Sobota, 12:48

Zrobiłam wpis na drugiego bloga

I odpowiedziałam K :

K przeczytałam. Sorry, że nie odpowiedziałam wczoraj. Wiesz, nie będę komentować, ale bardzo Cię wspieram mentalnie. Nie będę komentować, bo boję się, że powiem coś nie tak, ale Ty pisz. To pomaga i to bardzo. Ja jestem i będę odbierać Twoje wiadomości. Jesteś mega silna. Twoja intuicja i serce będzie podpowiadać wyjścia. Słuchaj ich. Nie ma złych wyborów. Każdy coś ze sobą niesie, jakąś naukę, doświadczenie, motywacje. Najważniejsze to się nie poddawać! Mam propozycje – jeżeli masz jakieś zainteresowanie to rozwijaj je. Odwróć swoją uwagę od Jarka. Wiem, to jest trudne. Ja sama na takie propozycje wpadałam we wściekłość, bo za wszelką cenę chciałam go uzdrowić (swojego męża – też miał na imię Jarek). Poświęć swoją uwagę dzieciom, zainteresowaniom, zacznij uprawiać sport (np. nordic walking), wspólnie z dziećmi możecie jeździć rowerami. Wychodź z dziećmi z domu. Pomyśl, jak Ty byś się czuła na miejscu swoich dzieci, gdyby coś dziwnego zaczęło się dziać z rodzicami, coś czego, byś nie mogła zrozumieć. Tak odbierają to dzieci. Jemu niewiele pomożesz, ale dzieciom tak. Rób wszystko, aby odciągnąć swoją uwagę od niego. Trudne, wiem!!! Spróbuj, może się uda…
Buziaki Siłaczko ♥

***

Poszłam na kije

W głowie buzowało

Myślałam o terapii

O koleżance, która poczuła się „lepsza” ode mnie i załatwia wyjazd pielgrzymkowy. Jestem zła, bo poprosiłam ją tylko o załatwienie autobusu a tu ona załatwia dwudniowy wyjazd. Padły nawet słowa do uczniów „Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania to nie pytajcie pani, tylko mnie”. No, fajnie. Czy ja wtrącam się do jej wyjazdów i planowanych zajęć??? Czuje się lepsza ode mnie. Jestem zła, ale duszę w sobie te złość. Mogę o tym mówić do R, mogę się nad tym denerwować a przed nią wymiękam. Kiedy rozmawiałam z nią w piątek na ten temat, wiłam się jak piskorz. Oczywiście ją przepraszałam i nie chciałam urazić, zamiast powiedzieć, że jest mi przykro, bo wkracza w obszar moich kompetencji i podważa je. Nie, ja się uśmiechałam przepraszająco, że o przepraszaniu słownym nie wspomnę. Kurwa, kiedy ja się nauczę mówić wprost o co mi chodzi???? Kiedy??? W domu się wkurwiam a przed tym kimś się płaszczę…. :-(

Następny temat na terapię…

Siedzę i rozmyślam.

Z terapeutą zobaczę się dopiero w październiku.

Jutro rano do kościoła. Zaczyna się kurs bierzmowanych.

E trochę psioczy.

Piątek, 22:37

Zdobyłam swój Mount Everest!!!!

Cholernie boję się Warszawy a właściwie jazdy samochodem po Warszawie.

Dziś postanowiłam spojrzeć strachowi w kły i wybrałam się do stolicy. Oczywiście nawigacja obowiązkowo! Kierunek ul. Anielewicza.

Pojechałam, dojechałam i to całkiem spokojnie a nawet super spokojnie. DAŁAM RADĘ!

I spotkała mnie  mega niespodzianka :-)

Właśnie wróciliśmy z Warszawy.
Muzeum Żydów Polakich

Ogromna niespodzianka – spotkałam Zofię Posmysz.

Kobietę, która przeszła piekło Oświęcimia. Napisała książkę, na podstawie której nakręcono film a teraz w Operze Narodowej będzie wystawiana opera na „Pasażerka”.

Miałam być na spotkaniu z panią Zofią Posmysz, ale nie dojechałam.

A dziś, wchodząc do Muzeum zobaczyłam ją stojącą przy balustradzie.

Podeszłam do niej z pytaniem:
- Dzień dobry. Czy mogę uścisnąć pani rękę? Dużo o pani słyszałam. Maiłam być na spotkaniu z panią… Nie byłam… Bardzo żałuję. Jest pani wspaniałą kobietą…
Patrzyłam w jej oczy, paplając. W moich oczach pojawiły się łzy. Byłam szczęśliwa, że taka kobieta ze mną rozmawia. Ona była taka krucha. Drobna. Miała takie delikatnie dłonie. Siwe włosy… Była piękna, pomimo wieku a może dlatego, że wiek mocno naznaczył jej twarz siateczką zmarszczek i te oczy… Była w nich siła.
- Jak mogła przeżyć obóz? – przemknęło mi przez głowę – Jak? Z tą swoją kruchością,  eterycznością, jakby była z innego wymiaru.
- Będziemy w Operze na spektaklu „Pasażerka”
- A którego dnia? – zapytała pani Zofia
- We wtorek
Popatrzyła na mnie z uśmiechem
- Przepraszam, czy mogę z panią zrobić zdjęcie?
- Czekam na znajomych, ale proszę bardzo, tylko szybciutko, proszę tu stanąć…
Stanęłam obok tej kruchej kobietki a córka zrobiła nam zdjęcie.- Bardzo pani dziękuję – uścisnęłam jeszcze raz jej rękę.
Przytrzymała moją dłoń i patrząc mi w oczy zapytała:
- Jak się pani nazywa?
Podałam swoje imię i nazwisko i powiedziałam skąd przyjechałam.

Nie spodziewałam się takiego spotkania.

A później był koncert – fortepian w akompaniamencie instrumentów smyczkowych.

To był udany wieczór

 

A i jeszcze list od K :

Historię Johna Nasha – czytałam. Widziałam również adaptację filmową. Żona Nasha rozwiodła się z nim, jednak i tak trwał przy nim do końca jego życia. Historia jest piękna, na pewno jest to historia pisana wielką miłością…, ale i wielkim poświęceniem – jej poświęceniem. Wiesz czego mi jest najbardziej żal? … Poczucia bezpieczeństwa, którego ani ja, ani dzieci już nigdy nie zaznamy od męża. Teraz wszystko spadło na moje barki. Wcześniej nigdy nie przejmowałam się finansami, rachunkami, naprawami samochodu itp. Żyło nam się dostatnio. Mój mąż sporo zarabiał – był operatywny, to jakiś projekt, to streetworking, to sędziowanie…ciągle jakieś fuchy. Teraz nie poznaję sama siebie. Stałam się zorganizowana, nauczyłam się oszczędzać, zanim coś kupię to przemyślę to kilka razy, oduczyłam dzieci „chciejstwa” wszystkiego, zmniejszyłam kieszonkowe N , planuję obiady – nie jadamy już w restauracjach, bo muszę oszczędzać. Byłam taką idiotką, że nie zaoszczędziłam ani grosza – trwoniłam pieniądze na głupoty i nikomu nie potrzebne zachcianki. Wiele obowiązków spychałam na męża, a potem jeszcze miałam pretensję, że nie poświęca czasu rodzinie. Nie poświęcał jej, bo pracował na to, abym miała pieniądze na te „idiotyzmy”. Teraz przyszło mi się ze wszystkiego rozliczyć. Teraz ja płcę „dług” wobec niego.

