Środa, 16:07, In treatment

Jestem zmęczona.

Wyniku z wycinka nie ma.

Myśli zajęte Beatą. Po kolejnym wlewie chemii jej twarz jest usypana krostami. Przeszkadza to jej. Wciąż dotyka zajętych miejsc.
To podobno dobrze, bo to znaczy, że chemia działa.

Na sesji nie wiedziałam od czego zacząć. Zaczęłam opowiadać o tym co dzieje się w moim życiu. O wyprawie do S-ku i o tym, co tam zobaczyliśmy.
Opowiadałam o B i o miłości do niej. Żalu, że ma tak groźna chorobę, o czekających ją naświetlaniach. Powtarzałam wciąż, że dobrze że poddaje się leczeniu.
Mówiłam o nieprzyjemnej atmosferze w pracy…
O tym, że jestem dumna z dzieci, które udało mi się dobrze wychować. O ich umiejętnościach i zainteresowaniach.

Morze słów, byle nie mówić o tym, co ważne. Nie wiedziałam, co jest ważne. Z czym dziś przyszłam?

Nie wytrzymałam w końcu i powiedziałam, że boję się wyniku z wycinka.
Przełyk wciąż boli. Trudno jest przełykać stałe posiłki. Biorę antybiotyk i drugi lek. I czekam na wynik hist-pat.

On zauważył, że dziś przyszłam na wizytę z podsumowaniem całego mojego życia, moich osiągnięć. jakbym się żegnała. Zauważył: „powiedziałaś, że wychowałaś dzieci… że osiągnęłaś spokój… stworzyłaś spokojny dom… Wszystko w czasie przeszłym”.
- Tak. Dziś odbiorę wycinek i zobaczę co z leczeniem. Bardzo mi przeszkadza utrudnione przełykanie. Boję się jeść – odpowiedziałam.
- Może to sprawy na tle nerwicowym?
- Też tak myślę.
A w głowie dudni pytanie, czy uda się wyleczyć to „zwężenie” przełyku i w jaki sposób? Owszem czuję panikę, bo nie stać mnie na częste wyjazdy do lekarzy i drogie wizyty prywatne. Nie stać mnie na chorowanie.

On powiedział, że mocno przeżywam sytuację z B, bo podświadomie widzę w niej siebie.

Poniedziałek, 21:26

Byłam tam, gdzie nie byłam ponad cztery lata…

Weszłyśmy na zarośnięte trawą i chwastami podwórze przez dziurę w siatce.

Mała nie chciała wchodzić.

W ogóle to pojechałyśmy na grzyby w tamte okolice. Chodziłyśmy i zbierałyśmy grzyby aż nagle trafiłyśmy w dziwne miejsce. Pomiędzy drzewami przeświecały białe ściany jakiegoś budynku. Chodziłyśmy obok i zbierałyśmy podgrzybki.
- Co to za budynek? – zapytałam córki.
- To taki domek znajomych…
Nie pozwoliłam dokończyć, bo nagle poznałam ten budynek. TO BYŁ NASZ DOM! Nasz dom!!! Trafiłyśmy na własne podwórko.
Wszystko takie dziwne, zarośnięte. Takie nie nasze. A jednak…
Powybijane okna. Drzwi zabite gwoździami. Z tyłu budynku uchylone okno.
Przyniosłam stary pustak i podstawiłam pod ścianę. Zajrzałyśmy do środka. Wewnątrz ogromny bałagan. Na parapecie leżał brudny ręcznik.
Ze ścian zaczęła złazić farba. A tak dbałam o te ściany! Na podłodze jakieś porozrzucane rzeczy.
Tak. Weszłyśmy do środka.
Najpierw mała a później ja. Że tak nie można? Że już tam nie mieszkamy? Ale mieszkałyśmy. Mamy mnóstwo wspomnień związanych z tym miejscem.

Chodziłyśmy po kolejnych pomieszczeniach.

Pokoik dzieci jest najlepiej zachowany. Kolorowe tapety z widokami przyrody i kolory na ścianach jakby były położone wczoraj.
Farba w dużym pokoju łuszczy się i odpada płatami.

Miedziane rurki powycinane ze ścian. Grzejniki pozabierane. Wyrwane z sufitów żyrandole razem z kawałkami kabli. Ludzie barbarzyńcy…

Kawał naszej historii. Moje i dzieci 15 lat.

Mała dziwiła się, że kuchnia taka mała, że łazienka też malutka… Kiedy uciekliśmy ona była mniejsza. Miała 11 lat. Dla niej wszystko wydawało się duże. Teraz wyrosła i wszystko wydaje się mniejsze.

Teraz to martwy dom.

W ogródku naprzeciwko domu owocowe drzewka. Jabłonka zaowocowała małymi, zdziczałymi jabłuszkami.

Przyjechałyśmy do teraźniejszego domu. Domu, w który tchnęłam nową duszę i który żyje dzięki nam. Dom, w którym jest ciepło. Tamten to przeszłość.

Dziś stanęłyśmy oko w oko z naszymi dawnymi strachami. Spojrzałyśmy w twarz przeszłości. Tam już nic dla nas nie ma. Nic. To już obce miejsce. Wszyscy troje już z niego wyrośliśmy.

