Wtorek, 11:11

Nie mam lekcji. Siedzę w klasie, więc trochę sobie popiszę…

Jeszcze raz muszę się przyjrzeć korespondencji z Karoliną. Jeszcze raz…

Witaj Aniu, Anno, Mała Dziewczynko z tej powieści, która w niczym nie przypomina baśni…, ale w której jest wiele siły i chyba jeszcze więcej potencjału.

Nawet nie wiem od czego zacząć…Na Twój blog natknęłam się zupełnie przypadkowo. Jakieś 3 może 4 miesiące temu gorączkowo poszukiwałam informacji na temat schizofrenii i zobaczyłam Twój wpis…pomyślałam wtedy: „Boże – horror i mnie pewnie czeka to samo”. Skopiowałam wtedy Twój wpis, w którym opisywałaś schiofreniczne epizody swojego męża. Czytam to po kilka razy w tygodniu i zastanawiam się czy powielę Twoją historię, czy może u mnie będzie inaczej?…chociaż bardziej skłaniam się ku temu, że nie mam złudzeń.

Mój mąż dostał diagnozę: F.20 – Zespół paranoidalny, piękne preludium do szerokiego spektrum schizofrenii. Moje życie się załamało, runęło mi pod nogi i po raz kolejny zadrwiło mi prosto w twarz. Czasami zastanawiam się co jest gorsze – nowotwór złośliwy czy choroba psychiczna…i nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie, a raczej odpowiedź jest…tylko strach mi się do niej przyznać. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Nie tak wyobrażałam sobie małżeństwo, rodzinę. Znowu kolejna wizja, marzenia rozbite niczym kruche szkło…ogromny zawód, żal, wstyd, patowa sytuacja. Nie ma dobrego rozwiązania. Najprosciej byłoby odejść, ale nie takie to wszystko łatwe. Mimo tego, co się stało ja nadal kocham swojego męża…, a stało się wiele: sprawa sądowa o ustalenie pobytu dzieci, sprawa sądowa o zobowiązanie do leczenia psychiatryczneg…, a wszystko zacząło się tak niewinnie:

