Niedziela, 12:06. Po wizycie w CPNie… i nie chodzi o benzynę

Już niedziela.

W czwartek wizyta w CPNie – chodzi o Centrum Profilaktyki Nowotworów. Mały, dwupiętrowy budynek w którym można zrobić badanie w kierunku podejrzewanego nowotworu.

Na dole, w recepcji siedzi około pięćdziesięcioletnia Caryca Katarzyna, która władczym głosem i wzorkiem kieruje ruchem i przy okazji rejestruje nowo przybyłych. Tych niepewnych i zgubionych (czytaj mnie) przegoni celowo na górę, aby na górze dowiedzieli się u kolejnych Caryc, że mają się zarejestrować na dole. Tak, za bycie niepewnym płaci się cenę kręcenia się z góry na dół i z dołu do góry i oczekiwania w kolejce na swoją kolej, chociaż ta „kolej” mogłaby nie istnieć. Za ciapciowatość się płaci!!!

Kiedy już ponownie wjechałam na górę swoje musiałam odsiedzieć w kolejce na gastro.

Przyjęła mnie doktor nauk medycznych. Pani chyba w moim wieku, albo młodsza, z rozwianym włosem i zmęczonym wzrokiem. Zapytała jak znosiłam poprzednią gastroskopię? Odpowiedziałam, że dobrze.
-A czym się objawia pani dolegliwość?
Zaczęłam odpowiadać, że trudności z przełykaniem, uczucie zapychania się, bardzo bolesne zgagi, burczenie w przełyku.
Pomoc medyczna znieczuliła mi gardło i zaczęła się jazda. Matko, badanie w Owi to była pieszczota.Tu nie było ani szybko, ani bezboleśnie. Kilka razy wprowadzała sondę do pobierania wycinków. Brrrr, bolało jak cholera. Pomoc głośno zwracała mi uwagę, żebym oddychała wolniej. Kurwa, jak wolniej???  Kiedy boli i uwiera, o reszcie z czystej uprzejmości nie wspomnę. W końcu zamknęłam oczy, żeby nie widzieć ponownie wprowadzanej sondy i zaczęłam udawać, że mnie tam nie ma, że śpię i to wszystko mi się śni. Nareszcie usłyszałam, że koniec, że można się podnieść i otrzeć zaślinioną twarz. Fuck!!!!
- Nie widzę niczego niepokojącego – oznajmiła mi pani doktor – jedynie drobne grudki wzdłuż całego przełyku. Pobrałam kilkanaście wycinków.
„No super” – pomyślałam.
- A te objawy?
- Widocznie pani typ urody tak ma! – odpowiedziała pani doktor.
No, super odpowiedź. Mój typ urody tak ma!!! I ona wcale nie żartuje!!! To jej medyczna diagnoza!!!! To tak, jakby matka ucznia, który ma problemy edukacyjne zapytała mnie czy nie można coś na to poradzić a ja odpowiedziałabym „ma pani durnowate dziecko, tępe edukacyjnie. Te typy tak mają!!!” i odprawiła ją z otwartą buzią.
Więc mój typ urody tak ma!
Wyniki będą za trzy tygodnie!
Na koniec pani doktor oznajmiła, że nadal mam bakterię w żołądku i trzeba ja wyeliminować.

Kiedy byłam już u siebie zarejestrowałam się do mojej pani doktor. Pokazałam kartę z opisem badania i oznajmiłam, że nadal mam helicobacter.
- Ale  w opisie nie ma o tym wzmianki – odpowiedziała.
- Jest. Pani z Wawy powiedziała, że wynik testu jest dodatni.
- Ale tu nic nie ma.
- Jest. Rozpoznanie CLOtest(+).
- Ale to chyba nie helikobacter… Ja nie wiem… Może to clostrydium… A ja nie wiem jak to się leczy… Jakie antybiotyki stosować. Nie jestem gastrologiem… Wie pani co, niech się pani zarejestruje na jutro. Ja zobaczę w internecie i jutro dam odpowiedź…

No więc zarejestrowałam się na jutro, ale wcześniej zobaczyłam sama w internecie co oznacza ów dziwny test. I był to test na helicobacter pylori przy pobieraniu wycinka do badania. Tarrrrram!

Następnego dnia znów potulnie stanęłam u drzwi twoich, panie… Sorry, pani doktor, i usłyszałam:
- Wie pani, nie mogłam znaleźć w internecie co oznacza ten test…
- Ale ja znalazłam. To bakteria helicobakter…
-Aha… A więc przepiszę leki
- Dziękuję

Zaopatrzona w receptę udałam się do apteki.