Piatek, 22:55

Kurde, chyba mam jakąś obsesję.

Rozmyślam o… terapeucie.

Ostatnio zauważyłam, że jest wielu facetów łudząco podobnych do niego.

Np. w szpitalu – przechodził pan bardzo do niego podobny. Dziś na mieście zobaczyłam „go” z małym chłopcem – obaj się śmiali i opowiadali sobie coś, mocno gestykulując. Nad morzem…

A jednocześnie zadaję mu pytanie (oczywiście w wyobraźni), czy trudno jest dostosować się do pacjenta diametralnie różniącego się. Ja np. nie mogłabym prowadzić terapii z osobą chorą na schizofrenię, albo zanęcającą się nad rodziną. Nie umiałabym spojrzeć z perspektywy takiej osoby, być empatyczną. Ja boję się takich osób.

Nie umiałabym. Nawet bym się nie starała. Dorze, że nie jestem terapeutą. Jestem za to nauczycielem.

Od poniedziałku zaczyna się rok szkolny.

Dziś dostałam wypłatę. 500 zł mniej niż zwykle. Już myślę, jak rozdysponować kwotę, która pozostała po opłaceniu „przymusowych” rachunków. Pozostało niewiele, a to dopiero pierwszy 8-O

No, ok. Lepiej chyba przejść do „obsesji” terapeutycznej.

Czwartek, 19:50

Jest diagnoza – to jednak przeżuty do kości…

Mogę przy niej być i ją wspierać, jeżeli tylko tego będzie chciała.

Nie można jej odbierać nadziei. Nie mogę jej odbierać nikomu, kto ze mną o niej rozmawia. Wciąż powtarzam „trzeba mieć nadzieję”. A ja? Wciąż porównuję ją do matki i czuję ogromną bezradność. Ona powoli się nam wymyka. Dobrze, że stać ich na leczenie. Jeżdżenie do szpitali i do lekarzy. Robienie kolejnych badań. Wszystko to wzbudza nadzieję na wygraną a jeżeli nie na wygraną, to przynajmniej na więcej czasu do życia. Mnie na to nie byłoby stać i to nie psychicznie, ale finansowo. Nie stać mnie na chorowanie… Żyję dniem dzisiejszym – dosłownie i w przenośni.

Młody po raz pierwszy poszedł dziś do prawdziwej pracy. W lokalu znajomej, jako barman.

W mojej pracy jakiś kocioł, galimatias, złe nakręcanie nastrojów w związku ze zmianą dyrektora. Nic przyjemnego i w takiej atmosferze zaczynamy nowy rok szkolny. Brrr

Nie mogłam spać w nocy. Wróciłam do leków.

Nie chciałabym tyle czuć. Być taką wnikliwą obserwatorką i dobrą słuchaczką. A jestem… I za dużo rozmyślam. Niestety :-(

Obok mnie śpi kot. Ostatnio przeniósł się do mojego łóżka.
Kiedy rano wraca z nocnego „wypadu” od razu wpasowuje się w nogach łóżka, zwija w kłębek i zasypia. Wcześniej spał u Małej. Teraz zmienił lokalizację.

 https://www.youtube.com/watch?v=KgmFXye1FLc

Środa, 20:16

Poszły hamulce w samochodzie. Jestem lżejsza o 850 zł.

Oczywiście nie pojechałam do brata na naprawę. Byłoby taniej może o 200 zł, ale oczywiście najpierw obowiązkowo byłby foch, później kwaśna mina, później… Czy muszę przedkładać jakieś marne 200 zł nad spokój? NIE!!!!  Samochód zrobiony a ja mam święty spokój.

Dziś terapii nie było, ale to dzięki terapii nie jestem „poddaną” rodziny. Odłączyłam się od nich. Dobrze czuć się panią samej siebie, bez chorych zależności i poddańczej wdzięczności. Bycie niezależną  osobą ma same zalety. I jeszcze coś zauważyłam – przestałam się pakować w głupie związki, to jest w takie, w których ja dawałam wszystko a druga strona nic, albo dużą dawkę agresji. Początki zawsze były miłe i obiecujące, ale rozwój wydarzeń i końcówka były opłakane. Już tego nie robię :-) Przypomina mi się pewne powiedzenie „Nie ma co kłaść zdrowej głowy w chore łóżko”, a poza tym już nie potrzebuję, żeby ktoś potwierdzał moją wartość, bo ja wiem, że jestem wartościową osobą. Czegoś nauczyła mnie ta czteroletnia terapia :-)

A tak z innej beczki – dostałam antybiotyk na bakterię w żołądku i dodatkowe leki na jakiegoś paskudnego pierwotniaka. Podobno przez pierwsze dni będę się czuła źle. Pani doktor chciała mi nawet wypisać zwolnienie, ale mam jeszcze wakacje, więc nawet jak będzie źle, będę w domu.

Beatka od poniedziałku jest w Wieliszewie. Chemia. Na razie czuje się dobrze, ale podobno straci włosy. Rozmawiałyśmy o peruce. Podałam jej namiary na fundację, która robi peruki dla kobiet po leczeniu chemią. Po leczeniu i dojściu do siebie włosy odrosną, ale wiadomo, jak ważne są dla kobiety.