Wtorek, 17:03

Wczoraj wizyta u rodzinnego i prośba o skierowanie na ponowną biopsję. Lekarka była oburzona bałaganem panującym w laboratorium. Pobrano cztery wycinki. Zniszczono jeden, a gdzie pozostałe trzy? Tego nie wie nikt. Badanie trzeba powtórzyć. Ona biadoliła nad moim bólem i dodała, że nie zgodziłaby się na ponowne badanie. Więc co mam robić?????
Napisałam wiadomość do znajomego lekarza z pytaniem, czy istnieje inny sposób badania, mniej inwazyjny, żeby stwierdzić, czy to jest rak czy nie. Odpowiedź brzmiała „nie”. Zmiana jest umiejscowiona w takim miejscu, że wyklucza inny sposób badania. Miałam pecha przy badaniu wycinka.

Denerwuję się. Szyja w miejscu pobierania wycinka boli już od kilku dni i nie wiem, czy to jest ból po biopsji, czy ból na tle nerwowym. Co dalej z ewentualnym leczeniem?

Czuję olbrzymią niepewność i zdenerwowanie.

Nasłuchałam się wczoraj od lekarki…

 

Sobota 10:27

Jak ten czas leci!!!!

Duuuuużo pracy. Kto powiedział, że nauczyciel ma parę godzin dziennie???? Zaczynam o 8 kończę o 16 a reszta w domu. Ale to dobrze. Nie rozkminiam za bardzo wyniku i tego, co będzie, jeżeli…

Powtórka w środę.

Najbardziej wynikiem przejął się R. Niepotrzebnie przeczytał rozpoznanie (domniemane) i oczywiście zaczął szukać w internecie a tam, że: guz nie nadaje się do leczenia ani chemią ani naświetlaniami, że rokowania tragiczne a długość życia kilka miesięcy, nic tylko zakupić trumnę i czekać na „dobry Jezu a nasz panie”. Następnego dnia poszedł struty do szkoły i pokłócił się z najlepszymi znajomymi.

Akurat tego dnia miałam radę. Wpadłam w przerwie do domu i powiedziałam mu, że nie potrzebnie czytał internetowe informacje, że na karcie szpitalnej jest informacja, że wycinek był zbyt mały i uległ skrojeniu, dlatego nie mogli dobrze go przebadać, że gdybym miała raka to byłoby niezłe skurwysyństwo ze strony najwyższego, bo skoro przetrwałam 15 lat i nareszcie miałam cztery lata spokoju, z czego dwa ostatnie to było istne niebo, byłby bardzo niesprawiedliwy, gdyby teraz dowalił rakiem i wydał na mnie wyrok. Że będziemy czekać, gastroskopię się powtórzy a na razie jest dobrze. Przeprosiłam go, że kiedyś nieopatrznie chlapnęłam, że gdybym wiedziała, że to rak, to bym się nie leczyła. To nieprawda. Owszem, bardzo się boję a może nawet panikuję, ale to chyba normalne. Gdyby coś, będę się leczyć, przecież bardzo ich kocham i robiłabym wszystko, żeby z nimi być jak najdłużej, a poza tym kocham też siebie i chciałaby jeszcze pożyć.
R słuchał i widziałam, że napięcie puszcza. Patrzył na mnie i jego twarz łagodniała. Wycałowałam do i pobiegłam na drugą część rady.

W środę mam następne badanie. Nie pójdę na terapię, tego byłoby już za dużo. Spotkanie „z matką” a później gastroskopia. Za dużo. Wybieram gastroskopię a później do pracy.

