Środa, 21:48

No to już po

Po rekolekcjach

Dziś były mówione świadectwa

Wydaje mi się, że młodzi bronią się sami. Sami potrafią wybrać, to co dla nich najlepsze i co im odpowiada.
Było dużo zachwytu nad rekolekcjami, nad ich osobistym spotkaniem z Bogiem, nad „uwierzeniem” w siebie, odnalezieniem swojej wartości, przebaczeniu…
Dużo słów, łez, przytulania…
Niepotrzebnie się denerwuje. Młodzi sami odsiewają informacje dla siebie. Wybierają to, co im pasuje.

Opiekunowie byli zadowoleni, dyrekcja była zadowolona, i grupa ewangelizacyjna była zadowolona. Totalna euforia. Wychodzi na to, że tylko ja się czepiam. Pełna lęków o młodzież, otwarcie mówię, że tego rodzaju spotkania są nie dla mnie. A może w tym roku było trochę łagodniej… Nie wiem

Ubawił mnie widok w jednym z okien. Na dole modlitwa, omdlenia, modlitwy w językach a na górze w oknie para młodych ludzi też modliła się w językach – własnych. Tak namiętnie się całowali i obejmowali, że z dołu wszyscy krzyczeli, że on z nią już uprawia seks. Chłopaki komentowali głębokość i rozstaw ud dziewczyny… Oj to był gorący widok. Modlitwy im nie przeszkadzały. Języki były gorące …

Po łazienkach obsługa zbierała puste butelki po alkoholu…

Niedaleko mnie siedział półprzytomny chłopak. Myślałam, że to modlitwy tak na niego wpłynęły, ale on siedział taki osowiały z 10 minut a później wyszedł na chwiejnych nogach. Za nim pobiegła dziewczyna.

Norma, jedni się modlą, drudzy spożywają, niekoniecznie pożywienie, a inni uprawiają seks.

Jarmark cudów :-(

Jutro do pracy

***

Jeszcze jedno nie daje mi spokoju

Kiedy zaczęłam krytykować to, co się dzieję podczas rekolekcji, ktoś stwierdził, że przecież wykonuje ten zawód… Nie powinnam krytykować, o wszystkim powinnam informować odpowiednie władze, aby chronić niedojrzałą młodzież, albo zmienić pracę, na taką, która byłaby zgodna z moimi poglądami.

Zmienić pracę

No, tak,

I pomyślałam sobie o swoim dziwactwie. Nigdzie nie czuję się na miejscu. Zawsze coś mi nie pasuje. Nie potrafię otwarcie powiedzieć konkretnym osobom o swoich negatywnych odczuciach.

Kurde, idę spać. Dość na dziś

Mam super książkę do czytania. Zostawię te popieprzone dywagacje… Ludzie mają gorsze problemy.

Mojej znajomej odnowiły się markery nowotworowe a tak było dobrze. Przez 4 lata było dobrze. Zaczęło się od ostrego bólu kręgosłupa. Stwierdzono przepuklinę kręgosłupa a teraz doszły złe wyniki markerów. Dziś byłam u niej i widziałam ogromny strach w jej oczach. Jest na silnych lekach przeciwbólowych i … pracuje. A ja tu się roztkliwiam nad jakimiś odczuciami z rekolekcji. Młodzi sobie poradzą. Mają czasami pecha, bo maja popieprzonych, niedojrzałych i egoistycznych rodziców. Radzą sobie jak potrafią :-( – młodzież oczywiście.

Sylwester z trójką – my

Rano.

Obudził mnie telefon od znajomej z przed 17 lat. Razem kiedyś pracowałyśmy. Telefon z życzeniami.

Myślałam nad tym co powiedziałam B. Moja matka też zawsze mi wmawiała, że żyje tylko dla mnie. Tylko ja ją trzymam przy życiu. Ja to samo pranie mózgu robię dzieciom. Też mówię im, że gdyby nie oni to nie miałabym dla kogo żyć. Robię wszystko dla siebie, DLA SIEBIE, to JA chcę mieć spokój i cieszyć się życiem, JA. A jak MNIE będzie dobrze, dobrze będzie i im.

Ok. Zaczynam nowy dzień na nowym miejscu. Dziś spokojniejszy.

Idę zrobić sobie kawkę.

