Poniedziełek, 00:11

Zamykają blog.pl

I już mnie tu nie będzie.

Mam czas do końca stycznia i szlus.

Przyzwyczaiłam się do tego miejsca. Do pisania, a tu niespodzianka. Życie lubi zaskakiwać.

Trwają święta.

Bardzo szczęśliwe święta.

Nareszcie.

Spokojnie, świątecznie, z prezentami, choinką, wigilią u siostry.

Jestem szczęśliwa.

Odsunęłam się od toksycznych ludzi. I wyszło mi to na zdrowie.

A propos zdrowia… Wyniki z centrum onkologii już mam w domu. Nie wykryto komórek nowotworowych. NIE MAM RAKA!!! Moje ciało spłatało mi figla. Odreagowuje wszystkie te nerwowe lata na swój sposób. Kłopoty z przełykaniem zostały, ale teraz wiem, że to somatyka a nie rak.

W pracy sukces – wspaniałe przedstawienie bożonarodzeniowe. Uczniowie pięknie zagrali „Jasełka na strychu”, niczym rasowi aktorzy. Jestem z nich taka dumna.

Niedziela, 10:55 O niczym…

Niedziela

Jeszcze w piżamach

Jeszcze nie chce mi się wracać do rzeczywistości

Kolejny dzień.

W tym miesiącu terapii nie będzie, więc wpisy będą rzadsze. Blog jest dodatkiem do terapii. Terapia… Ok. Jestem wkurwiona, że na ponad cztery lata, które liczę na jej przebieg, tak naprawdę, gdybym policzyła te dni w których była, okres skurczyłby się do niecałych dwóch, ale podobno na to się zgodziłam.
Pomimo, że jej nie ma, wciąż o niej myślę…

W piątek bardzo przykra historia. Przykra dla mnie osobiście. Za bardzo wierzę ludziom, wierzę w ich dobro, za bardzo się usprawiedliwiam z tego, co robię, stawiam siebie na niższej pozycji. Może dzięki terapii szybko to sobie uświadamiam. Czy boli mniej? Nie, tylko wiem, w czym rzecz i jak mogę reagować w podobnej sytuacji. Czy reaguję? No, nie bardzo. Automatyzm działa. Najpierw pojawia się wyuczone działanie a później następuje refleksja i wkurwienie na siebie, bo przecież… Ale sytuacja już za mną, już do niej nie powrócę. Bedzie następna…

Zadanie dla mnie – wierzyć w siebie i doceniać własną pracę, nawet wtedy, kiedy ktoś ją deprecjonuje.

Trudne. Dla mnie trudne.

Za to wczoraj usłyszałam dla przeciwwagi bardzo budujące opinie o tym, co robię. Jak bardzo zmieniłam widzenie miejsca, w którym pracuję. Ludzie, którzy odwiedzają tę stronę, zachwycają się, że nareszcie coś zaczęło się dobrego dziać w szkole. Dobrego i w takiej ilości. Reklama działa a ja przejmuję się dwoma głosami negatywnymi.
Działa przekonanie z dzieciństwa, że jak będę robić dużo dobrego, to wszyscy mnie pokochają – naprawianie świata. A jak boli, kiedy tak nie jest, kiedy jednak nie wszyscy kochają…
Piątkowy wieczór miałam przewalony. Ryczałam w domu jak bóbr i z taką zaryczaną gębą poszłam kwestować. Zbieraliśmy żywność w jednym ze sklepów. Uzbieraliśmy przez dwie godziny dwa pełne kosze sklepowe. Podobno najwięcej. Zapłakana gęba podziałała… :-(

Dziś niedziela. Nowy dzień.

 

Niedziela, 10:57. Zanim przeminie…

Wczoraj wspaniały dzień z córką.

Miał być dzień z biskupem… Ale wybrałam dzień z kimś mi bliższym.