Wczoraj rozmawiałam z Beatą. Wciąż jest w Wieliszewie. Myślę, że trochę podniosłam ją na duchu. Długo gadałyśmy. Okazało się, że zgrubienie na szyi było spowodowane skrzepliną w porcie. Skrzeplinę usunęli w piątek. B zaczęła mówić o wielkim murze nie do przeskoczenia, o piętrzących się problemach, o zniechęceniu. Na co ja wypaliłam, że mówi jak ja kiedyś i to wszystko co nas spotyka, to nie są przeszkody, tylko wyzwania i zaczęłam tłumaczyć, że skrzeplinę w końcu zidentyfikowano i usunięto a jej nic się nie stało (ma szczęście). Chemię, którą dostaje jest nowa a ona załapała się na nią ponieważ nie ma mutacji i chemia będzie w jej przypadku działać – znów ma szczęście, bo wiele osób na taką chemię się nie zakwalifikowało. Jeżeli jest lepsza chemia, to jest nadzieja na wyzdrowienie. A na jej słowa, że nie może spać doradziłam, żeby zamiast jednej części trittico wzięła dwie – ja ostatnio tak robię, bo też boję się wyniku i nie mogłam spać po jednej części. Długo jeszcze gadałyśmy, o wielu nieistotnych rzeczach – o mojej pracy, o książkach, filmach. Obgadałyśmy reakcje mężczyzn w naszych rodzinach – jej mąż i syn bardzo przeżywają to co się dzieje i oczywiście bardzo nerwowo reagują, mój R zresztą też reaguje w podobny sposób. Powiedziałam, że informowanie dzieci o chorobie i przyznanie się do odczuwanego strachu uspakaja. Mojego R i moją E uspokoiło. Mnie zresztą też. Dzieci nie lubią żyć w niepewności. Są dobrymi obserwatorami i zawsze wiedzą kiedy dorośli kłamią. Tworzenie aury tajemniczości dookoła choroby wykańcza wszystkich dookoła, bo ludzie najszybciej domyślają się czegoś złego a nie dobrego. Lepiej wiedzieć prawdę…
Na koniec B powiedziała, że czuje się spokojniejsza.
Ja zresztą też poczułam się spokojniejsza…
Są ciężary, których człowiek nie powinien dźwigać sam. Rozłożone na kilka osób są lżejsze do uniesienia. Poważna choroba jest właśnie takim ciężarem. Szkoda, że nie każdy potrafi oddać część swojego ciężaru a i nie każdy potrafi go przyjąć.

B jest młodsza ode mnie o rok. Wiek od 40 do 50 lat, to jakiś „zaklęty rewir” – jeżeli przeżyję się tą dekadę, będzie się żyć dalej. Wiele osób właśnie w tym przedziale umiera. Jakaś pieprzona strefa graniczna. Tak sobie myślę bogu, że może byś czasem nie był taki sprawiedliwy, bo nie każdy potrafi patrzeć na życie w klimacie „mocy uwielbienia”, w sensie, dziękować nawet za złe sytuacje w życiu i później wyciągać z nich nauki. Nie każdy…

A i jeszcze taka piosenka, która bardzo wpadła mi w ucho:

życie, kochanie, trwa tyle co taniec..

Sobota, 00:33

Wczoraj moja koleżanka po fachu sprzedała mi newsa.

Może lepiej, gdyby tego nie zrobiła.

A jednak…

Jedna z naszych znajomych, której nota bene, nie widziałam od dwóch lat,  spotkała miłość swoich marzeń. Zakochana była w swoim wybranku niemiłosiernie. Kobieta mocno dojrzała (ok 40 lat) zakochała się w starszym od siebie kawalerze.
Wzięli ślub i zniknęła na miesiąc razem ze świeżo upieczonym mężem…
Sielanka, nie?
Otóż, nie.
Zniknęli, ponieważ wspaniały, kochany mąż więził ją przez miesiąc w piwnicy. I nie tylko więził, ale też gwałcił, głodził i poniżał. Podsuwał jej jedzenie raz na dzień kijem…
Sytuacja jak w horrorze.
Kiedy wszystko się wydało, ona trafiła najpierw do szpitala  ogólnego a później do psychiatrycznego. Stres spowodował nowotwór kości.
„Wspaniały mąż” zapytany przez policję, dlaczego dopuścił się takiego czynu, odpowiedział, że jego największym marzeniem było mieć kobietę, którą będzie mógł mieć tylko dla siebie i którą będzie regularnie gwałcił…
Chore
Kiedy koleżanka mi to opowiadała, pomyślałam o J i poczułam lodowaty podmuch na plecach.
- A ty się nie boisz, że on wróci? – zapytała – powinnaś być upoważniona do takiej wiadomości.
- Otóż nie – odpowiedziałam – tajemnica lekarska i informacje zastrzeżone przez pacjenta blokują przepływ takich informacji.
Tym razem ona zrobiła wielkie oczy.
Ludzie naprawdę niewiele wiedzą o prawach rodziny pacjentów chorych psychicznie. Chory jest zabezpieczony a rodzina musi radzić sobie sama :-(

Mnie pozostaje jedynie nadzieja, że zdążę przed nim uciec.

Poniedziałek, 21:26

Byłam tam, gdzie nie byłam ponad cztery lata…

Weszłyśmy na zarośnięte trawą i chwastami podwórze przez dziurę w siatce.

Mała nie chciała wchodzić.

