Niedziela, 18:03 Nad morzem

No to już drugi dzień jesteśmy nad morzem.

Jak na razie pogoda piękna. Słoneczko.

Dziewczyny harcują. G pięknie się opaliła. Moja E trochę mniej – jest z tych, którzy są zawsze bladzi a opalają się na czerwono.

Droga do Kopalina trwała prawie 10 godzin. Wyjechałyśmy o 5 rano. Największe korek w Redzie. Stałyśmy bardzo długo. Umordowałam się tą drogą z powodu sprzęgła. Jak to powiedział mechanik „kończy się” i trzeba umiejętnie je puszczać, żeby ruszyć bez szarpania. Z Redy bez problemu wjechałyśmy do Wejherowa a stamtąd do Choczewa i wprost do Kopalina.

Teraz trochę pochmurnie, ale cieplutko.

Jutro wyjeżdżamy do Łeby.

Młody z domu marudzi, że szkoda, że z nami nie pojechał.

Skończyło się miejsce na drugim blogu. To tak, jakbym zamknęła pewien etap życia – ponad milion pięćset tysięcy wyświetleń. Rok 2013 – 2017 – cztery pełne lata. Onet daje określoną pojemność blogową, którą zdjęcia bardzo szybko zapełniają.

Zaczyna się nowe, inne, lepsze, spokojniejsze. I to nie są pobożne życzenia – to wnioski po obserwacji tego, co się dzieje. Czy to dzięki terapii? Myślę, że tak, chociaż ostatnio „nawiedzają” mnie różne myśli. Ja i terapeuta to dwie diametralnie różne osobowości. Gdybyśmy spotkali się w realnym życiu on wkurwiałby mnie a ja jego. Ścieralibyśmy się, aż sypałyby się iskry. Czasami jest bardzo wkurzający. I nie wiem, czy to specjalny zabieg, metoda pracy terapeutycznej, czy przemyca z realnego życia swoje poglądy. Faktem jest to, że był przy mnie w najgorszych, najbardziej „rozedrganych” latach. Przeprowadził mnie przez nie, kierując moje myślenie na inną rzeczywistość.
Śmieszne – wczoraj widząc w morzu faceta fizycznie bardzo podobnego do B, zastanawiałam się, czy to nie on. Wiedziałam, że to nie on, ale przyglądałam się z wielkim zaciekawieniem. B nie jeździ nad polskie morze. On lubi zupełnie inne klimaty.

Hmmm. A tu w Kopalinie jest bardzo dobrze. Odpoczywam.

Czytam świetną książkę Michaliny Wisłockiej „Autobiografia”. Wspomina swoje dzieciństwo i lata młodzieńcze. Nie brak humoru. Przepiękny opis życia w rodzinie. Polecam

Czwartek, 16:33. Rak

Właśnie przyjechałam od B.

Nie mogłam się do niej dodzwonić a wiem, że miała badanie PET.

Schudła. Ból kręgosłupa nie słabnie. Przyjaciel, lekarz leczenia bólu, daje jej tzw. „blokady” w kręgosłup. Pomagają. Przynajmniej może chodzić, chociaż marne to chodzenie.

Na badaniu PET się „zaświeciła”. Ten skurwiel, rak, nie chce odpuścić. Najwięcej ognisk w okolicy brzucha i jedno w kręgosłupie szyjnym. Jutro ma kolonoskopie.

Nie chcę myśleć, że jest na straconej pozycji. Chcę wierzyć, że i tym razem wygra. Niedługo będzie miała chemię.

Była też jej mama. Kiedy B wyszła zadzwonić jej mama się rozkleiła.
- Jest źle… Pożegnałam już jednego, teraz ona… – mówiła ze łzami w oczach.
Brat B zmarł na raka.
Nie wiedziałam co mam powiedzieć w takiej sytuacji. Wydukałam, że trzeba mieć nadzieję, że B jest silną babką i tym razem też sobie poradzi.

Ale to tylko słowa a ona bardzo cierpi.