W jednym ze swoich blogowych wpisów pisałaś, że nikt nie widzi uwikłania osób, które są przy chorych. To prawda. Przez pewien czas miałam pretensję do ludzi, że wymagają ode mnie tego, abym była przy mężu, komentują to, że się wyprowadziłam, bo jak mogłam zostawić chorego? Jeśli to miało zmotywować go do podjęcia leczenia – to uważam, że zrobiłam dobrze. Pamiętam jak Jarek powiedział do mnie: „gdybyś to Ty była na moim miejscu, nigdy bym nie kierował Cię na leczenie przez Sąd. Ja bym Ciebie nigdy nie zostawił…” Pamiętam jak zakuło, jak zabolało, jak przez chwilę się zawstydziłam tego, co zrobiłam…odpowiedziałam mu: „Czasami trzeba stanąć po drugiej stronie barykady, żeby móc pomóc. Teraz może tego nie rozumiesz, ale uwierz mi, że gdybyś nie miał wyjścia – zachowałbyś się tak samo”…Po tej rozmowie długo myślałam…wycofałam wniosek, mało tego namówiłam do tego pozostałych wnioskodawców. Pomyślałam, że nic na siłę. Mój mąż tak jak i ja jest bardzo upartym człowiekiem i musi zrozumieć – o ile psychoza mu na to pozwoli. Poza tym on zapewniał, że będzie się leczył. Gdzieś w głębi serca wiedziałam, że oszukuje i gra na zwłokę, ale łatwiej było mi się łudzić. Ostatnio zapytałam psychiatrę dlaczego jest taki opór w stosunku do leków? Odpowiedział, że branie leków jest jednoznaczne z przyznaniem się do choroby…każdego dnia kiedy bierzesz tabletkę to tak, jakbyś przyznawał się do choroby i przypominał sobie o niej…och życie chciałoby się rzec…

…, a wiesz, że ostatnio prowadziłam spotkanie, dotyczące rodzin…i zakończyłam je słowami: „Panowie chylę czoła przed rolą jaką pełnicie w rodzinie. Rola ojca i męża to niewątpliwie jedna z najtrudniejszych do odegrania w waszym życiu. Chylę czoła przed Wami drogie Panie, bo niezależnie od sytuacji, taką mamy naturę, że musimy być siłaczkami…”, dlatego aż się uśmiechnęłam kiedy przeczytałam wiadomość od Ciebie…

II część tej wiadomości piszę dziś – 16 września. Psychoza znowu daje o sobie znać i to bardzo. Przyszedł właśnie do pracy z pytaniem dlaczego, kiedy do niego dzwoniłam na jego telefonie pojawił się numer sekretariatu ze szkoły?…widać, że jest napięty i poddenerwowany. Do mnie się prawie nie odzywa. Czuję wrogość z jego strony. Wczoraj, kiedy kładł się spać ( ja udawałam, że śpię ) śpiewał pod nosem: „gdy nie bawi Cię już świat oszustek mechanicznych”, a potem siedział z komputerem na łóżku i mówił do siebie: „czuję rozwód”. W nocy nakłada słuchawki na uszy i słucha muzyki – myślę, że to jego sposób na to, aby wyciszyć głosy, które słyszy w swojej głowie. Nie zareagowałam na nic. Nadal udawałam, że śpię. Spokojnie czekam aż pęknie, bo kiedyś musi to nastąpić. Widzę jak denerwuje go mój spokój, mój uśmiech, to jak nie podnoszę tonu, kiedy dojdzie do rozmowy. Widzę jak chce mnie sprowokować i to jak ciągle gra w swoją „wirtualną” grę z ludźmi, którzy nie mają pojęcia, że są graczami. Dziś idę do banku, żeby wyliczyli najkorzystniejszą ofertę kredytową. Działam „na spokojnie”, a nie w panice. Kiedy panikuje czuję, że tracę grunt pod nogami. Nie lubię takich momentów, bo przestaję racjonalnie myśleć i często robię głupoty…., a tu nie ma już miejsca na kolejne „wariactwo”.

Kiedy przyglądam się rodzinom osób chorych psychicznie, ich bliskim, to wydaje mi się, że życie napisało nam scenariusz jednym piórem… wszystko będzie się różniło tylko zakończeniem. Jedne znajdują tragiczny finał, inne w miarę szczęśliwe rozwiązania, no może pozytywne, a nie szczęśliwe, bo nie oszukujmy się – takowych tu nie ma.

Czwartek, 19:15

K znów napisała do mnie list:

Dziś było jak zawsze

Stres minął, psychoza jakby trochę ustąpiła. Dziś twarz potrafiła wyrazić emocje, dla mnie były czytelne. „Jak zwierzątko w potrzasku”… dziś czytałam z niego jak z otwartej książki. Ten ciągły lęk, to napięcie i ta złość, że nie umie sobie z tym radzić. Ten lęk nie powoduje jeszcze agresji i może dlatego tak mnie uderza i ściska od środka. Żal mi go. Uwikłany we własne myśli. Głowa jest jego klatką. Mimo, że prowadzę może nie do końca szczerą rozmowę, ale otwartą, on tak jakby nie przetwarzał wszystkich informacji. Opowiadał mi jak wczoraj był w tesco i robił zakupy – niby zwykła codzienna czynność – każdy robi zakupy, a dla niego to jak wyprawa na mount everest…płacił kartą i zawiesił się terminal…mówił mi jak był przestraszony, jak waliło mu serce, jak próbował uspokoić swoje myśli, jak one gnały i ścigały się, jak jedna przepychała drugą. Pytam więc: „dlaczego tak Cię to przestraszyło?” Na co On odpowiada mi: „…bo znowu oni to robią, żeby mnie dręczyć i denerwować”…mówię: „musisz próbować walczyć z tymi myślami i je przepędzać odganiać. To przecież zwykły przypadek. Czasami tak się dzieje – terminal to tylko urządzenie i może się zawiesić’, a on: „nie ma przypadków….ja wiem, że nie ma przypadków, to tak jak z drukarką, kiedy drukowałem deklaracje – też się popsuła”…odpowiadam: „Jarek czy ty, aby nie zapędzasz się w tym myśleniu? Czy, aby Twoje myśli nie są za daleko idące? Czy wcześniej tak miewałeś? Czy opłaca Ci się marnować energię życiową na rozkminianie tak mało ważnych rzeczy. Może pojedzmy do tej Warszawy, może rozmowa z kimś mądrzejszym niż ja ulży Twoim cierpieniom, bo na pewno się męczysz…” …- „Jak będę potrzebował to pojadę”…Zakończyłam rozmowę, nie nalegałam, nie nakłaniałam, nie argumentowałam. Zostawiłam..i niech te słowa wiszą w powietrzu. Wczoraj poszliśmy całą rodziną na basen. Przyglądałam nam się tak trochę z boku. Mama, tata i dwoje dzieci – wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni. Nikt by nie powiedział co kryje się pod uśmiechem tego mężczyzny i tej kobiety…póki daję radę kreuje normalność, bo wiem, że potrzebują jej dzieci i mój mąż…dobrze się wtedy czuje, kiedy jest tak zwyczajnie, jak kiedyś…tylko on jeszcze nie wie, że już nic nigdy nie będzie tak jak kiedyś, że on już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem, że jego choroba rozwala nam życie…Dziś rano powiedział mi: „Ty doskonale wiesz, że wszystkim rządzisz” ( ja, która wcześniej żyłam w jego cieniu )…, albo: „…Ja się Ciebie normalnie boję”…Mówię więc „mnie się nie obawiaj. Jesteś bardzo inteligentnym facetem i powinieneś już dawno zobaczyć, że jestem po Twojej stronie. Jestem przy Tobie…”, na co on: „A to się okaże…jeszcze wszystko wyjdzie”. Nie wiem co wyjdzie i co się okaże, odpowiedziałam mu, że „mam nadzieję, że znajdziesz wtedy tak potrzebny Ci spokój”…
Wiesz A …Ja już wiem co mnie tak doprowadza do szału, co tak mnie irytuje…To, że jestem świadkiem upadku człowieka, który tyle dla mnie zrobił…i nie mogę mu pomóc – w żaden sposób. To, że pomagałabym jak szalona, chociażby rozmawiała nieustannie, była z nim non – stop, trwała – ale wiem, że muszę się oszczędzać i nie eksploatować na maksa, bo mam dzieci, którym muszę poświęcać wiele czasu i uwagi. Psychozy pojawiają się w bardzo stresujących momentach, ustępują, lżeją kiedy nie ma stresu i to widać nawet po motoryce ciała. Ja bardzo przemyślałam to, co mi napisałaś…, abym pozwoliła psychozie się rozwinąć…nie chciałabym, abyś miała rację…, ale wiem, że ją masz…, że nie mam wyboru, że wyczerpał się dla mnie limit na dobrą passę. Postanowiłam, że dziś – pierwszy raz skorzystam z usług naszej poradni rodzinnej – pierwszy raz jako pacjentka…może rzeczywiście pomogą mi tam podjąć jakąś konstruktywną decyzję…choć jest tak jak pisałam: póki nie jest agresywny, będę przy nim, kiedy zobaczę jakiekolwiek przejawy agresji – nie ma zmiłuj się…zostanie sam w swoim szaleństwie, bo ja nie będę ryzykować. Nie wiem czemu, ale tak jakoś mi się wydaje, że to jest kwestia czasu i rozwoju choroby, dlatego muszę przyśpieszyć wszystko z zakupem mieszkania, znaleźć jakąś sensowną ofertę i kupić…najwyżej, gdyby stał się cud, zawsze mogę je komuś wynająć – nawet za cenę czynszu…muszę się zabezpieczyć.