Moja prywatna krucjata. Czasami lepiej nic nie mówić…

Zaangażowałam się w prywatną krucjatę. Sąsiadka „wpadła” w kręgi pseudocharyzmatyków . Zareagowałam bardzo emocjonalnie. Zaczęłam jej tłumaczyć, żeby uważała na te osoby, że to dziwne towarzystwo, robią spotkania modlitewne na których nie ma księdza. Gromadzą bardzo wielu ludzi. Nakładają ręce i „uzdrawiają”. Kobieta coś cały czas tłumaczy wpatrzonym w nią ludziom. Mówi, jak mają się zachowywać, co robić a czego nie. „Prowadzi” ich. Mnie to się nie podoba, ale ona jest zachwycona. Wydaje się jej, że dzięki nim ma nareszcie spokój w domu, mniej się denerwuje, umie się lepiej dogadać z domownikami. Jest „lepiej”. Ja tego nie widzę. Mąż jest zaniepokojony. Mówi coś o znikających z konta pieniądzach i o tym, że nie może się z nią dogadać. Krzyki jak były tak są. Zamiast rozmowy są krzyki, czyli nic się nie zmieniło. Mówiłam im o terapii. Był nawet moment, że mąż chodził (albo deklarował chodzenie) na terapię, ale to były tylko deklaracje.

Nie wiem dlaczego tak mi zależy, aby oboje poszli na terapię a nie szukali rozwiązań alternatywnych. Nasza dyskusja wyglądała mniej więcej tak:

- Ale wiesz, że…

- Ale wiesz, że …

i żadna nie chciała ustąpić. Zaparłam się i przedstawiałam swój punkt widzenia. Jak głupia. Nie wiem po, co tak się zaangażowałam. Ona i tak zrobi, co będzie chciała. Pora odpuścić. Usłyszałam, że zmienił mi się charakter, że teraz zachowuje się tak, jakbym nikogo nie potrzebowała, że nie może się ze mną dogadać. Ja wiem o co chodzi. Dawniej we wszystkim jej słuchałam i ze wszystkim się zgadzałam, teraz staje okoniem a ona lubi rządzić. Ona się zmieniła. Zachowuje się jak zastraszone zwierzątko, z uchem przyklejonym do telefonu. Wiecznie ktoś do niej dzwoni a ona rozmawia, rozmawia, rozmawia. Rzuca tylko przestraszonym wzrokiem dookoła. Gdzie ta pewna siebie dziewczyna, którą była? Nie wiem. Została  chyba w T. Uzależniła się od charyzmatyków. Szkoda mi jej.

Odpuszczam swoją krucjatę. Za dużo próbuję „pomagać” a to później obraca się przeciwko mnie. Wczoraj usłyszałam, że powiedziałam jej, że lepiej, żeby się rozwiodła. O rozwodzie mówiła ona. Ja słuchając tego wszystkiego powiedziałam, żeby odpoczęli od siebie, odsunęli się, dali sobie czas a jeśli chce i już podjęła decyzję, to niech się rozwiedzie, skoro nie widzi nadziei na wspólne życie. Cholera! Domorosły ze mnie terapeuta. Czasami lepiej nic nie mówić i nie doradzać. Wszystko, co powiem może obrócić się i obraca się przeciwko mnie. Ludzie nie słuchają, albo słyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Usłyszałam pod swoim adresem, że nie reaguje na zachowanie pomiędzy moimi dziećmi. Syn krzywdzi córkę (kiedyś w wielkiej kłótni zaczęli się popychać i syn przytrzasnął w drzwiach palec córce). Byłam wściekła na zachowanie syna. Wciąż powtarzam do znudzenia, że nie może się tak zachowywać. Nie ma prawa krzywdzić innych, że najpierw jest rozmowa, ale 15 lat wychowania w takim małżeństwie, jak moje wpoiły całkiem inne zasady. Zasady mówiące, że jeżeli ktoś nie słucha to najpierw się krzyczy a mężczyźni biją, jak brak im argumentów. Trudno nam się nauczyć życia bez agresji. Idzie bardzo powoli, ale zanim się tego nauczymy musi minąć trochę czasu.  Odgryzłam się, że jej dzieci też na siebie krzyczą i awanturują się. Zresztą tak jest z rodzeństwem. Wiecznie się kłócą, a czasami są też ofiary. Sama w dzieciństwie pobiłam się z siostrą cioteczną, którą bardzo lubiłam.

Czy ja się zmieniłam? No, nie wiem. Inni znajomi też „piali” za zachwytu nad moją przemianą. Oni widzieli we mnie więcej śmiałości, radości, pewności siebie. A A. to nie odpowiada. Zapytałam tylko, czy przeszkadza jej, że teraz przestałam płakać i dopytywać się, co mam dalej robić i jak dalej żyć? Popatrzyła na mnie dziwnie… Czyżby nasze drogi się rozeszły? Ona ma teraz inne priorytety, z którymi ja się nie zgadzam. Dobra! Luz! Koniec tematu.