Mam próżnię w głowie. Nie umiem pocieszać ludzi w takich sytuacjach. Każde słowo wydaje się nie na miejscu. Kocham B, ale tak niewiele mogę. Mogę jedynie porozmawiać. Poprosiłam ją, żeby dzwoniła i mówiła co się dzieje. Rozmowa pomaga. Nie można wszystkiego zatrzymywać dla siebie. Powiedziałam, że wysłucham ją zawsze – bo tyle tylko mogę. Żadne rady tu nic nie dadzą, żadne pocieszania ani tym bardziej płacz, czy rozklejanie się. Mam nadzieję, że będzie chciała mówić…

Środa, 10:28. In treatment

Już myślałam, że terapia jest na tym poziomie, że nie będę płakać. Dwie. które minęły dawały mi wiele spokoju a dziś… Dziś jestem totalnie rozbita.

Na pierwszy plan wyjechało zdanie: „Nie chcę, żeby mnie ktoś zostawił, tak jak zrobiła to matka”.

Wiem. Nie chcę wracać do tematów związanych z dzieciństwem, z matką, z pozostawieniem, ale nie chcę też tego zostawiać, więc drążę temat.
Obśmiewam to w gabinecie, albo milczę zacięcie nie chcąc wyrzucić słów, które by ją zabiły, które pokazałby moją czarną niewdzięczność. Moją nienawiść w stosunku do niej. Tak, nienawiść.

Męczy mnie ten dualizm – dobrej córki, która… nienawidzi matki.

Kiedy miałam to powiedzieć umilkłam na dobrą chwilę.

Przez całe życie bałam się porzucenia… I tu pojawiały się fragmenty mojej życiowej układanki. Pierwsza zostawiałam chłopaków, którzy coś do mnie czuli. Zamiast przyjrzeć się temu, co miedzy nami się rodzi, pogrzać się w ich uczuciach, beznamiętnie oznajmiałam, że „z tego nic nie będzie, ja nic do nich nie czuję”. Zostawiałam ich patrząc na ich wściekłość, żal, smutek, rozgoryczenie, nie wypowiedziane pytanie „dlaczego?”. Teraz wiem, że bałam się, że oni mnie mogli zostawić, powiedzieć, że nic dla nich nie znaczę, że mogłoby mnie nie być a oni mieliby życie lepsze niż ze mną.
Zamiast wykrzyczeć matce, że mnie niszczy, wybierałam ucieczki. Żeby z nią nie być dłużej wymyśliłam sobie małżeństwo. Wyszłam za mąż i wyprowadziłam się z domu. Udowadniałam jej, że sobie poradzę bez niej. I radziłam sobie ze wszystkim sama. Nawet z chorobą męża postanowiłam sobie dać  radę. Jej nie uzdrowiłam, ale postanowiłam uzdrowić jego.
Dopóki nie zaczęłam terapii, reagowałam na wszystko jak ona. Cierpiały z tego powodu dzieci. Na szczęście było to bardzo krótko, bo zaczęłam chodzić na sesje. I zajęłam się SOBĄ.

Dzisiejsza sesja bardzo bolała… nie, bardzo boli, nadal.

Wiem, że to co sobie mówię w duchu nic nie znaczy, to słyszę tylko ja, nikt więcej. Przed nim zamykam się, milczę, uśmiecham, albo wręcz wyśmiewam siebie samą i całą sytuację. Żeby pozbyć się tego balastu w sobie muszę mu to powiedzieć na głoś. Właśnie – muszę… Jeszcze za bardzo się boję, żeby chcieć. Paraliżuje mnie ten strach. Sprzeniewierzyć się matce. Wykrzyczeć, że jej nienawidzę, że mnie niszczy swoimi słowami, zachowaniem, wymaganiami. Nie robi się tego dziecku!!! Nie opowiada się o aborcji i nie dywaguje nad jakością życia z dzieckiem i bez dziecka. Nie chcę słyszeć, że życie, które ma jest przejebane a przecież mogła mieć lepsze z kimś innym. Nie chcę zakładać ciuchów, które mi kupowała i rozkładała je na łóżku, oczekując moich zachwytów, jaki dobry ma gust i dziękować, że jest jednak ludzką matką, dbającą o niechciane dziecko. Hodowała mnie jak psa. Podawała żarcie i oczekiwała psiej wierności i nie rozczarowała się. Byłam wierna do bólu, do końca jej dni, do chwili kiedy gasła w moich oczach a ja trzymałam jej coraz zimniejszą rękę w swoich dłoniach i modliłam się ze strachu. To nie był strach o nią, to był strach o mnie, o moją wytrzymałość psychiczną. Rak był tak zaawansowany, że jedynym wybawieniem była śmierć.