Oczywiście pojechałam do miasta, w którym miało się odbyć spotkanie… I to by było na tyle…

Umówił się ze mną też pan poznany kiedyś na szkoleniu. Pan bardzo miły, prawiący wiele komplementów i mówiący, że „mam bardzo inteligentny wygląd” :-/ . Znam taki typ mężczyzn. Picuś glancuś, a pod pokrywką wrze.
A więc nie spotkałam się ze znajomymi z grupy, nie spotkałam się z biskupem i nie spotkałam się z Picusiem, ale za to cały dzień spędziłam z córką. I to było dla mnie najważniejsze wydarzenie tego dnia.

Wcześniej zdenerwowała mnie znajoma. Razem z grupą miałam ich wieźć do Ł. Poprosiłam, żeby dojechały do mnie, bo ja musiałabym się cofać do miasta a tak ode mnie mam prostą drogę do ł. Wcześniej, kiedy jechałam z nimi, bez sprzeciwu podporządkowałam się ich wymogom a teraz kiedy ja coś chciałam, one miały inną opcję. Moja natura wygrała. Odpuściłam sobie wyjazd z nimi, wymyślając powód i informując je wcześniej. Pojechały z kimś innym.

Dla mnie i dla córki został cały dzień. Mała w styczniu ma bal gimnazjalny, więc ganiałyśmy po sklepach za sukienką. W końcu znalazłyśmy. Piękną, z kolorze pudrowego różu. Mała pierwsza ją wypatrzyła. I akurat jej rozmiar. Weszła do przymierzalni. Kiedy zapytałam, czy mogę w czymś pomóc, odpowiedziała, że tak, z zamkiem. Odsłoniła kotarę i zobaczyłam… Prześliczną, młoda kobietkę. Sukienka leżała jak ulał. Mała wyglądała w niej jak księżniczka. Prześliczną, z rozpuszczonymi, blond włosami… W oczach stanęły mi łzy…
- Wiedziałam, że tak będzie… – wymamrotała Mała – Wiedziałam…
- Boże, jak ty jesteś śliczna… – wymamrotałam ja.

Przymierzyła jeszcze czarną, bardzo obcisłą, ale z piękną, koronkową górą. Została ta różowa. Z koronką na gorsecie i rozkloszowaną spódnicą, obszytą na dole szeroką gipiurą. I jak ona pięknie w niej wyglądała…

Jeszcze do kupienia buty.

Cztery godziny na zakupach. Brrrr, ale było warto.

I do domu.

A później… Młody pojechał do pracy a my obie rozwiązywałyśmy jakieś durne rebusy. Durne dlatego, bo obrazki nie za bardzo oddawały rzeczywistość. Śmiałam się, że do rozwiązywania trzeba wyższej inteligencji. Śmiałyśmy się obie, siedząc obok siebie na kanapie i odgadując następne łamigłówki. Bezcenne chwile.

Dzień dla córki. Dzień z córką.

Piątek, 23:50 W terapi, bez terapii

W terapii, bez terapii…

Cały czas myślę nad środowym wpisem.

Wiem, że się powtarzam.

B powiedziałby, że sobie uświadomiłam, to co było tylko automatycznym zachowaniem. Skąd takie zachowanie u mnie i dlaczego? Ale czy samo uświadomienie wystarczy??? Czy  wpłynie na zmianę mojego zachowania, bo wiem, jakie jest jego źródło??? Po obserwacji samej siebie, wiem, że nie. Dalej będę postępować zachowawczo, dając sobie możliwość uniku i ucieczki. Dalej będę się bała mówić tego, co myślę a po głębszym rozeznaniu sytuacji dochodzę do wniosku, że powinnam to powiedzieć, ale nie… Bo odczuwam strach i lek przed opuszczeniem, przed agresywnym, karzącym zachowaniem… Ok, uświadomiłam to sobie!!! Tylko co to mi dało??? Na pewno momentalnie nie wpłynęło na zmianę mojego zachwiania. Ok, wiem, że inni nie muszą zachowywać się tak jak moja rodzina, ale zachowawczo zrobię unik…

Późno…

Zaraz kładę się spać.