W lutym tego roku mój mąż poinformował mnie, że ktoś napisał na niego anonimowy donos, który dotyczył jego pracy. W związku z tym, że akurat w tym czasie byliśmy w konfikcie i mieliśmy tzw. „ciche dni” zbagatelizowałam to, wręcz pomyślałam: „masz w końcu za swoje, za to, że nie poświęcałeś nam czasu i wolałeś harówkę niż rodzinę”…- oczywiście nigdy głośno tego nie powiedziałam. Pierwsze symptomy pojawiły się kilka dni po tej sytuacji: stan depresyjny, płacz, i to złudne pytanie: „kto to zrobił”?…wtedy już się przestraszyłam, wtedy już wiedziałam, że jest źle – cholernie źle. Pewnego dnia – z samego rana mój mąż zadał mi pytanie: „jak myślisz czy mógł to zrobić Kowalski”, potem „czy mógł to zrobić Xiński”?…Odpowiedziałam: „No tak…zaraz może będzie, że to ja napisałam, bo wszystkich już naokoło oskarżyłeś”…I w tym momencie coś jakby „zaiskrzyło”, obłęd w oczas, twarz wykrzywiona w grymasie – jakby chciała wyraźić tyle emocji, ale nie wiedziała których, ruchy – mechaniczne, szybkie i odpowiedz: „…Tak!!! – to Ty napisałaś, jesteś w spisku z nimi!!!”, skończyło się awanturą ( wtedy jeszcze nie byłam świadoma tego, co dzieje się w głowie mojego męża, wtedy jeszcze dyskutowałam, argumentowałam, tłumaczyłam )…Po kilku dniach wybudził mnie ze snu. Była 4.00 nad ranem. Kazał spakować mi swoje rzeczy i „wypierdalać z domu”. Był wulgarny, okrutnie wulgarny. Nie zważał na przerażone jego widokiem dzieci – krzyczał, oskarżał mnie o zdrady, absurdalne romanse, o to, że syn nie est jego dzieckiem…Dotarło do mnie, że dzieje się coś cholernie poważnego. Mój mąż nigdy mnie nie wyzywał, to najspokojniejszy człowiek jakiego znałam, tym bardziej przeżyłam cholerną traumę. Rodzina męża olała sprawę. Niby widzieli, że coś się dzieje ale nie regowali. Twierdzili, że „jest już normalny” – szczególnie jego matka, kobieta nad wyraz prymitywna i moim zdaniem zaburzona…Olali do pewnego momentu. Za jakiś czas znalazł się w kolejnym epizodzie. Tym razem jednak świadkami tej sytuacji była: jego siotra i jej rodzina. Opadły im szczęki, kiedy go zobaczyli i usłyszeli co wygaduje: zdrady, otrucia, spiski, ktoś chce go zabić, ktoś dybie na jego życie, Karolina ( ja ) jest w spisku z nimi, przekupili ją, śledzili mnie…koniec świata. Nie spał po nocach, rozświecał światła, trzaskał szafkami…dłużej nie wytrzymałam. Postawiliśmy mu ultimatum: albo wizyta u psychiatry, albo ja i dzieci opuszczamy mieszkanie. Wyszło tak, że opuściłam mieszkanie. Wyprowadziłam się na stancję z dwójką małych dzieci, a w międzyczasie trwały sprawy sądowe. Mój mąż zmiękł…dobrowolnie pojechał na konusultacje psychiatryczną – stwierdzono u niego zaburzenia adaptacyjne. Zaczął uczęszczać na konsultacje do psychologa klinicznego. Po dwóch miesiącach wrociłam z dziecmi do domu. Twierdził bowiem, że jak znowu coś będzie nie tak sam się zgłosi do lekarza… do momentu kiedy nie zaczłął się wrzesień i nie przyszedł czas powrotu do szkoły było ok…ale teraz jest nie tak, jednak o lekarzu i lekach słyszeć nie chce. Dostaje białej gorączki na słowo „psychiatra” i „leki”. Powiem tak: mój mąż nie jest wobec mnie agresywny – ani słownie, ani fizycznie ( przestraszył się sądów, policji, i tego co mogłabym zrobić ), dalej jednak podejrzewa mnie o zdrady ( a ja nie mam i nigdy nie miałam żadnego romasu ), dalej myśli, że jestem w spisku, choć głośno tego nie mówi ( jego twierdzania słychać w wypowiedziach )…choroba stale się rozwija, ale on jest inteligentnym facetem i doskonale ją maskuje..na tyle, że nik z otoczenia, środowiska pracy praktycznie tego nie dostrzega. Będąc w epizodach, przejawiał dziwaczne zachowania, które gdzieś ktoś tam dostrzegł…ale się rozmyło, rozeszła się po mieście plotka, którą sam rozpuścił, że „żona zalatwiła na niego papier od psychiatry” – teraz dodatkowo trzeba stawiać czoła ludzkiej opinii i uszczypliwości, co tylko nasila symptomy chorobowe. Mimo, że w domu, w miarę się z nim dogaduje to on obgaduje mnie za moimi placami – do swojej siostry. Udaje, że nic nie wiem, bo rozumiem, że jest chory, ale to tak boli…”płytko pod skórą”, taki brak lojalności. Dodam, że biegły sądowy uznał, że „pacjent” nie nadaje się do hospitalizacji ale zalecił konsultacje psychiatryczną – komedia. Oszukał lekarza, który dał się nabrać na te jego logiczne wytłułamczenia, dotyczące trucia, spisków, zdrad. Facet łyknął jak pelikan, a mnie i dzieci skazał na życie z nie leczoną schizofrenią…Co robić Aniu? Czekać aż pęknie, dostanie „kolby” i zgarnął go w kaftanie z ulicy lub pracy? Rozmawiać? To nie ma już sensu, bo on mi nie ufa. Jak poszedł ze mną to wzięłam zaświadczenie od psychiatry, że jest chory i zawnioskowałam o leczenie przez sąd…, więc dziś nie podejmuje już nawet tematu. Boże! Był tak fajnym chłopakiem, a teraz? Teraz naszym życiem rządzi choroba. Ona dyktuje warunki i układa nasze życie. Mój synek ma 7 lat – wie, że coś się z tatą dzieje ale nie umie tego nazwać. Jak żyć? Jak z nim rozmawiać, żeby się leczył? Co jeszcze się wydarzy…? Schizofrenia jest straszna. To gorsze niż rak. Gorsze niż choroba zakaźna. Ta choroba zabrała nam szansę na szczęśliwe życie…Jestem w miarę młoda, mam dobrą i stałą pracę, choć samej utrzymać mi się byłoby ciężko i co najważniejsze – mam dwoje małych dzieci, które mimo wszystko potrzebują ojca…Co robić?