Nie napisałam Ci o jednym – ważnym, w marcu chodziłam z mężem na konsultacje małżeńskie – poszliśmy prywatnie, bo mąż powiedział, że nie będzie prał brudów przed moimi koleżankami. Odpowiedziałam, że znam świetnych specjalistów, ludzi bardzo wykształconych z mega sukcesami, superwizorów itp…mogę umówić nas poza miejscem naszego zamieszkania, jeśli tylko chce. Nie było nawet mowy ( znam wszystkich, ustawiam wszystko, jestem w spisku) …zostawiłam w cholerę..nie to nie pomyślałam… Za jakiś czas przyszedł i mówi, że znalazł kogoś zupełnie obcego ( dla mnie nie do końca, bo gościa trochę znam ze słyszenia )…no i poszliśmy…odbyły się 4 konsultacje – 4 godziny zegarowe rozmowy. Mój mąż wyprowadzał z równowagi faceta tak, że dwukrotnie zakończyliśmy spotkania przed czasem, bo facet wymiękł. Oskarżał mnie o zdrady. Ja milczałam, nie komentowałam go, nie atakowałam, za to on mnie tak. Po 4 godzinach nawet facet nie wyczaił, że z nim jest nie halo – powiedział tylko, że pojawiają się u niego myśli prześladowcze i to wszystko – nic poza tym. Nie nakazał konsultacji psychiatrycznej, nic…ale też…co mnie zaskoczyło: nie zaproponował terapii? Nie wiem dlaczego…może coś dostrzegł, ale nie powiedział o tym…nie wiem tego do dziś dnia.

Wiesz, że w pracy śmieją się, że jak przychodzi petent „wariat”, to idzie do K …Tak było odkąd zaczęłam tu pracę i tak zostało. Mam jakiś dziwną umiejętność wyciszania ich, prowadzenia rozmowy – nie istotne czy gada o ufoludkach, czy tak jak mój mąż o rzeczach realnych ale urojonych…Ja słucham…nie podnoszę głosu, nie komentuję..słucham i mówię, że rozumiem…ale bardzo mnie to obciąża. Czuję się zmęczona i taka zgaszona…  Ściągam do siebie takich ludzi…Psychiatra powiedział, że jestem nadwrażliwym człowiekiem, że widzę więcej i czuję więcej, że mam b. rozwiniętą inteligencję emocjonalną, że jestem takim „emocjonalnym psychopatą” i może być tak, że ludzie to czują i ciągną…szkoda tylko, że braknie mi cierpliwości do własnego męża. Mam do siebie o to żal i pretensję…

Wiem, że lubisz poezję. Czytałam wiersze z Twojej stroki.  Ja ją uwielbiam. Nie ma nic lepszego niż poezja, anioły, stare dobre małżeństwo, Bieszczady i półsłodkie wino…skrzypce, fortepian, książki i decoupage :)… Przeczytaj posłanie do nadwrażliwych – spodoba Ci się, gwarantuję :)…Pozdrawiam Cię serdecznie :)

Ja odpisałam:

K jesteś bardzo mądrą kobietą. Wspaniale, że próbujesz go zrozumieć, że próbujesz być z nim a jednocześnie realnie planujesz wyjście awaryjne. Byłoby super, gdybyś nie musiała korzystać z tego wyjścia.
Nie wiem, czy oglądałaś „Piękny umysł” (
http://www.cda.pl/video/4964511
) Historia ekonomisty, matematyka, który borykał się ze schizofrenią. Wiem, film to nie życie, ale mnie zawsze rozczulała żona Johna Nasha. Jej postawa i jej trwanie przy mężu.
To, kiedy opisywałaś, jak z nim usiadłaś i jak on opowiadał o swoich przeżyciach w sklepie a Ty go słuchałaś… Próbuje się otworzyć, ale nie ufa już nikomu… Nie bierz do serca jego gorzkich słów, bo on nie wie, co mówi. To, że czasami „trafia” w jakieś czułe punkty, to przypadek. To tak, jak z alkoholikiem. Kiedy jest pijany, nie odpowiada za swoje czyny. Jarek nie odpowiada za to co robi i co mówi. To jet bardzo trudne do przyjęcia. Mój nigdy nie chciał opowiadać o tym co się z nim działo.
Był autystyczny. Odcinał się zupełnie.Najczęściej milczał tygodniami a sprowokowany przez moje dopytywania, czy krzyki zaczynał być agresywny.
Wiesz Karolinko, musisz porozmawiać z jakąś mądrą psychiatrą, która by ciebie pokierowała jak masz się zachowywać w stosunku do niego. To bardzo by Cię odciążyło. We mnie wciąż jest dużo żalu do męża, żalu i złości. Próbuję Ci radzić, ale w głowie huczy. Nie chciałabym skrzywdzić ani Ciebie ani jego, ani popsuć czegoś co was łączy – miłości
Fajnie, że wychodzicie z domu razem z dziećmi, że dzieciaki widzą was uśmiechniętych. Dopóki ma kontakt z rzeczywistością korzystaj z tych dni. Jeżeli psychoza się rozwinie – jesteś ubezpieczona – telefon do koleżanki. Dobrze, że masz schowany drugi aparat tel. Mimo wszystko masz trzeźwość myślenia. To nie jest egoistyczne, to sposób na w miarę bezpieczne życie.
Kurde strasznie trudno jest kochać osobę chorą psychicznie… Bardzo trudno. Ja nie umiałam.
Ty sobie radzisz. I to bardzo dobrze. Trzymaj się Siłaczko. Buziaki

Dalej nie wiem, czy dobrze robię. Staram się odpowiadać dyplomatycznie…

Wtorek, 11:11

Nie mam lekcji. Siedzę w klasie, więc trochę sobie popiszę…

Jeszcze raz muszę się przyjrzeć korespondencji z Karoliną. Jeszcze raz…

Witaj Aniu, Anno, Mała Dziewczynko z tej powieści, która w niczym nie przypomina baśni…, ale w której jest wiele siły i chyba jeszcze więcej potencjału.

Nawet nie wiem od czego zacząć…Na Twój blog natknęłam się zupełnie przypadkowo. Jakieś 3 może 4 miesiące temu gorączkowo poszukiwałam informacji na temat schizofrenii i zobaczyłam Twój wpis…pomyślałam wtedy: „Boże – horror i mnie pewnie czeka to samo”. Skopiowałam wtedy Twój wpis, w którym opisywałaś schiofreniczne epizody swojego męża. Czytam to po kilka razy w tygodniu i zastanawiam się czy powielę Twoją historię, czy może u mnie będzie inaczej?…chociaż bardziej skłaniam się ku temu, że nie mam złudzeń.

Mój mąż dostał diagnozę: F.20 – Zespół paranoidalny, piękne preludium do szerokiego spektrum schizofrenii. Moje życie się załamało, runęło mi pod nogi i po raz kolejny zadrwiło mi prosto w twarz. Czasami zastanawiam się co jest gorsze – nowotwór złośliwy czy choroba psychiczna…i nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, a raczej odpowiedź jest…tylko strach mi się do niej przyznać. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Nie tak wyobrażałam sobie małżeństwo, rodzinę. Znowu kolejna wizja, marzenia rozbite niczym kruche szkło…ogromny zawód, żal, wstyd, patowa sytuacja. Nie ma dobrego rozwiązania. Najprosciej byłoby odejść, ale nie takie to wszystko łatwe. Mimo tego, co się stało ja nadal kocham swojego męża…, a stało się wiele: sprawa sądowa o ustalenie pobytu dzieci, sprawa sądowa o zobowiązanie do leczenia psychiatryczneg…, a wszystko zacząło się tak niewinnie:

W lutym tego roku mój mąż poinformował mnie, że ktoś napisał na niego anonimowy donos, który dotyczył jego pracy. W związku z tym, że akurat w tym czasie byliśmy w konfikcie i mieliśmy tzw. „ciche dni” zbagatelizowałam to, wręcz pomyślałam: „masz w końcu za swoje, za to, że nie poświęcałeś nam czasu i wolałeś harówkę niż rodzinę”…- oczywiście nigdy głośno tego nie powiedziałam. Pierwsze symptomy pojawiły się kilka dni po tej sytuacji: stan depresyjny, płacz, i to złudne pytanie: „kto to zrobił”?…wtedy już się przestraszyłam, wtedy już wiedziałam, że jest źle – cholernie źle. Pewnego dnia – z samego rana mój mąż zadał mi pytanie: „jak myślisz czy mógł to zrobić Kowalski”, potem „czy mógł to zrobić Xiński”?…Odpowiedziałam: „No tak…zaraz może będzie, że to ja napisałam, bo wszystkich już naokoło oskarżyłeś”…I w tym momencie coś jakby „zaiskrzyło”, obłęd w oczas, twarz wykrzywiona w grymasie – jakby chciała wyraźić tyle emocji, ale nie wiedziała których, ruchy – mechaniczne, szybkie i odpowiedz: „…Tak!!! – to Ty napisałaś, jesteś w spisku z nimi!!!”, skończyło się awanturą ( wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, co dzieje się w głowie mojego męża, wtedy jeszcze dyskutowałam, argumentowałam, tłumaczyłam )…Po kilku dniach wybudził mnie ze snu. Była 4.00 nad ranem. Kazał spakować mi swoje rzeczy i „wypierdalać z domu”. Był wulgarny, okrutnie wulgarny. Nie zważał na przerażone jego widokiem dzieci – krzyczał, oskarżał mnie o zdrady, absurdalne romanse, o to, że syn nie est jego dzieckiem…Dotarło do mnie, że dzieje się coś cholernie poważnego. Mój mąż nigdy mnie nie wyzywał, to najspokojniejszy człowiek jakiego znałam, tym bardziej przeżyłam cholerną traumę. Rodzina męża olała sprawę. Niby widzieli, że coś się dzieje ale nie regowali. Twierdzili, że „jest już normalny” – szczególnie jego matka, kobieta nad wyraz prymitywna i moim zdaniem zaburzona…Olali do pewnego momentu. Za jakiś czas znalazł się w kolejnym epizodzie. Tym razem jednak świadkami tej sytuacji była: jego siotra i jej rodzina. Opadły im szczęki, kiedy go zobaczyli i usłyszeli co wygaduje: zdrady, otrucia, spiski, ktoś chce go zabić, ktoś dybie na jego życie, Karolina ( ja ) jest w spisku z nimi, przekupili ją, śledzili mnie…koniec świata. Nie spał po nocach, rozświecał światła, trzaskał szafkami…dłużej nie wytrzymałam. Postawiliśmy mu ultimatum: albo wizyta u psychiatry, albo ja i dzieci opuszczamy mieszkanie. Wyszło tak, że opuściłam mieszkanie. Wyprowadziłam się na stancję z dwójką małych dzieci, a w międzyczasie trwały sprawy sądowe. Mój mąż zmiękł…dobrowolnie pojechał na konusultacje psychiatryczną – stwierdzono u niego zaburzenia adaptacyjne. Zaczął uczęszczać na konsultacje do psychologa klinicznego. Po dwóch miesiącach wrociłam z dziecmi do domu. Twierdził bowiem, że jak znowu coś będzie nie tak sam się zgłosi do lekarza… do momentu kiedy nie zaczłął się wrzesień i nie przyszedł czas powrotu do szkoły było ok…ale teraz jest nie tak, jednak o lekarzu i lekach słyszeć nie chce. Dostaje białej gorączki na słowo „psychiatra” i „leki”. Powiem tak: mój mąż nie jest wobec mnie agresywny – ani słownie, ani fizycznie ( przestraszył się sądów, policji, i tego co mogłabym zrobić ), dalej jednak podejrzewa mnie o zdrady ( a ja nie mam i nigdy nie miałam żadnego romasu ), dalej myśli, że jestem w spisku, choć głośno tego nie mówi ( jego twierdzania słychać w wypowiedziach )…choroba stale się rozwija, ale on jest inteligentnym facetem i doskonale ją maskuje..na tyle, że nik z otoczenia, środowiska pracy praktycznie tego nie dostrzega. Będąc w epizodach, przejawiał dziwaczne zachowania, które gdzieś ktoś tam dostrzegł…ale się rozmyło, rozeszła się po mieście plotka, którą sam rozpuścił, że „żona zalatwiła na niego papier od psychiatry” – teraz dodatkowo trzeba stawiać czoła ludzkiej opinii i uszczypliwości, co tylko nasila symptomy chorobowe. Mimo, że w domu, w miarę się z nim dogaduje to on obgaduje mnie za moimi placami – do swojej siostry. Udaje, że nic nie wiem, bo rozumiem, że jest chory, ale to tak boli…”płytko pod skórą”, taki brak lojalności. Dodam, że biegły sądowy uznał, że „pacjent” nie nadaje się do hospitalizacji ale zalecił konsultacje psychiatryczną – komedia. Oszukał lekarza, który dał się nabrać na te jego logiczne wytłułamczenia, dotyczące trucia, spisków, zdrad. Facet łyknął jak pelikan, a mnie i dzieci skazał na życie z nie leczoną schizofrenią…Co robić Aniu? Czekać aż pęknie, dostanie „kolby” i zgarnął go w kaftanie z ulicy lub pracy? Rozmawiać? To nie ma już sensu, bo on mi nie ufa. Jak poszedł ze mną to wzięłam zaświadczenie od psychiatry, że jest chory i zawnioskowałam o leczenie przez sąd…, więc dziś nie podejmuje już nawet tematu. Boże! Był tak fajnym chłopakiem, a teraz? Teraz naszym życiem rządzi choroba. Ona dyktuje warunki i układa nasze życie. Mój synek ma 7 lat – wie, że coś się z tatą dzieje ale nie umie tego nazwać. Jak żyć? Jak z nim rozmawiać, żeby się leczył? Co jeszcze się wydarzy…? Schizofrenia jest straszna. To gorsze niż rak. Gorsze niż choroba zakaźna. Ta choroba zabrała nam szansę na szczęśliwe życie…Jestem w miarę młoda, mam dobrą i stałą pracę, choć samej utrzymać mi się byłoby ciężko i co najważniejsze – mam dwoje małych dzieci, które mimo wszystko potrzebują ojca…Co robić?

 

Ja jej odpowiedziałam:

K przeczytałam Twój list i bardzo Ci współczuję. Jeżeli będę Ci udzielać rad, to tak jakbym chciała poprawić własne życie. To będzie rada na moje życie a nie Twoje. Przykro mi.
Jedyne co mogę ci podpowiedzieć, to wizyta u radcy prawnego. W mieście możesz znaleźć takich, którzy udzielają jej bezpłatnie i wtedy pomyśl o wniosku o ubezwłasnowolnienie męża. Dobry prawnik podpowie Ci jak to zrobić. Nie zrażaj się opiniami lekarzy, że to niemożliwe. Możliwe, chociaż długotrwałe. I terapia – dla Ciebie. Na terapii sama ocenisz czy warto zostać, czy zostawić, ja Ci tego nie podpowiem, bo zrobiłabym więcej szkody niż pożytku. I pamiętaj – bezpieczeństwo dzieci ponad wszystko.
Rodzice mają być wsparciem i dawać poczucie bezpieczeństwa.
Pozdrawiam serdecznie

Dostałam następny list:

Myślę, że to nie ten etap choroby. Nie chcę go ubezwłasnowolnić. U mojego męża ta choroba przebiega bardzo dziwnie. Mówi do rzeczy, nawiązuje normalny kontakt, ale sprawia wrażenie „wyłączonego”, tak jakby w jego głowie toczyło się swoje życie, tak jakby był za pleksą. Przystosował się do schizofrenicznego świata i teraz funkcjonuje w dwóch rzeczywistościach, choć ta schizofreniczna jest mu pewnie bliższa i ciekawsza. Póki co nie przejawia agresji w stosunku do mnie, ani do dzieci. Myślisz, że to kwestia czasu? Jak było u Ciebie? Wiem, że w jego głowie nadal kłębią się te myśli, jednak jest na tyle cwany, że o tym nie mówi, tylko czasami. Zdążył zauważyć, że wzbudza to w ludziach niepokój. Jest mi go żal, bo widać, że bardzo się stara wyrwać z tego świata, ale to cholernie ciężkie, bo świat przeżyć psychotycznych jest niezwykle silny. Jeździ na konsultacje do psychologa klinicznego, bo nadal wierzy, że obejdzie się bez leków, ale nie ma złudzeń…leki to podstawa. Strasznie się przed nimi wzbrania. Do tej pory nikt nie postawił mu jakiejś rzetelnej diagnozy, bo każdy mówi zupełnie co innego – . Koszmar jakiś. Muszę pomyśleć, żeby w razie wojny odłożyć parę groszy i trzymać, bo nie wiadomo jak to się skończy. Mój mąż pracuje z dziećmi. Boję się, że nawywija coś w pracy, co jest bardzo możliwe…Aniu jak było u twojego męża? Czy w tych rzutach chorobowych od początku był agresywny, czy to przyszło z czasem? Czy one przychodziły nagle, czy rozwijały się powoli? Jak został zdiagnozowany? Jak zachowywałaś się kiedy miał te rzuty? Rozmawiałaś, tłumaczyłaś, argumentowałaś?..Czy Twój mąż brał leki? … I jak na chorobę reagowała rodzina, znajomi, przyjaciele? O wiele rzeczy chciałabym Cię zapytać…Czy zakończyły się już sprawy? Ile lat miały Twoje dzieci jak odeszłaś? I co teraz dzieje się z Twoim byłym mężem, bo z tego co wyczytywałam wszytko zakończyło się tragicznie dla teściowej…straszne!