Tydzień minął bardzo szybko.

Byłam świadkiem wielkiej hipokryzji. Tylko dlaczego wciąż to mnie zadziwia??? Ludzie nie są tacy, jakich widzimy. Mają maski. Opowiadają „swoją” historię, która w zderzeniu z „historią” innych niewiele ma wspólnych punktów. Może nie mieć ich wcale. Totalny kosmos. A mnie to wciąż wprawia w zdumienie…
Historia osoby poznana od strony rodziny i historia tej samej osoby opowiedziana ze strony grup, z którymi ta osoba przebywała: kościelnej i rówieśniczej. Totalny rozjazd. Hmmm, takie jest życie… Jesteśmy aktorami w teatrze, którym jest nasze życie. Gramy w melodramatach, komediach, tragediach, horrorach, opowieściach epickich, dekadenckich i futurystycznych. Wciąż gramy…

 

Wtorek, 23:16 Teoria i praktyka…

„Dziecko nabiera ufności poprzez bezpieczną i stabilną relację z opiekunem, najczęściej z matką, choć może być to inna osoba, która na stałe zajmuje się dzieckiem. W tej relacji tworzy się coś, co nazywa się więzią. Od tego, w jaki sposób wyglądał proces budowania więzi, będzie wyglądać także umiejętność wchodzenia w relacje danej osoby z innymi ludźmi. Jeśli w bazowej relacji z opiekunem zabrakło zaufania, czyli występowało wiele zachowań z obszaru nieprzewidywalnych dla dziecka, pozabezpiecznych, wówczas dziecko wykształca ambiwalentno-lękowy, bądź unikający styl przywiązania. Potocznie mówi się, że ma problem z przywiązaniem, z tym, żeby być blisko, wchodzi w płytkie relacje z ludźmi, jest ostrożny i nieufny.”

„Dziecko pozostawiane samemu sobie przez niewystarczająco wrażliwą opiekę osoby dorosłej już w niemowlęctwie mogło doświadczyć tego lęku, że jego życiu zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo, ponieważ zostało samo, opuszczone. „Wypracowuje“ wtedy różne strategie, aby przetrwać. Na poziomie emocjonalnym mówimy, że odcina w sobie to niszczące doświadczenie, dokonuje jego fragmentacji, zamraża się w oczekiwaniu na obecność i ponowne porzucenie. Mam wrażenie, że teraz możecie już dostrzec, że w takich realiach zaufanie nie jest możliwe, by zaistnieć.”( Ze strony „Zdrowa głowa”)

Właśnie o tym ostatnio myślałam.

W głowie odbijają się słowa o pozostawieniu, strachu, działaniu unikającym…

„Mamy wówczas do czynienia z tym, co w terapii określane jest mianem przeniesienia – doświadczenie z dzieciństwa zostaje rzutowane na postać terapeuty, przez co jest on emocjonalnie przeżywany w ten sam sposób, jak znacząca osoba z naszego dzieciństwa. W terapii ważne jest wówczas przywrócenie klienta do realności, wskazując na odrębność tych doświadczeń. – „Ten, kogo tak postrzegasz, zawiódł, dlatego teraz się boisz. Ja jestem tutaj po to, aby ci pomóc na nowo zaufać.“ Odnajdywanie utraconego zaufania jest podążaniem za terapeutą prowadzącym w kierunku przyglądania się i doświadczania swojego lęku, pustki, opuszczenia, samotności i ogromnego smutku.” (Zdrowa Głowa)

Zaufanie…

Bezpieczeństwo…

Możliwość mówienie, tego co się myśli…

Hmmmm…

No, w teorii brzmi to pięknie.

A w praktyce????

No, już kurwa, nie bardzo :-(

Do czego zdążam???

Jutro terapii nie ma!!

No i jak ma się teoria do praktyki?

Ano nijak!

O co chodzi? Dlaczego? Prowokacja? Jaki jest powód?

Nie wiem!