Piatek, 21:17 Ferie

Ferie, ale tylko w nazwie.

Nie mam wolnego. Siedzę nad książką o szkole. Jest prawie gotowa, ale ile to zajęło mi czasu… Poezja…

W środę była terapia.

Stało się coś dziwnego, o czym tylko czytałam w różnych terapeutycznych opowieściach.

Opowiadałam o tym, co dzieje się ostatnio. Tak na odczepnego. Przedstawiałam kolejne historie a później okazało się, że jednak w tym szaleństwie była metoda, ukryty podświadomie cel.
Wszystkie miały wspólny mianownik – strach z dzieciństwa.
- Ok – powiedziałam do niego z przekąsem – ok, cofam się do dzieciństwa, do czasu kiedy nikt mnie nie chciał, kiedy się bałam, chowałam w ciemnym pokoju i tam czułam się bezpiecznie. Wiem… Kurwa… To wszystko jest śmieszne – wycedziłam z głupawym uśmiechem, chociaż wcale śmieszne nie było i coś w środku mnie krzyczało, żebym mówiła dalej.
Uśmiech na twarzy a w oczach łzy…
I nagle znalazłam się w tym ciemnym pokoju. I usłyszał jego głos:
- Tak, kiedy miałaś trzy latka…
Nie zaprzeczyłam, bo może rzeczywiście to było, kiedy miałam trzy lata.
- Ta dziewczynka jest przerażona… – mówiłam płacząc – Ja jestem przerażona – poprawiłam – nie mogę pozbyć się tego strachu… Chciałabym wyjść z tego ciemnego pokoju…
To było przerażające. Spotkać siebie sprzed lat. Skonfrontować się z tym strachem. Niemal go dotknąć… Groteska tej sytuacji była podsycana przeze mnie dorosłą, dojrzałą i patrzącą na to zimnym i krytycznym wzrokiem. I ta myśl, że robię z siebie idiotkę, psycholkę, że to wstyd…
I ten głos małej dziewczynki-mnie, że dobrze, że jej/siebie dotykam, że patrzę na nią/siebie i jej/sobie współczuję, że nareszcie jej/siebie słucham… Kurwa, to jest kosmos…

Pisze to i trzęsą mi się ręce. Jest mi zimno. To jest dla mnie bardzo wstrząsające.

I zrobiłam to z przekory, na złość, żeby obśmiać całą sytuację, która wtedy zaistniała.

A znalazłam siebie

Poniedziałek, 15:13

Nareszcie mogę powiedzieć, że kocham święta ♥

Siedzę sobie. Słucham Diany Karall „Let’s Fall in Love” i czuję błogi spokój. Dzieciaki za ścianą zajęte… Emi rysuje a R śpi. Spokój jest wszędobylski i rozlewa się po całym domu.

Na obiad łazanki z kapustą.

Wczorajszy dzień pełen wrażeń. Rano prezenty a później wigilia z siostrą. Wspólne zdjęcie z „mamą” zastępczą. Tak. Kocham ją… Kurde, chyba się starzeje, bo kiedy to piszę szczypie mnie nos a w oczach kręcą się łzy.

Jest pięknie.

O jedenastej poszłam na kije. Mżył deszcz a właściwie wodny aerozol, zamiast śniegu. Mimo to jest pięknie.

 

Poniedziełek, 00:11

Zamykają blog.pl

I już mnie tu nie będzie.

Mam czas do końca stycznia i szlus.

Przyzwyczaiłam się do tego miejsca. Do pisania, a tu niespodzianka. Życie lubi zaskakiwać.

Trwają święta.

Bardzo szczęśliwe święta.

Nareszcie.

Spokojnie, świątecznie, z prezentami, choinką, wigilią u siostry.

Jestem szczęśliwa.

Odsunęłam się od toksycznych ludzi. I wyszło mi to na zdrowie.

A propos zdrowia… Wyniki z centrum onkologii już mam w domu. Nie wykryto komórek nowotworowych. NIE MAM RAKA!!! Moje ciało spłatało mi figla. Odreagowuje wszystkie te nerwowe lata na swój sposób. Kłopoty z przełykaniem zostały, ale teraz wiem, że to somatyka a nie rak.

W pracy sukces – wspaniałe przedstawienie bożonarodzeniowe. Uczniowie pięknie zagrali „Jasełka na strychu”, niczym rasowi aktorzy. Jestem z nich taka dumna.

Niedziela, 10:55 O niczym…

Niedziela

Jeszcze w piżamach

Jeszcze nie chce mi się wracać do rzeczywistości

Kolejny dzień.