Już raz pani doktor leczyła u mnie bakterię i nic. Zobaczymy teraz, jakie będą wyniki.

Więc leżę w domu i się byczę następny tydzień.

No, może nie leżę, ale odpoczywam od wszystkiego.

Trzy tygodnie oczekiwania na wynik z tajemnic mojej wewnętrznej urody…

Siedzę na zwolnieniu. Podobno będę się źle czuć po lekach na bakterię. Nota bene leczoną antybiotykiem, który dostawałam na anginę, ale nich tam.

I teraz wiem, że kiedy będę chorować na poważnie, będę sama. Nikt nie chce uczestniczyć w moim chorowaniu, nawet dzieci. Może i dobrze. Nikt nie trzymał mnie za rękę w poczekalni, ba nawet nie siedział ze mną. Wszyscy za czymś gonią (czytaj za pieniędzmi). Przywiózł mnie bratanek i córka, ale wyszli szybko, żeby załatwić swoje sprawy. Tylko ja wciąż użalam się nad sobą i roztaczam czarne scenariusze. Będzie tak jak w tym urywku jakiegoś tekstu „Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie zostanie po nich nawet puste miejsce…” Święte słowa. Nawet pustki po mnie nie będzie. Po ciapciowatej pani, która nie walczy o swoje.

A i jeszcze coś!

Poznany kiedyś w Wawie pan, który tak mi zapadł w pamięć, ma partnerkę chyba 15 lat od siebie starszą. No i kto powiedział, że to partner powinien być starszy??? Nie tylko Macron ma starszą od siebie partnerkę. 8-O :-) Poznałam ich oboje u bratanka.

Środa, 21:52 In treatment

Tak, dziś była terapia.

Tak, boję się raka.

Tak, mam obciążenie genetyczne z dwóch stron.

Tak, przez całe życie żyłam w permanentnym stresie – najpierw był pijący ojciec, później był mąż ze schizofrenią, później był pan P ze swoją paranoją i „depresją”…

Nie, nie obwiniam boga o moją sytuację, bo wiem, że obecny stan jest „owocem” stresującego życia, ale…

Zwolniłam dwa lata temu, kiedy przeniosłam się do obecnego nieba. Do mojej krainy spokojności…

Tak, jestem przerażona…

Dziś powiedziałam, że nie wiem, czy dzieci dadzą sobie radę beze mnie. Wiem, że dadzą. To ja nie wyobrażam sobie życia bez nich… Wiem, że niedługo i tak pójdą za swoim życiem i przeżyję „syndrom pustego gniazda”.

On coś mówił do mnie. Nie chciałam tego rozumieć. Nie chcę w ogóle myśleć o chorobie. Nie, to nie będzie niesprawiedliwość, ale kolejny etap mojego życia.  Chcę teraz czarować rzeczywistość, racjonalizować, śmiać się ze swoich strachów, oszukiwać się i mówić, że nic się nie dzieje.
Kiedy on zbaczał na temat choroby, byłam zła. Zła, że rozmawiamy, jakbym miała za tydzień umrzeć. Z tym strasznym cieniem, strachem i straconą pozycją.

Coś muszę zrobić z tym przełykiem. Przeszkadza mi utrudnione przełykanie i to duszenie się.

Mówiliśmy o eutanazji.
On powiedział, że wybrał tę opcję i rodzina ma szczegółowe wytyczne w tym temacie.
Spojrzałam na niego, w jego oczy…
- Przeraża mnie to. Przeraża mnie aborcja i eutanazja – powiedziałam.
- Pokazywałam młodzieży film dokumentalny o szwedzkim lekarzu, który stosował eutanazję wśród swoich pacjentów. Bardzo wstrząsający dokument. Pokazywał chorych terminalnie, z postępującą, nieodwracalną chorobą, którzy decydowali się na eutanazję. Pacjentka, jeszcze kiedy miała świadomość, podjęła decyzję o eutanazji. Eutanazja była wykonana po trzech latach, kiedy kobieta zamieniła się w warzywo…
- A oglądałaś może film o takim lekarzu…
- Tak – nie pozwoliłam dokończyć – tak, doktor Geworkian. Tak, tylko nie pamiętam teraz tytułu. Oglądałam razem z uczniami. Trudny film. Miałam w trzeciej klasie (średniej) temat eutanazji i wspólnie obejrzeliśmy.
Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. Był mocno zaskoczony.
- Dostałaś pozwolenie?
- A czy muszę pytać o wszystko. Młodzież powinna mieć możliwość dotarcia do różnych źródeł  a moim zadaniem jest udostępniać im te źródła w miarę bezpiecznie. I później rozmawiać… I słuchać ich. Dobry film… Nie pamiętam tylko aktora, który odgrywał główną rolę…
- Chyba Al Pacino
- Tak, na pewno Al Pacino
W domu przypomniałam sobie tytuł „Jack, jakiego nie znacie”. Dobry film.