W ogóle to pojechałyśmy na grzyby w tamte okolice. Chodziłyśmy i zbierałyśmy grzyby aż nagle trafiłyśmy w dziwne miejsce. Pomiędzy drzewami przeświecały białe ściany jakiegoś budynku. Chodziłyśmy obok i zbierałyśmy podgrzybki.
- Co to za budynek? – zapytałam córki.
- To taki domek znajomych…
Nie pozwoliłam dokończyć, bo nagle poznałam ten budynek. TO BYŁ NASZ DOM! Nasz dom!!! Trafiłyśmy na własne podwórko.
Wszystko takie dziwne, zarośnięte. Takie nie nasze. A jednak…
Powybijane okna. Drzwi zabite gwoździami. Z tyłu budynku uchylone okno.
Przyniosłam stary pustak i podstawiłam pod ścianę. Zajrzałyśmy do środka. Wewnątrz ogromny bałagan. Na parapecie leżał brudny ręcznik.
Ze ścian zaczęła złazić farba. A tak dbałam o te ściany! Na podłodze jakieś porozrzucane rzeczy.
Tak. Weszłyśmy do środka.
Najpierw mała a później ja. Że tak nie można? Że już tam nie mieszkamy? Ale mieszkałyśmy. Mamy mnóstwo wspomnień związanych z tym miejscem.

Chodziłyśmy po kolejnych pomieszczeniach.

Pokoik dzieci jest najlepiej zachowany. Kolorowe tapety z widokami przyrody i kolory na ścianach jakby były położone wczoraj.
Farba w dużym pokoju łuszczy się i odpada płatami.

Miedziane rurki powycinane ze ścian. Grzejniki pozabierane. Wyrwane z sufitów żyrandole razem z kawałkami kabli. Ludzie barbarzyńcy…

Kawał naszej historii. Moje i dzieci 15 lat.

Mała dziwiła się, że kuchnia taka mała, że łazienka też malutka… Kiedy uciekliśmy ona była mniejsza. Miała 11 lat. Dla niej wszystko wydawało się duże. Teraz wyrosła i wszystko wydaje się mniejsze.

Teraz to martwy dom.

W ogródku naprzeciwko domu owocowe drzewka. Jabłonka zaowocowała małymi, zdziczałymi jabłuszkami.

Przyjechałyśmy do teraźniejszego domu. Domu, w który tchnęłam nową duszę i który żyje dzięki nam. Dom, w którym jest ciepło. Tamten to przeszłość.

Dziś stanęłyśmy oko w oko z naszymi dawnymi strachami. Spojrzałyśmy w twarz przeszłości. Tam już nic dla nas nie ma. Nic. To już obce miejsce. Wszyscy troje już z niego wyrośliśmy.

Czwartek, 19:50

Jest diagnoza – to jednak przeżuty do kości…

Mogę przy niej być i ją wspierać, jeżeli tylko tego będzie chciała.

Nie można jej odbierać nadziei. Nie mogę jej odbierać nikomu, kto ze mną o niej rozmawia. Wciąż powtarzam „trzeba mieć nadzieję”. A ja? Wciąż porównuję ją do matki i czuję ogromną bezradność. Ona powoli się nam wymyka. Dobrze, że stać ich na leczenie. Jeżdżenie do szpitali i do lekarzy. Robienie kolejnych badań. Wszystko to wzbudza nadzieję na wygraną a jeżeli nie na wygraną, to przynajmniej na więcej czasu do życia. Mnie na to nie byłoby stać i to nie psychicznie, ale finansowo. Nie stać mnie na chorowanie… Żyję dniem dzisiejszym – dosłownie i w przenośni.

Młody po raz pierwszy poszedł dziś do prawdziwej pracy. W lokalu znajomej, jako barman.

W mojej pracy jakiś kocioł, galimatias, złe nakręcanie nastrojów w związku ze zmianą dyrektora. Nic przyjemnego i w takiej atmosferze zaczynamy nowy rok szkolny. Brrr

Nie mogłam spać w nocy. Wróciłam do leków.

Nie chciałabym tyle czuć. Być taką wnikliwą obserwatorką i dobrą słuchaczką. A jestem… I za dużo rozmyślam. Niestety :-(

Obok mnie śpi kot. Ostatnio przeniósł się do mojego łóżka.
Kiedy rano wraca z nocnego „wypadu” od razu wpasowuje się w nogach łóżka, zwija w kłębek i zasypia. Wcześniej spał u Małej. Teraz zmienił lokalizację.

 https://www.youtube.com/watch?v=KgmFXye1FLc