W tym miesiącu terapii nie będzie, więc wpisy będą rzadsze. Blog jest dodatkiem do terapii. Terapia… Ok. Jestem wkurwiona, że na ponad cztery lata, które liczę na jej przebieg, tak naprawdę, gdybym policzyła te dni w których była, okres skurczyłby się do niecałych dwóch, ale podobno na to się zgodziłam.
Pomimo, że jej nie ma, wciąż o niej myślę…

W piątek bardzo przykra historia. Przykra dla mnie osobiście. Za bardzo wierzę ludziom, wierzę w ich dobro, za bardzo się usprawiedliwiam z tego, co robię, stawiam siebie na niższej pozycji. Może dzięki terapii szybko to sobie uświadamiam. Czy boli mniej? Nie, tylko wiem, w czym rzecz i jak mogę reagować w podobnej sytuacji. Czy reaguję? No, nie bardzo. Automatyzm działa. Najpierw pojawia się wyuczone działanie a później następuje refleksja i wkurwienie na siebie, bo przecież… Ale sytuacja już za mną, już do niej nie powrócę. Bedzie następna…

Zadanie dla mnie – wierzyć w siebie i doceniać własną pracę, nawet wtedy, kiedy ktoś ją deprecjonuje.

Trudne. Dla mnie trudne.

Za to wczoraj usłyszałam dla przeciwwagi bardzo budujące opinie o tym, co robię. Jak bardzo zmieniłam widzenie miejsca, w którym pracuję. Ludzie, którzy odwiedzają tę stronę, zachwycają się, że nareszcie coś zaczęło się dobrego dziać w szkole. Dobrego i w takiej ilości. Reklama działa a ja przejmuję się dwoma głosami negatywnymi.
Działa przekonanie z dzieciństwa, że jak będę robić dużo dobrego, to wszyscy mnie pokochają – naprawianie świata. A jak boli, kiedy tak nie jest, kiedy jednak nie wszyscy kochają…
Piątkowy wieczór miałam przewalony. Ryczałam w domu jak bóbr i z taką zaryczaną gębą poszłam kwestować. Zbieraliśmy żywność w jednym ze sklepów. Uzbieraliśmy przez dwie godziny dwa pełne kosze sklepowe. Podobno najwięcej. Zapłakana gęba podziałała… :-(

Dziś niedziela. Nowy dzień.

 

Niedziela, 10:57. Zanim przeminie…

Wczoraj wspaniały dzień z córką.

Miał być dzień z biskupem… Ale wybrałam dzień z kimś mi bliższym.

Oczywiście pojechałam do miasta, w którym miało się odbyć spotkanie… I to by było na tyle…

Umówił się ze mną też pan poznany kiedyś na szkoleniu. Pan bardzo miły, prawiący wiele komplementów i mówiący, że „mam bardzo inteligentny wygląd” :-/ . Znam taki typ mężczyzn. Picuś glancuś, a pod pokrywką wrze.
A więc nie spotkałam się ze znajomymi z grupy, nie spotkałam się z biskupem i nie spotkałam się z Picusiem, ale za to cały dzień spędziłam z córką. I to było dla mnie najważniejsze wydarzenie tego dnia.

Wcześniej zdenerwowała mnie znajoma. Razem z grupą miałam ich wieźć do Ł. Poprosiłam, żeby dojechały do mnie, bo ja musiałabym się cofać do miasta a tak ode mnie mam prostą drogę do ł. Wcześniej, kiedy jechałam z nimi, bez sprzeciwu podporządkowałam się ich wymogom a teraz kiedy ja coś chciałam, one miały inną opcję. Moja natura wygrała. Odpuściłam sobie wyjazd z nimi, wymyślając powód i informując je wcześniej. Pojechały z kimś innym.

Dla mnie i dla córki został cały dzień. Mała w styczniu ma bal gimnazjalny, więc ganiałyśmy po sklepach za sukienką. W końcu znalazłyśmy. Piękną, z kolorze pudrowego różu. Mała pierwsza ją wypatrzyła. I akurat jej rozmiar. Weszła do przymierzalni. Kiedy zapytałam, czy mogę w czymś pomóc, odpowiedziała, że tak, z zamkiem. Odsłoniła kotarę i zobaczyłam… Prześliczną, młoda kobietkę. Sukienka leżała jak ulał. Mała wyglądała w niej jak księżniczka. Prześliczną, z rozpuszczonymi, blond włosami… W oczach stanęły mi łzy…
- Wiedziałam, że tak będzie… – wymamrotała Mała – Wiedziałam…
- Boże, jak ty jesteś śliczna… – wymamrotałam ja.

Przymierzyła jeszcze czarną, bardzo obcisłą, ale z piękną, koronkową górą. Została ta różowa. Z koronką na gorsecie i rozkloszowaną spódnicą, obszytą na dole szeroką gipiurą. I jak ona pięknie w niej wyglądała…

Jeszcze do kupienia buty.

Cztery godziny na zakupach. Brrrr, ale było warto.

I do domu.

A później… Młody pojechał do pracy a my obie rozwiązywałyśmy jakieś durne rebusy. Durne dlatego, bo obrazki nie za bardzo oddawały rzeczywistość. Śmiałam się, że do rozwiązywania trzeba wyższej inteligencji. Śmiałyśmy się obie, siedząc obok siebie na kanapie i odgadując następne łamigłówki. Bezcenne chwile.

Dzień dla córki. Dzień z córką.