Nie chcę o tym myśleć, a wciąż myślę. Myśleć o raku.

Trudna była dzisiejsza sesja. On mi mówił rzeczy, o których ja nie chcę słyszeć, ani myśleć. Rzeczy, które są, ale ja wolałabym, aby ich nie było.

Jeszcze w pracy słyszę, że schudłam.

Schudłam, bo nie mam czasu na gotowanie. Jem byle co i byle szybciej. W pracy nowa dyrekcja i nowe sytuacje. Niektóre bardzo stresujące. Po raz pierwszy dyrekcja docenia to co robię i nie szczędzi pochwał. Za „starej dyrekcji” byłam na bocznym torze i czasami „niewidzialna” a tu taka niespodzianka. Nawet dostanę nagrodę!!
Wszystko tak dobrze się układa.
Wszystko, oprócz zdrowia.

Tak, kurewsko się boję. Cieszę się każdym dniem. Dostrzegam jego piękno i niepowtarzalność i robię to od dwóch lat. Terapeuta ma w tym ogromną zasługę. Swoją metodą (wkurwiania mnie) pobudza mnie do pozytywnych zachowań. Wytrąca mnie z mojej „równowagi” i zmusza do myślenia. Dzięki niemu zajęłam się sobą i udało mi się wychować fajne dzieciaki.

Chociaż nie chcę się do tego przyznać – jestem kurewsko przerażona.

I nie, nie widać tego na zewnątrz. Śmieję się, żartuje, rzucam w wir pracy, piszę bloga, prowadzę stronę internetową mojej pracy na Facebooku i podobno robię to świetnie (dlatego nagroda). Prowadzę lekcje i pracuję z młodzieżą, która za mną przepada. A w środku jestem przerażoną kobietą, która myśli, że kiedy dostanie rakową diagnozę, to nie będzie walczyć z chorobą. Nie będę walczyć, bo wciąż „widzę” swoją matkę, która leży na łóżku i umiera a ja nie umiem jej pomóc. Jedyne co mogę zrobić, to trzymać jej coraz zimniejszą rękę i patrzeć jak cierpi, przeklina i patrzy na mnie przerażonym wzrokiem i nie rozumie… i rozumie.. i wie, że to już koniec, bo ten skurwysyn rak – jak krzyczy – ją zżera.

Za dużo widziałam… Za dużo przeżyłam… Za dużo wiem… I za dużo myślę.

Idę spać

Czwartek, 17:19

No i już wiadomo, co dalej.

Wczoraj rano zamiast na terapię podrałowałam na gastro.
W głowie miałam chaos.
Słowa rodzinnej mieszały się z wiadomością od znajomego, że nie ma innego sposobu, mniej inwazyjnego, na zbadanie przełyku – musi być gastroskopia.

Usiadłam rano potulnie na korytarzu i czekałam na przyjazd lekarki.
Musiałam wypełnić zgodę na badania. Kiedy pobierałam formularz skwitowałam to  słowami, że moja rodzinna odradzała mi badanie. A w głowie słyszałam drugi głos – W – że nie ma innego sposobu na zbadanie przełyku. Wypełniłam zgodę i ponownie zajęłam miejsce na korytarzu.
Podeszła do mnie pani w lekarskim fartuchu. Usiadła obok mnie i zaczęła rozmowę:
- Wie pani, guz zarnistkomórkowy w niewielkim procencie bywa złośliwy, ale żeby wykluczyć złośliwość, trzeba poddać się badaniu a ja sugerowałabym centrum onkologiczne w Warszawie…
Wpatrywałam się w nią szeroko otwartymi oczyma. W głowie dudniło słowo „centrum onkologiczne”. Starałam się nie uronić ani jednego słowa.
- Czy zgadza się pani na badanie w Centrum Onkologi? Wie pani, jakby co, to będzie pani miała miejsce w szpitalu. Będzie szybciej. Więc jak?
- Hmmm… – starałam się poskładać myśli w racjonalną całość. No tak, przecież tu zniszczyli wycinki, trzeba stąd uciekać. Nikt nie da mi gwarancji, że z tymi też czegoś nie zrobią – hmmm – zawiesiłam się nad odpowiedzią.
- Niech pani idzie za mną – szczupła blondynka wstała z ławki i poprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego.
- Pacjentka rezygnuje z badania w tym szpitalu. Proszę podrzeć zgodę – powiedziała do sekretarki. A do mnie:
- Napiszę pani adres centrum i numer telefonu – szybko notowała coś na odwrotnej stronie skierowania – Proszę tam zadzwonić i umówić się na wizytę, a na tej stronie proszę o pieczątkę od lekarza rodzinnego z adnotacją na „cito”… Albo nie, ja napiszę a ona niech przystawi pieczątkę – mówiła i jednocześnie pisała.
Wetknęła mi do dłoni skierowanie i wyprowadziła z gabinetu.