I następny:

Wiem, że masz rację – niestety, bo pewnie wolałabym się tak łudzić i oszukiwać. To prawda – mam trzecie dziecko. Widzę co się dzieje. Widzę, jak bardzo chciałby być normalny…i widzę też jak bardzo nie może, jak codziennie „bije” się ze swoimi myślami. O lekach nie ma mowy i zastanawiam się co jeszcze musi się stać, żeby zrozumiał i przyjął do wiadomości, że jest chory. Do tej pory dwukrotnie zachował się jak „furiat” – ale bez agresji fizycznej. Teraz jest w rzucie chorobowym, bo to widać – „tykająca bomba”. Widzę jak stara się ukryć nerwowość, jak chce ukryć chorobę – i ludzie Aniu dają się na to nabrać. Dziwię się w szkole dyrektorka nie przeprowadziła z nim jeszcze rozmowy – do czasu aż coś odczyni, bo myślę, że jest to tylko kwestia czasu. Po tych sprawach sądowych, które wycofałam – boi się mnie. Mimo to zawsze mam przy sobie gaz pieprzowy i klucz do pokoju, aby w razie czego zamknąć się na klucz i zadzwonić po pomoc. Jestem osobą publiczną, znają mnie we wszystkich strategicznych instytucjach w tym mieście. Zajmuje się profilaktyką leczenia uzależnień od strony formalnej, administracyjnej, koordynacją Poradni Rodzinnej w ramach MPPiPA, MPPN. Wiem  jak poruszać się w tych tematach. Mam też sporo znajomych w tej działce…Mimo wszystko – i może to, co napiszę jest nie na miejscu – ale uważam, że jakiekolwiek leczenie przymusowe w naszym kraju to jedna wielka ściema!!!! Parodia i kpina!!! Opieszałość sądów, brak merytorycznej pomocy ( ja wiem to sama, ale mogę wyobrazić sobie jak czują się ludzi, którzy nie mają z tym nic wspólnego – „pójdzie pani tu, pójdzie pani tam…” )…W maju złożyłam wniosek o leczenie a sprawa miała być na październik – nie uważasz, że to żenujące? Jeszcze do tego ta opinia biegłego, który nic totalnie nie zauważył…wycofałam to, bo psu na budę się zdało. Wyrok byłby taki, że zostałby zobowiązania do korzystania z konsultacji psychiatrycznych i znając życie zapisałby się na NFZ, bo tam w kolejce czeka się do 6 m-cy. Uznałam, że tak czy siak nie będzie się leczył i nie da się zdiagnozować. Jeśli chodzi o dzieci – to są małe mają 3 i 7 lat. Wiem, że byłaby jadka jak cholera, bo mój mąż starałby się o pobyt dzieci u niego, a ja stawałabym na głowie, żeby do tego nie doszło, potem byłyby badania w RODK – jakiś koszmar niekończących się spraw…zobaczymy jak to potoczy się dalej. Najgorzej, że nie wiem czy wycofywanie tych spraw to było dobre posunięcie z mojej strony…niestety wydaje mi się, że nie, bo nie wiem czy zaraz nie będzie Polki od nowa…to jest właśnie choroba – nigdy nie masz pewności, że będzie dobrze, że w ogóle jakoś będzie…I masz Aniu cholerną rację – „grecka tragedia” – nie ma dobrego rozwiązania. Boję się tego, że nawyczynia coś w szkole, bo nie wytrzyma presji. Jest na niego nagonka – pewnie bardziej w jego głowie niż w rzeczywistości ale wydaje mi się, że pęknie nie długo, że nie da rady…czuję się tak uwikłana, że nie sposób to opisać, w tą chorobę, w tą całą sytuację – z której nie ma dobrego wyjścia i pewnie nie będzie. Aniu czy twoje dzieci mają z nim kontakt? Czy chcą się z nim widywać? Czy odwiedzają go? Przepraszam, że tyle mam pytań, ale sama rozumiesz – chętnie pochodziłabym na grupę wsparcia, ale nie mam kiedy – naprawdę. Mój mąż pracuje popołudniami i to ja zajmuje się dziećmi…jest mi dobrze „pogadać” z kimś kto wie co przechodzę

Odpowiedziałam:

K. Twój mąż jest nauczycielem – jak mogłam się domyślić. Czyli trochę lepsza sytuacja jak u mnie. Mój miał skończoną tylko podstawówkę i bardzo ograniczone pojmowanie świata. Tak, związałam się z takim człowiekiem, sama będąc po studiach. Dopiero na terapii dowiedziałam się dlaczego.
Po Twoich słowach widzę, że jesteś z nim bardzo mocno związana, więc szkody by było burzyć coś, co jest między wami. Skoro jeździ do psychiatry to jest nadzieja, że w końcu zacznie się leczyć. Chyba, że tylko Cię oszukuje, bo przy takiej chorobie niemożliwe jest „normalne” życie bez leków. Objawy psychotyczne będą się nasilać bez leków. Leki to podstawa. Zaproponuj mu, że razem pojedziecie do tego lekarza. Możliwa jest terapia rodzinna. Załóż sobie kartę razem z mężem. Lekarz w Twojej karcie będzie wpisywał „terapię wspierającą” a ty dzięki temu będziesz wiedziała o przebiegu choroby. Chorzy niechętnie przyjmują leki, potajemnie je wyrzucają, mówią, że ich otumaniają, itp. Są leki nowej generacji, prawie bez skutków ubocznych, są trochę droższe, ale warto zapłacić część nierefundowaną. On będzie się lepiej czuł i ty będziesz bezpieczniejsza. Warto też pomyśleć o terapii rodzinnej, bo widzę, że Ci na nim zależy. I niestety, musisz go kontrolować w temacie brania leków.
Mój mąż od pierwszego rzutu był agresywny. Przeszłam przez piekło, które trwało 15 lat. Codziennie miałam nadzieję, że coś się zmieni. Przehibernowałam ten okres. Dzisiaj nawet w rozmowie z synem powiedziałam, że nie wiem, jak ja to wszytko przetrzymałam i nie zwariowałam. Uciekliśmy cztery lata temu. Syn miał 14 lat a córka 11. Wszyscy długo dochodziliśmy do siebie a ja od trzech lat jestem w terapii.
K najważniejsze to jego leczenie u specjalistów i jeżeli będziesz widziała, że on się miga i Ciebie oszukuje, nie łódź się, że będzie lepiej. Może zabieram Ci tym nadzieję. Ja kiedyś też usłyszałam od pani psycholog, żebym odeszła. Też się wkurzyłam i powiedziałam, że dam radę. Próbowałam dotrzeć do niego w różny sposób. Jak to powiedział terapeuta „próbowałam go uzdrowić” i nie mogłam się pogodzić z jego chorobą, z jego innością. Potrzebowałam odpowiedzialnego męża i ojca a on przez chorobę nigdy taki nie był. Do tego doszła agresja z jego strony. Odeszłam. To też nie było łatwe i przyjemne. Dopiero teraz zdecydowałam się na rozwód cywilny, który nie będzie łatwy i przyjemny. Z tego powodu, że on nie ma zdolności prawnej, sprawa będzie trwała długo. Nic nie jest łatwe.
Jeżeli masz realne możliwości na poprawę swojej sytuacji i twarde argumenty z jego strony, że podda się terapii farmakologicznej i psychologicznej, jest nadzieja na normalne życie. Do Ciebie będzie należała decyzja.
Ja na swoją sytuację mówię „grecka tragedia”, bo nie ma dobrego zakończenia. Zawsze zostaje ta niepewność i smutek nad swoim postępowaniem.
A co do dzieci – w moim przypadku lepiej, kiedy dzieci przestały być na naszym „froncie” i teraz są wychowywane w spokoju i miłości, niż wtedy kiedy widziały jazdy między nami, krzyki, przeżywały strach i niepewność. Widziały agresję ojca i to jakim zwierzęciem się wtedy stawał, wręcz potworem. To było najgorsze, co mogłam im zafundować.
Nie wiem jak jest u Ciebie. Proszę zwróć się o pomoc do psychologa, terapeuty. Chodź z mężem na wizyty. Od wystąpienia symptomów choroby musisz się pogodzić z faktem, że masz kolejne dziecko do wychowania i to dziecko w permanentnym „trudnym ” wieku. W takich sytuacjach potrzeba naprawdę wiele miłości i zapomnienia o sobie. Nie każdy jest w stanie tak się poświęcić. A jeżeli zobaczysz, albo poczujesz jakąkolwiek przemoc – fizyczną, psychiczną, albo słowną, pomyśl o swojej wartości i o tym, że
nikt nie ma prawa jej łamać, choćby był najbardziej chory.
K to bardzo trudne. Nawet teraz jak to wszystko piszę, czuję, że nie powinnam Ci niczego doradzać. We mnie jest tak dużo strachu przed tą chorobą i tak dużo złych doświadczeń, że jedyne co mogłabym krzyczeć głośno, to słowa „uciekaj jak najdalej”, ale Ty przecież to nie ja.
Pozdrawiam cieplutko
A

