie a on taki młody.

Przyjechałam do domu ze znajomymi. Samochód został dla Młodego.

To był dobry wieczór, z dobrą muzyką i dobrym towarzystwem – znajomi i ten młody chłopak.

A ten zespół grał w klubie:

Dobry wieczór…

Wystarczyło wyjść z domu…

 

***

Na FB, na stronie „Zdrowa głowa” zobaczyłam wpis dotyczący postów „Mam terapeutę” -

„Nie wstydzę się tego, że chodzę do terapeutki. Jest to walka o siebie samą. Nie udźwignęłabym tego sama. Terapia jest dla mnie inwestycją w siebie, uczę się m.in. technik relaksacji, jak dbać o samą siebie, jak żyć tu i teraz, jak radzić sobie w ciężkich chwilach. Warto dać sobie pomóc – zawsze warto przynajmniej spróbować.”

#MamTerapeutę

Kurdę, dlaczego ja tego nie mam??? No, tych technik relaksacyjnych nie mam!!!! Ja musiałam do wszystkiego dogrzebywać się sama. (Celowo nie napisałam „dochodzić” – bo jak by to zabrzmiało, kiedy moim terapeutą jest facet)  :roll:

A i w końcu ufarbowałam włosy. Żegnaj siwizno! (do następnego farbowania :-? )

Środa, 13:54 Z dziennika niemłodej już i nie lekarki …

Terapia była?

Była

I co?

I nic…

No, może nie do końca nic.

Opowiedziałam o wizycie w Wawie, o Carycy Katarzynie i o lekarce i jej cudownej diagnozie.

O swoim wkurwie na własną nieporadność i wycofanie (tak, głośno powiedziałam, że jestem wkurwiona na siebie) , na co on zabawnie zareagował, kwitując moje słowa, dosyć wulgarne, „Czyżbyśmy mieli progres?”.
Ło matko?! (to była moja niema reakcja) i zapytałam, a właściwie stwierdziłam, że to żaden postęp…

Ble, ble, ble…

Tak, jestem wkurwiona. Przerażona. W potrzasku. Jakbym stała pod murem. Bo jestem ograniczona zakazami, nakazami, tym co wypada a co nie. Trzymaniem fasonu i powtarzaniem z uśmiechem na twarzy, że wszystko w porządku, jest dobrze. Przerażona swoją samotnością, bo brat jak zwykle jest śmiertelnie obrażony, siostra jest po udarach, więc nie można jej denerwować. Zostałam sama. Jak zwykle. I mam się nie mazgaić!!!
Ok, drogi terapeuto, wracamy do dzieciństwa! Do czasu kiedy miało mnie nie być, kiedy miałam być cicho, miałam pomagać, ratować, wybawiać. Kiedy nie było  matki a ojciec był straszny. Zadowolony?!!!!

Kurde, szkoda tylko, że tam, w gabinecie nie umiem tak rozmawiać. Siedzę potulnie, ściskam dłonie a z oczu kapią mi łzy… Niby jestem a mnie nie ma.

I tak do usranej śmierci…

I tak do usranej śmierci!!!

I tak do usranej śmierci????

Sorry, kurwa, ale jest mi mega ciężko.

I całe te badanie…

I rozmowa na terapii jakbym już umierała. I całe te dywagacje…

Ja staram się nie mówić, omijać, poruszać inne tematy a on wciąż wraca do badania w Wawie, do … no ok, do raka a ja nie chcę się tym martwić teraz. Chcę żyć w tym momencie, w nieświadomości i czekaniu. Rozmowa o tym teraz niczego nie zmieni. Chcę wierzyć, że „taką mam urodę” a nie, że to rak.

Kurwa, przewalone…

 

Tak, piosenka z „Króla Lwa” całkowicie na miejscu ;-)

A i jeszcze jedno super muzyczne odkrycie to HAVASI. Bedzie koncert  w Krakowie 23 listopada. Oj, jak ja bym na niego pojechała. Ale… to czwartek i daleko. Za daleko, niestety.

P.S.
Byłam u Ciebie, Longina. Ja nie złożyłabym życzeń swojej matce. Nie chciała, żebym się urodziła. Oddała mnie siostrze a później…
Tak jakoś bezwiednie związałaś temat swojego wpisu z jednym z pod tematów na mojej terapii.
Ja już nie chcę być wdzięczna wszystkim i za wszystko. Nie ma do tego siły. Już nie
Pozdrawiam

Sobota 16:51 I już w domu

Wróciłam dziś o drugiej w nocy. Wszystko było ok – włącznie z młodzieżą.

Łażę jeszcze w piżamie.

Wracając do wczorajszego wyjazdu, to rozwaliła mnie spowiedź. Dowiedziałam się, że mam się cieszyć życiem. Zostałam stworzona przez Boga do radości i ją powinnam okazywać wszem i wobec!!! Jako to się ma do środowej sesji, kiedy B próbuje zedrzeć mi z moich zachowań nakładane „maski” a ksiądz mówi o ich nakładaniu??? Wybór należy do mnie.
Czego oczekiwałam od spowiedzi? Zrozumienia! A co otrzymałam? Marną wskazówkę. Nada się na halloween.

Jestem zmęczona

Piątek, 00:21 Po północy. Jeszcze nie śpię…

Wciąż pamięcią wracam do środy i terapii. Przeczołgał mnie i wcale nie był uprzejmy. Był bardzo złośliwy. Upierdliwy. Każde jego zdanie odbierałam jak ostrą krytykę a jednak siedziałam tam i się uśmiechałam. Po co?? Czekam na własny wybuch???

Za cztery godziny jadę do Częstochowy.

A teraz jestem wkurwiona i wspominam środę.

Czemu boję się mówić tego co myślę????

Dobra, dosyć tego rozkminiania. Młody przywieziony z pracy. Idę się kąpać i może usnę.

Boli mnie ucho…

Mam nadzieję, że to nie będzie nic chorobowego.