Wyszłam ze szpitala, ściskając w dłoni skierowanie do Centrum Onkologii w Warszawie.

Więc badania nie miałam…

Wyszłam z budynku szpitalnego z dudniącą informacją w głowie, że badania będę robić w centrum onkologi „tak na wszelki wypadek”. OK?!

Później rozmowa z Beatą…

Później rozmowa z M

Później rozmowa z synem i jego wielkie oczy…

Moje uspakajanie, że to jeszcze nie wynik a dopiero badanie.

Telefon do centrum onkologii i umówienie wizyty na 3 listopada…

Szyja wciąż boli…

Wróć… przełyk boli.

Kiedy jechałam ze szpitala ogarnęła mnie panika. Zaczęłam szlochać, chociaż z oczu nie płynęły łzy. Tylko suchy szloch. I strach… Przerażenie… I pytanie – co z dziećmi????

Uspakajałam się po drodze. Uspakajałam się w domu.

Syn i córka wiedzą do jakiego szpitala będę jechać w listopadzie. Wiedzą też, że to będzie tylko badanie i później decyzja jakie leczenie będzie stosowane. Nie chcę, aby się bały, przeżywały i snuły czarne scenariusze. A ja nie mogę tak dłużej „dusić się” przy szybkim jedzeniu stałych pokarmów. Męczy mnie to.

Znajoma M panikuje. Już chce podpiąć mnie do DiLO – szybkiej diagnostyki onkologicznej. Spokojnie… Wyniki z krwi mam dobre, nie chudnę. Boli mnie jedynie szyja i mam kłopoty z przełykaniem. Ne ma co za bardzo panikować.

A dziś Młody zdał na prawo jazdy. Mam nowego kierowcę !!! Jestem z niego dumna :-D

Wtorek, 17:03

Wczoraj wizyta u rodzinnego i prośba o skierowanie na ponowną biopsję. Lekarka była oburzona bałaganem panującym w laboratorium. Pobrano cztery wycinki. Zniszczono jeden, a gdzie pozostałe trzy? Tego nie wie nikt. Badanie trzeba powtórzyć. Ona biadoliła nad moim bólem i dodała, że nie zgodziłaby się na ponowne badanie. Więc co mam robić?????
Napisałam wiadomość do znajomego lekarza z pytaniem, czy istnieje inny sposób badania, mniej inwazyjny, żeby stwierdzić, czy to jest rak czy nie. Odpowiedź brzmiała „nie”. Zmiana jest umiejscowiona w takim miejscu, że wyklucza inny sposób badania. Miałam pecha przy badaniu wycinka.

Denerwuję się. Szyja w miejscu pobierania wycinka boli już od kilku dni i nie wiem, czy to jest ból po biopsji, czy ból na tle nerwowym. Co dalej z ewentualnym leczeniem?

Czuję olbrzymią niepewność i zdenerwowanie.

Nasłuchałam się wczoraj od lekarki…

 

Środa, 18:20

Odebrałam wynik.

Pojechałam do szpitala, bo nie mogłam się dodzwonić. A tam dowiedziałam się, że oni nie mogli dodzwonić się do mnie.

Trochę mnie ścięło.

To chyba źle?

Na razie spokojnie… Tylko spokojnie…

Na rozpoznaniu słowa: „Bardzo drobny strzępek tkankowy zbudowany z kwasochłonnych komórek. Wykonano barwienie S 100 w kierunku guza zarnistokomórkowego, jednak wycinek uległ skrojeniu i nie można potwierdzić rozpoznania”.

Następne badanie gastrologiczne za tydzień i znów miesiąc czekania na rozpoznanie.

Nie wiem, co oznacza ten opis????

Wiem tylko tyle, że badanie trzeba powtórzyć.

Hmmm