i:

Z leczenie przymusowym masz rację. Ja chciałam ubezwłasnowolnić męża, aby zacząć jego leczenie. Lekarka powiedziała, że będzie to proces długotrwały. Byłam wtedy w kwietniu u doktor a ona powiedziała, że orzeczenie będzie wydane w październiku, albo później a ja nie miałam czasu. Nie spałam wtedy i czuwałam już drugi miesiąc. Bałam się o własne życie, bo on w psychozie był zdolny do najgorszego. Od radcy prawnego usłyszałam, że on by to doprowadził do końca i byłoby to szybciej. Wtedy niestety nie pomyślałam o wizycie u radcy prawnego. Byłam zbyt przerażona i w lekarzu widziałam jedyne źródło pomocy a oni umywali ręce i słyszałam, że jeżeli chory nie zgodzi się na leczenie, ja nic nie mogę zrobić. Koło się zamykało. To było jak pętla, zaciskająca się na mojej szyi, bo wiedziałam że z każdym dniem bez leków staje się bardziej niebezpiecznie.
K, co czujesz. Czuję to całym moim ciałem.Chorzy mają tak bogatą „wyobraźnię” i potrafią ją tak przekazać rodzinie, że wszyscy łykają ją jak najprawdziwszą prawdę. Wciągają w swój chory świat. A my nie jesteśmy w stanie ani tego zrozumieć ani im pomóc. To hermetyczny świat, dlatego mówiłam o wielkiej miłości  do takich osób, bo inaczej nie pociągniesz długo. Moja znajoma, która ma męża schizofrenika podporządkowała mu się całkowicie. Są udanym małżeństwem. On jej śpiewa a ona mu pisze wiersze. Są mocno wierzący, może dlatego im łatwiej. Tłumaczą wszystko co się u nich dzieje wolą bożą, albo działalnością szatana. Z boku widać, jak bardzo ich świat nie jest adekwatny do tego normalnego. To ich sposób na życie. Ona przypłaciła to depresją, którą spycha ze świadomości. Są szczęśliwi – oni tak twierdzą i może tak jest. Ja widzę co innego.
Co do dzieciaków, to mocno je przestraszył. Po naszej ucieczce nachodził ich w szkole, spotykał po drodze. Mocno to przeżyły a ja nie wniosłam o zakaz zbliżania się.  Było mi go żal. Jego, nie nas. Przed świętami przysłał listy do dzieci. Długo się gryzłam, zanim oddałam je dzieciom. Najpierw je przeczytałam, żeby oszczędzić im czegoś szokującego. Syn przeczytał a córka nie otworzyła do do dzisiejszego dnia. Nie chcą z nim kontaktu. Mała cała tężeje, jak o nim słyszy. Kiedy był jeszcze w domu i chciał się z nimi zobaczyć, pytałam dzieciaki czy chcą się z nim zobaczyć. Zawsze spotykaliśmy się w miejscu publicznym, ale żałują, że się na to zdecydowałam, bo mała była cała sztywna ze strachu. Później była sytuacja z zabójstwem. Tego dnia on czekał na mnie. Przyszedł po mnie. Całą noc spał na klatce schodowej. Mnie się udało. Dzwoniłam wtedy na policję a oni nie chcieli przyjechać, nie chcieli pomóc, bo ja nie zakazałam zbliżania się do nas. Szkoda, że zrezygnowałaś ze spraw dotyczących leczenia. To by Ciebie zabezpieczyło. W tej chorobie nie ma sentymentów. Czas bez leków jest czasem straconym i działającym na niekorzyść. Takim ludziom z przekonaniem powinno się mówić, że się wierzy, ale trzeba ich sprawdzać jak dzieci. Powinni być pod kontrolą, dla dobra ich samych i rodziny. Kochaj, ale kontroluj i pilnuj brania leków.
W mojej pracy też jest kolega, który przeszedł psychozę. Uczy w-f. Też różnie z nim było. Jest z żoną. Ona bardzo pilnuje jego choroby.
Spróbuj wygospodarować czas na grupę wsparcia. To ważne. Nie musisz w niej zostać, ale pochodź chociaż na parę spotkań. Spojrzysz na chorobę z innej perspektywy, spotkasz się z ludźmi z podobnymi problemami, porozmawiasz, podzielisz się spostrzeżeniami. Spróbuj, warto.
Pozdrawiam kochana. Jesteś silną babką. Dasz radę i pamiętaj, że najważniejsze jest bezpieczeństwo Twoje i Twoich dzieci.

 

Czy to cokolwiek pomoże, nie wiem.

Czuję kaca moralnego, że w ogóle weszłam w dialog z tą kobietą.
Nie powinnam niczego doradzać.