Nie pozbędę się tej nienawiści dopóki jej nie wypuszczę – nie wykrzyczę, albo nie zacznę reagować w normalny sposób na sytuację, które mnie niszczą. Dopóki będę „grzeczną córeczką” będzie mi towarzyszył strach przed opuszczeniem.

Dlaczego nie pamiętam nic z dzieciństwa? Dlaczego bliżej mi do siostry, niż do matki? Dlaczego siostra kojarzy mi się z matczyną troską, opieką, dbaniem I dlaczego ona też mnie zostawiła. Brała mnie na wakacje, na weekendy, upiekła tort na osiemnastkę, ale wolała zostawić mnie z matką. B delikatnie sugerował „rodzinną tajemnicę”, ale myśląc w ten sposób musiałabym być bliźniaczką mojej siostrzenicy a między nami jest dwa tygodnie różnicy.

Brrr, mam mętlik w głowie. Mam wiele blokad psychicznych, które ujawniają się dopiero na terapii. Do tej pory myślałam, że to są cechy mojego charakteru a teraz wiem, że we wnętrzu tej skorupy siedzi zupełnie inna kobieta. Nawet teraz, kiedy to piszę, mam próżnię w głowie. Nie umiem sobie tego uzmysłowić, że jestem zupełnie kimś innym i że mam prawo nienawidzić swojej matki.

Kurde, jak nie zwariuję, będzie dobrze. Mega ciężki dzień.

Za tydzień terapii nie będzie – będę nad morzem.

Na zakończenie spotkania (a wyglądałam tego końca, jak kania dżdżu) zamieniliśmy kilka słów na temat tego, co dzieje się w Polsce. On, że w obliczu tego co się dzieje myśli o wyjeździe z Polski, bo może być zmarnowany dorobek ich ośmioletnich starań a ja o tym, że nie oglądam żadnych wiadomości, żeby się nie denerwować. Za rządów PO z przerażeniem słuchałam, tego co działo się dookoła lekcji religii w szkole i bałam się, że stracę pracę a praca w szkole to jedyne źródło mojego utrzymania. Teraz wolę obejrzeć dobry film, niż babrać się w polityczne zapędy żrących się między sobą partii. To co słyszę nie napawa optymizmem. Banda oszołomów. Jedni sycą się zwycięstwem a drudzy nie mogą przeżyć przegranej. Debile żrą się między sobą a media rozdmuchują chorą sytuację i podsycają nienawiść. Teraz politycznie poprawne jest opowiedzieć się za jedną z partii. Nie można stać po środku, bo albo jedni wyzwą od pisiorów, albo drudzy wyzwą od morderców i szujów. Ciekawe czasy :-x

Lepiej zaszyć się w zaciszu domowym z książką, dobrym filmem, albo wyjechać nad morze i posłuchać szumu fal.

***

21:40

Ochłonęłam

Zaczęłam malować sień. Miałam to zrobić w zeszłym roku, ale… Było mi za dobrze… Cieszyłam się spokojem… Nie chciało mi się… Nie chciało mi się!!! Tak!!! Nie chciało mi się! I z tym było mi dobrze. Ale, nie mogłam już patrzeć na brudne ściany i wyjęłam przykurzone farby. Otworzyłam pudełka i już pomalowałam sufit. Jutro ściany.

W mieście spotkałam brata mojej mamy. Trochę porozmawialiśmy. Nie spuszczał ze mnie oczu.
- Teraz nareszcie dobrze wyglądasz – stwierdził.
- Wiem. Nareszcie wyglądam jak człowiek – roześmiałam się.
- No tak. Kiedyś byłaś bardzo wymordowana a teraz… – i znów popatrzył na mnie – Czysta Stacha. Wyglądasz jak matka – roześmiał się.
A mnie zamurowało.
Dziś jest dzień pod tytułem „Moja matka”. Tak, fizycznie jestem do niej bardzo podobna. Podobna do Stachy :roll: Psychicznie i mentalnie jestem zupełnie inna… A może mi się wydaje?!
Nad poczuciem mentalności pracuję już czwarty rok a psychikę mam mocniejszą. Nie chcę się poddać i nie rezygnuję z walki o siebie. Lepiej późno niż wcale.

Niedziela, 20:26 Leniwie

Wakacje rozleniwiają mnie swoim spokojem.

Dzisiaj spałam do 12 8-O .Jest dobrze i mega spokojnie.

Spokojnie mimo „jazdy” z bratem. I teraz dopiero doceniam swoje decyzje.  Oddzieliłam się od nich i nic nie muszę.
Rozmawiałam wczoraj z bratanicą. Teraz ona jest w „strefie 0′. Słuchałam jej rozedrganych od emocji słów. Uwikłania w niezdrową sytuację nie wie, co ma zrobić. Szarpie się pomiędzy „muszę” a „chcę”. „Muszę” zwycięża. A ja mogę jej wysłuchać, powiedzieć, że bardzo jej współczuję. Zadziwić się, że jest „zaimpregnowana” na pomysły typu „może lepiej, gdybyś się od nich wyprowadziła”, bo ona na razie jest „coś winna rodzicom” i „nie może ich zostawić samych”. Ja wiem, że może i to by było dla niej najlepsze, ale ona nie jest na to gotowa i woli się niszczyć, nawet o tym nie wiedząc.
A ja mogę po tej rozmowie wrócić do bezpiecznego i spokojnego domu. Zrobić pyszną kolację, obejrzeć niezły film i spać do 12  w dzień.

Naszej rozmowie przysłuchiwała się córka.
- I co byś powiedziała, gdybym ja taka była? – zapytałam w drodze do domu.
- W domu być mnie nie zobaczyła…
Na szczęście (dla siebie samej) jestem zupełnie inny niż moje rodzeństwo.

Wakacje. Wakacje. Wakacje!!!

Do wydatków na samochód musiałam w sobotę dodać jeszcze 260 zł. Okazało się, że pękła tuleja w lewym wahaczu i trzeba było jeszcze oddać auto pod geometrię kół.  No i jak na złość „poszedł” centralny zamek. Otwieram z kluczyka.
Był „ubaw” na stacji paliw. Musiałam zatankować a wlew był zablokowany. Musiałam zobaczyć w internecie jak dobrać się do wlewu bez użycia centralnego zamka. Niby prosto, ale w moim samochodzie urządzenie do zamykania klapki wlewu miało inny kształt i zamiast przycisku trzeba było pociągnąć za metalową linkę. Udało się!!! Wlew został uwolniony a ja mogłam zatankować!!! Jestem wielka!!!!
Wcześniej w akcie desperacji zadzwoniłam nawet do brata z prośbą o pomoc. I usłyszałam tylko wrzask, że jak on może mi pomóc z uciętym palcem (miał wypadek – uciął część palca piłą do drewna). Chodziło mi tylko o podpowiedź a usłyszałam wulgaryzmy i mnóstwo złości. Nie odpowiedziałam, ale wycofałam się z tej rozmowy. Niby go rozumiem. Rozumiem, że cierpi, ale lepiej było skończyć rozmowę. Poradziłam sobie sama.

Jak zwykle – ze wszystkim radzę sobie sama! Błogosławieństwo i przekleństwo w jednym, ale lubię to i doceniam.