***

następny list

Odbyłam wczoraj z mężem poważną rozmowę – bez nerwów i złości. Powiedziałam prawdę: JESTEŚ SCHIZOFRENIKIEM – MUSISZ PODJĄĆ LECZENIE I TERAPIĘ, bo rozwalisz małżeństwo, „poturbujesz” nas wszystkich. Powiedziałam mu, że nie jestem szczęśliwa, że czuję się stłamszona i podporządkowana jego schizofrenicznym epizodom. Powiedziałam, że ta choroba odebrała mi mojego męża – chłopaka, którego tak bardzo kochałam i ufałam. Zapytał : „to kim ja dla Ciebie teraz jestem”, odpowiedziałam: „nie wiem – obcym. Nie wiem kim ty jesteś. Na pewno nie sobą”. Okazało się, że mój mąż nawet za cenę utraty rodziny będzie upierał się, że to nie jest schizofrenia tylko zaburzenia adaptacyjne ( bo ładniej brzmi? ). Pierwszy raz widzę zaburzenia adaptacyjne ze stanami psychotycznymi i urojeniami. Mój mąż jest książkowym przykładem ze „Schizofrenii” A. Kępińskiego. Dałam mu to ostatnio do przeczytania, mówię: „masz czytaj – jesteś przykładem z książki”… „zdrady przechodzą w trucia itp.” – objawy osiowe – oprócz autyzmu. Nie izoluje się od otoczenia, chociaż krąg jego znajomych znacznie się pomniejszył, bo ludzie albo chcą go zniszczyć, albo go dręczą. Powiedziałam mu, że jest jak zza pleksy, że widzę, że w jego głowie toczy się inne, swoje życie. Oczywiście twierdzi, że wymyślam, że to głupota, że każdy może mieć podejrzenia…pewnie znasz te „boskie” tłumaczenia. Wytłumaczy Ci swój stan psychotyczny od a do z, umotywuje, uda skruchę. Mam świadomość tego, że bez leków nie mamy o czym rozmawiać i będzie trzeba spieprzać póki czas, póki się aż tak nie pogłębiło. Nawet mój synek, choć ma 7 lat mówi, że tata jest dziwny…, nie umie tego nazwać…i uwierz – nawet za cenę utraty rodziny nie chce brać leków. Otóż w dniu wczorajszym powiedział: „ja chciałbym, żebyś zostawiłam mi M, ale wiem, że tego nie zrobisz, że będziesz ze mną wojować do upadłego, bo za dzieci wyłupiłabyś oczy i posunęłabyś się do wszystkiego”, odparłam mu, że ma 100% rację, że jeśli ma zamiar wariować to niech sobie wariuje – „strzyka mnie to”, ale nigdy nie pozwolę, aby moje dzieci miały miejsce pobytu przy nim – schizofreniku, który się nie leczy. Zapytałam go, który sąd da mu dzieci? Spasował, powiedział: ok, weźmiesz dzieci i oddam Ci samochód – na alimenty się nie zgadza, a ja ze swojej wypłaty nie utrzymam się z dziećmi, nawet nie ma takiej opcji. Powiedziałam: „to czeka Cię sprawa w sądzie”. Myślę A, że już dawno udałoby mi się przekonać go do leczenie, gdyby nie ta jego „schizofreniczna” matka. Kobieta nad wyraz egoistyczna i prymitywna, zimna – totalnie wyprana z uczuć. Wiem jednak, że na pewne rzeczy w życiu nie mam wpływu -  i wiesz co A? Ja się w końcu tego nauczyłam, dotarło do mnie, że nie można uszczęśliwiać albo zmieniać kogoś na siłę. Nauczyłam się z tym godzić, co nie znaczy, że położyłam kolokwialnie mówiąc „lachę” na swoim mężu. Nie warto jest walczyć z całym światem. Chęć i motywacja musi wypływać z człowieka, bo para w gwizdek tym, co sądzą inaczej. Jak czytam maile od Ciebie to tak, jakbym czytała o swoim życiu, różniącym się pewnie pod wieloma względami, ale z drugiej strony jakże podobnym…Te sprzeczne emocje, które we mnie siedzą: żal, złość do niego, ale też smutek – ten ostatni przebija wszystko. Najgorsze jest to, że mam poczucie winy, że nie dałam swoim dzieciom „normalnej” rodziny, „normalnego” domu…takiego, który ja miałam w dzieciństwie. Na siłę muszę utrzymywać „normalność” i tworzyć ją dzieciom, bez przerwy je czymś zajmować, aby jak najmniej zauważyły. Mój mąż również jest nauczycielem w-fu, pasjonatem piłki siatkowej, trenerem, który miał duże sukcesy i dobrą opinię…,szkoda tylko, że nie ma w sobie odrobinę krytycyzmu i skruchy, pokory…Nic…za to rewelacyjnie wszystko tłumaczy, wymiguje się. Ciekawe co musi się stać, żeby pojął, że jest chory. Czekam aż rypnie coś w pracy, bo długo tak nie wytrzyma, aż się na kogoś rzuci, albo zacznie wygadywać głupoty…Póki co żyję z dnia na dzień, cały czas poświęcam dzieciom, a jego chorobę staram się zepchnąć na boczne tory. Nie mogę pozwolić, aby zdominowała moje życie, kosztem dzieci…Jeśli nie podejmie leczenia i nie zrozumie, to nasze małżeństwo jest tylko kwestią czasu…posypie się. Kiedyś był naprawdę dziarskim gościem, z jajem, facetem do którego się lgnęło, który mówił zawsze „weź wyluzuj, będzie dobrze”…dziś nie zostało już nic. Widzę człowieka w zaawansowanym stanie chorobowym, który żyje urojeniami w swojej głowie, który boi się psychiatrów, który kłamie i mataczy, któremu nie ufam tyle co „brudu za paznokciem”, człowieka, którego muszę kontrolować, z którym nie zostawiam dzieci…ba kota nawet z nim nie zostawiam. Maile od Ciebie czytam zawsze po kilka razy…czytam i widzę tak podobną historię: ten list, te kontakty, te nachodzenie w szkole ( u nas było tak, że nauczycielka synka o wszystkim wiedziała, pilnowała go na przerwach, dzwoniła co kilka godzin ), lekarz rodzinny też wiedział, bo mu powiedziałam – wystawiał mi zwolnienia na dziecko, kiedy ten odgrażał się porwaniem. Do tego te listy – u mnie były pocztówki. Ja pokazałam ją synowi. Nie przeczytałam tylko jednego zdania „mama nie pozwala nam być razem”…ach Boże … jakie to podobne. U mnie tylko jeszcze nie dostaje takiej „szajby”, ale to pewnie kwestia czasu i rozwoju choroby…cóż…kto Ci powiedział, że można się przyzwyczajać? …mam 31 lat i ile jeszcze przede mną? :(

Moja odpowiedź:

Hmm, K , wszystkie „poważne” rozmowy, które przeprowadzamy z osobami chorymi psychicznie mogą wzmóc w nich objawy psychotyczne. Oni nie przyjmują do wiadomości niczego oprócz swoich własnych urojeń. Nie dyskutuj z nim. Nic to nie zmieni a może jedynie zaszkodzić Tobie.
Co do alimentów na dziecko to przyzna je każdy sąd bez względu na to czy on sobie tego życzy, czy nie. Składaj więc pozew a alimenty i niczym się nie przejmuj. Z czegoś musisz utrzymać dzieci a on pracuje. Nawet jak będziecie w jednym domu a on nie będzie chciał łożyć na dzieci, to alimenty to rozwiążą. Będzie musiał je płacić.
Zadbaj o siebie i dzieci, bo nikt tego za Ciebie nie zrobi.
Wszystko dokumentuj. Wszelkie jego złe zachowania. Pisałaś, że masz gaz pieprzowy. Ja też miałam. Nie zdążyłam go użyć. Byłam pobita i spsikana gazem pieprzowym, z oparzeniami po nim. Chciałam się obronić a gaz został użyty przeciwko mnie. Każdą sytuację przemocową zgłaszaj na policji i u lekarza. Mów o tym. Odważ się. Kiedy zamilkniesz nikt Ci nie uwierzy, że coś złego dzieje się w domu. Ja nie zgłaszałam pobić.Policja miała tylko jedną notatkę z zajścia, które miało miejsce dwa lata wcześniej. W sądzie odbyły się cztery rozprawy, trzy razy orzekali biegli o przymusowym umieszczeniu go w szpitalu i nic. Nie wystąpiłam jako oskarżyciel posiłkowy, więc nic nie mogłam, nawet nie miałam prawa wglądu w akta sprawy, że o ostatecznym werdykcie nie wspomną. Byłam pokrzywdzoną, czytaj sierotą, która tak naprawdę nic nie może, oprócz składania zeznań.
Jesteś młodą kobietą i jeżeli odejdziesz to dasz sobie radę. Ja sobie daje to i ty też sobie poradzisz. Jest 500+, składaj sprawę o alimenty i nie ustępuj. Jeżeli macie się bać a on będzie jedynie obiecywał leczenie, to nie ma najmniejszego sensu bycie razem. Romantyzm nie popłaca, zwłaszcza w tej chorobie.
Wiesz jak ja doprowadziłam swojego do lekarza. Powiedziałam, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Pojechaliśmy do szpitala. Mała, dwuletnia córka była z nami. Najpierw ja weszłam do doktor a jemu przykazałam pilnować dziecka – miałam pewność, że nie ucieknie i był ciekawy co powie pani doktor. Powiedziałam co się dzieje w domu pani doktor. Później ona poprosiła jego do gabinetu. Nie chciał wchodzić, wtedy doktor sama zagaiła rozmowę, mówiąc że martwi się o mnie i chciałaby posłuchać, co on ma do
powiedzenia. I wszedł. Siedzieli długo. Po ok 45 min pani doktor wyszła do mnie i zaprosiła do gabinetu i tam usłyszałam diagnozę – schizofrenia paranoidalna. Podeszłam go sposobem a bałam się jak cholera. Ludzie chorzy na schizofrenię w innych upatrują choroby – wykorzystaj to. Będziesz miała diagnozę i będziesz wiedzieć na czym stoisz. Jeżeli lekarz zaproponuje hospitalizację zgódź się. On w szpitalu będzie miał lepszą opieką niż w domu a Ty będziesz miała czas na spokojnie o wszystkim
pomyśleć.

15:53

A , ja wykorzystałam już twoją metodę. Zrobiłam to samo. Wtedy właśnie wzięłam zaświadczenie o przymusowym leczeniu przez sąd…on już na to nie pójdzie drugi raz. Rozmawiałam z kobietą, która prowadziła mu konsultacje psychologiczne – dziś pierwszy raz. Odważyłam się i zadzwoniłam do niej. Opowiedziałam jej o wszystkim…z rozmowy wynikło jednoznacznie, że ta Pani również stwierdziła chorobę, w trakcie konsultacji proponowała leki. On jednak na to nie poszedł. Zalecała, abym nie dyskutowała z nim, nie zaprzeczała tym jego urojeniom…i tak też robię. On do szpitala nie położy się w życiu – nawet nie ma o czym mówić. Nie wiem co musiałoby się stać, gdyby to ode mnie zależało nie zawahałabym się ani chwili – uwierz mi. Wepchnęłabym go tam od razu. Widzisz…problem jest w tym, że on nic nie przyjmuje do wiadomości i na nic się nie godzi…jest przebiegły – ale chory i to powinnam wykorzystać. Masz rację – on uważa, że to ja jestem chora. Muszę go jakoś podejść, żeby pojechał do Warszawy, do kliniki do której jeździł. Ta psycholog powiedziała mi, że tam jest jej cała dokumentacja, że ona to wszystko pisała. Kazała „wyczaić” mi moment kiedy będzie miał „przebłysk”, umawiać wizytę i nie czekać…chyba, że po raz kolejny zrobię to samo ale w innej odsłonie. Powiem, że sytuacja mnie przerasta, że mamy problem małżeński, że sama chce skorzystać i czy mnie tam zawiezie…coś wydumam :). Będę coś kombinować. Póki piłka w grze wszystko jest możliwe, oby ku lepszemu. Jak się nie uda, to się pożegnamy – bo i taki finał przewiduję. Spróbuję jeszcze otwartą rozmowę…wyciszę go i zacznę temat. Jeśli się uda to dobrze, jeśli nie to on sfiksuje na maxa.

Ja:

Czytam Twoje listy jeszcze raz. Wiem, jakie to piekło i wiem, że czujesz,że cały Twój świat się skończył. A teraz będę adwokatem diabła. Postaw się w jego sytuacji. On WIE, że mu ktoś zagraża. W pracy się dziwnie patrzą i szepczą po kątach, ktoś pisze donosy na niego, dyrektor pewnie chce go wywalić z pracy i jeszcze żona zaczęła mu wmawiać chorobę i straszyć odejściem. No i co??? Jak się czujesz??? Teraz tak czuje się on. Jak zwierzątko w potrzasku. Skoro nie jest agresywny, to zostaw to.
Próbowałaś wszystkiego. Bez skutku. Nie uzdrawiaj go na siłę. Niech psychoza się rozwinie… Pozwól, żeby zabrali go w kaftanie…
Wiesz dlaczego to piszę???
Kiedy przyprowadziłam swojego na pierwszą wizytę, po tygodniu „jazdy” , tygodniu w którym byłam bita, gwałcona, zamykana… Trudno to nawet opisywać… Bawił się mną jak kot myszą. Wypuszczał do pracy a kiedy wracałam czekał na schodach z nożem i pytaniem „z kim się kurwiłaś”. Jego matka przychodziła do nas do domu i nic nie wiedziała. On z nią normalnie rozmawiał. Pilnowała wtedy nasze dzieci. Wstydziłam się jej powiedzieć co się dzieje. Powiedziałam tylko, że on dziwnie się zachowuje na co
ona powiedziała, żebym z jego syna nie robiła głupiego, przecież z nią rozmawia normalnie. Moi rodzice już nie żyli. Kiedy, któregoś dnia zaczął wszystko rozwalać i niszczyć w domu, zadzwoniłam do znajomych. Przyjechali, ale kiedy zaczęli wchodzić na podwórze on ich wygonił, klnąc przy tym i strasząc ich kołkiem. Kiedy przyszedł do mojej pracy stanęłam za jego plecami i do dyrektora bezgłośnie zaczęłam mówić,poruszając tylko ustami: Pomocy. Wezwano pogotowie. Zawieźli nas do szpitala a tam
okazało się, że nie ma psychiatry i że będzie dopiero w piątek. Psychiatra nalegała na hospitalizacje a ja wspaniałomyślnie powiedziałam, że się nim zajmę. Pamiętam jak po przyjeździe do domu, stanęłam w lesie i zaczęłam krzyczeć do nieba, do tego w górze, że nic nie robi, jest Bogiem, a ja muszę tak cierpieć. Zostałam sama z tym wszystkim. teściowa tego samego dnia przyszła do mnie, bo dowiedziała się, że zawiozłam go do psychiatry. Zrobiła mi awanturę, wyzwała i obraziła się już do końca
mojego u nich pobytu, czyli na kolejnych 12 lat. Zostałam sama z dwójką, wróć, z trójką dzieci. Moim dzieciakom musiałam załatwić przedszkole, bo przecież musiałam pracować, musiałam utrzymać rodzinę. Byłam rozdarta. Odejść – czy dam sobie radę sama??? Dwoje dzieci, wynajęcie mieszkania, marna pensja, zawód katechetki (co ludzie powiedzą, co ksiądz na to powie???). Zostałam. Pocieszałam się, że on nie jest zły, że on gdyby był zdrowy, to by tego nie zrobił, że to choroba. Kiedy odstawiał leki
ja już wiedziałam, co będzie dalej. I takie sytuacje powtarzały się trzy razy. Trzy razy, kiedy myślałam, że to moje ostatnie dni. Znikąd pomocy. Ogromny wstyd, że nie daję sobie rady a powinnam. Wszystko eskalowało. Z każdym epizodem było coraz gorzej. On we mnie widział najgorszego wroga, który truje go lekami. Nastawiał przeciwko mnie swoją rodzinę. A ja wciąż trwałam. Zaliczyłam depresję i próbę samobójczą, bo wydawało mi się, że za mało robię, nie tak jak trzeba, W sobie widziałam winę,
nie w nim. Próbowałam go uzdrowić, uleczyć, wyprostować a to jest tak, jakbyś do sparaliżowanego powiedziała „wstań i chodź”. Był tylko jeden taki przypadek – w Ewangelii – nikt później nie powtórzył tego ponownie ;-)
Jestem dzieckiem DDA – dopiero na terapii dowiedziałam się jaki był motyw, podświadomy, mojego postępowania.
Dwanaście lat temu miałam 32 lata… Przez moją wiarę w „uzdrowienie” męża ledwie wyszłam z życiem z tego małżeństwa.
Niedawno, kiedy pisałam pozew rozwodowy radca prawny powiedział „miała pani ciężkie życie, ale nie napisała pani, że on jest winny”. Będę się ubiegać o rozwód z orzekaniem o winie. Chciałam bez orzekania, ale prawnik powiedział, że to nie jest dobre wyjście. Wciąż go chronię i mam poczucie winy. Może dlatego tak długo chodzę na terapię. Mam niskie poczucie własnej wartości…
Ktoś mi kiedyś powiedział „Niech pani będzie suką, niech pani walczy o siebie”. Walczę. I wiem, że ten ktoś miał rację. czasami trzeba być suką, żeby być szczęśliwą. Moja godność i bezpieczeństwo są najwyższymi priorytetami. Wyszłam z tego poobijana, ale żywa.  I wiem, że było warto uciec. Mogłam to zrobić 12 lat temu, zamiast się oszukiwać, że dam radę.  Oszczędziłabym sobie depresji
Tak było u mnie. Mój osobisty Afganistan
Wciąż leczę depresję. Zaliczyłam szybsze klimakterium. Mam nerwicę wegetatywną. Ale, od pół roku mam bezpieczne mieszkanie.  Uczę się żyć na nowo i czerpać radość z bezpiecznego i spokojnego życia.Jestem sama z dziećmi. Moje dzieciaki są nareszcie szczęśliwe i spokojne. Wychodzę na prostą. Nie wiem, ja by to wyglądało, gdybym odeszła 12 lat temu. nie wiem…

Tak było u mnie
Nie musi być tak u Ciebie
Napisałam Ci na początku „ćwiczenie”, którego ja nie byłam w stanie przejść. Nie rozumiem chorych na schizofrenię. Boję się ich – teraz wiesz dlaczego. Mam żal do naszego systemu, że chorzy mają więcej praw a rodziny są traktowane po macoszemu. Rodziny mają związane ręce, w przypadku, kiedy chory nie chce się leczyć. Zostawisz,boisz się, że sam nie da sobie rady. Zostaniesz, boisz się, że zrobi ci krzywdę. Życie w permanentnym strachu
Pomyśl o sobie Karolino. Nie o nim, o sobie!