 

Ja jej odpowiedziałam:

K przeczytałam Twój list i bardzo Ci współczuję. Jeżeli będę Ci udzielać rad, to tak jakbym chciała poprawić własne życie. To będzie rada na moje życie a nie Twoje. Przykro mi.
Jedyne co mogę ci podpowiedzieć, to wizyta u radcy prawnego. W mieście możesz znaleźć takich, którzy udzielają jej bezpłatnie i wtedy pomyśl o wniosku o ubezwłasnowolnienie męża. Dobry prawnik podpowie Ci jak to zrobić. Nie zrażaj się opiniami lekarzy, że to niemożliwe. Możliwe, chociaż długotrwałe. I terapia – dla Ciebie. Na terapii sama ocenisz czy warto zostać, czy zostawić, ja Ci tego nie podpowiem, bo zrobiłabym więcej szkody niż pożytku. I pamiętaj – bezpieczeństwo dzieci ponad wszystko.
Rodzice mają być wsparciem i dawać poczucie bezpieczeństwa.
Pozdrawiam serdecznie

Dostałam następny list:

Myślę, że to nie ten etap choroby. Nie chcę go ubezwłasnowolnić. U mojego męża ta choroba przebiega bardzo dziwnie. Mówi do rzeczy, nawiązuje normalny kontakt, ale sprawia wrażenie „wyłączonego”, tak jakby w jego głowie toczyło się swoje życie, tak jakby był za pleksą. Przystosował się do schizofrenicznego świata i teraz funkcjonuje w dwóch rzeczywistościach, choć ta schizofreniczna jest mu pewnie bliższa i ciekawsza. Póki co nie przejawia agresji w stosunku do mnie, ani do dzieci. Myślisz, że to kwestia czasu? Jak było u Ciebie? Wiem, że w jego głowie nadal kłębią się te myśli, jednak jest na tyle cwany, że o tym nie mówi, tylko czasami. Zdążył zauważyć, że wzbudza to w ludziach niepokój. Jest mi go żal, bo widać, że bardzo się stara wyrwać z tego świata, ale to cholernie ciężkie, bo świat przeżyć psychotycznych jest niezwykle silny. Jeździ na konsultacje do psychologa klinicznego, bo nadal wierzy, że obejdzie się bez leków, ale nie ma złudzeń…leki to podstawa. Strasznie się przed nimi wzbrania. Do tej pory nikt nie postawił mu jakiejś rzetelnej diagnozy, bo każdy mówi zupełnie co innego – . Koszmar jakiś. Muszę pomyśleć, żeby w razie wojny odłożyć parę groszy i trzymać, bo nie wiadomo jak to się skończy. Mój mąż pracuje z dziećmi. Boję się, że nawywija coś w pracy, co jest bardzo możliwe…Aniu jak było u twojego męża? Czy w tych rzutach chorobowych od początku był agresywny, czy to przyszło z czasem? Czy one przychodziły nagle, czy rozwijały się powoli? Jak został zdiagnozowany? Jak zachowywałaś się kiedy miał te rzuty? Rozmawiałaś, tłumaczyłaś, argumentowałaś?..Czy Twój mąż brał leki? … I jak na chorobę reagowała rodzina, znajomi, przyjaciele? O wiele rzeczy chciałabym Cię zapytać…Czy zakończyły się już sprawy? Ile lat miały Twoje dzieci jak odeszłaś? I co teraz dzieje się z Twoim byłym mężem, bo z tego co wyczytywałam wszytko zakończyło się tragicznie dla teściowej…straszne!

I następny:

Wiem, że masz rację – niestety, bo pewnie wolałabym się tak łudzić i oszukiwać. To prawda – mam trzecie dziecko. Widzę co się dzieje. Widzę, jak bardzo chciałby być normalny…i widzę też jak bardzo nie może, jak codziennie „bije” się ze swoimi myślami. O lekach nie ma mowy i zastanawiam się co jeszcze musi się stać, żeby zrozumiał i przyjął do wiadomości, że jest chory. Do tej pory dwukrotnie zachował się jak „furiat” – ale bez agresji fizycznej. Teraz jest w rzucie chorobowym, bo to widać – „tykająca bomba”. Widzę jak stara się ukryć nerwowość, jak chce ukryć chorobę – i ludzie Aniu dają się na to nabrać. Dziwię się w szkole dyrektorka nie przeprowadziła z nim jeszcze rozmowy – do czasu aż coś odczyni, bo myślę, że jest to tylko kwestia czasu. Po tych sprawach sądowych, które wycofałam – boi się mnie. Mimo to zawsze mam przy sobie gaz pieprzowy i klucz do pokoju, aby w razie czego zamknąć się na klucz i zadzwonić po pomoc. Jestem osobą publiczną, znają mnie we wszystkich strategicznych instytucjach w tym mieście. Zajmuje się profilaktyką leczenia uzależnień od strony formalnej, administracyjnej, koordynacją Poradni Rodzinnej w ramach MPPiPA, MPPN. Wiem  jak poruszać się w tych tematach. Mam też sporo znajomych w tej działce…Mimo wszystko – i może to, co napiszę jest nie na miejscu – ale uważam, że jakiekolwiek leczenie przymusowe w naszym kraju to jedna wielka ściema!!!! Parodia i kpina!!! Opieszałość sądów, brak merytorycznej pomocy ( ja wiem to sama, ale mogę wyobrazić sobie jak czują się ludzi, którzy nie mają z tym nic wspólnego – „pójdzie pani tu, pójdzie pani tam…” )…W maju złożyłam wniosek o leczenie a sprawa miała być na październik – nie uważasz, że to żenujące? Jeszcze do tego ta opinia biegłego, który nic totalnie nie zauważył…wycofałam to, bo psu na budę się zdało. Wyrok byłby taki, że zostałby zobowiązania do korzystania z konsultacji psychiatrycznych i znając życie zapisałby się na NFZ, bo tam w kolejce czeka się do 6 m-cy. Uznałam, że tak czy siak nie będzie się leczył i nie da się zdiagnozować. Jeśli chodzi o dzieci – to są małe mają 3 i 7 lat. Wiem, że byłaby jadka jak cholera, bo mój mąż starałby się o pobyt dzieci u niego, a ja stawałabym na głowie, żeby do tego nie doszło, potem byłyby badania w RODK – jakiś koszmar niekończących się spraw…zobaczymy jak to potoczy się dalej. Najgorzej, że nie wiem czy wycofywanie tych spraw to było dobre posunięcie z mojej strony…niestety wydaje mi się, że nie, bo nie wiem czy zaraz nie będzie Polki od nowa…to jest właśnie choroba – nigdy nie masz pewności, że będzie dobrze, że w ogóle jakoś będzie…I masz Aniu cholerną rację – „grecka tragedia” – nie ma dobrego rozwiązania. Boję się tego, że nawyczynia coś w szkole, bo nie wytrzyma presji. Jest na niego nagonka – pewnie bardziej w jego głowie niż w rzeczywistości ale wydaje mi się, że pęknie nie długo, że nie da rady…czuję się tak uwikłana, że nie sposób to opisać, w tą chorobę, w tą całą sytuację – z której nie ma dobrego wyjścia i pewnie nie będzie. Aniu czy twoje dzieci mają z nim kontakt? Czy chcą się z nim widywać? Czy odwiedzają go? Przepraszam, że tyle mam pytań, ale sama rozumiesz – chętnie pochodziłabym na grupę wsparcia, ale nie mam kiedy – naprawdę. Mój mąż pracuje popołudniami i to ja zajmuje się dziećmi…jest mi dobrze „pogadać” z kimś kto wie co przechodzę

Odpowiedziałam:

K. Twój mąż jest nauczycielem – jak mogłam się domyślić. Czyli trochę lepsza sytuacja jak u mnie. Mój miał skończoną tylko podstawówkę i bardzo ograniczone pojmowanie świata. Tak, związałam się z takim człowiekiem, sama będąc po studiach. Dopiero na terapii dowiedziałam się dlaczego.
Po Twoich słowach widzę, że jesteś z nim bardzo mocno związana, więc szkody by było burzyć coś, co jest między wami. Skoro jeździ do psychiatry to jest nadzieja, że w końcu zacznie się leczyć. Chyba, że tylko Cię oszukuje, bo przy takiej chorobie niemożliwe jest „normalne” życie bez leków. Objawy psychotyczne będą się nasilać bez leków. Leki to podstawa. Zaproponuj mu, że razem pojedziecie do tego lekarza. Możliwa jest terapia rodzinna. Załóż sobie kartę razem z mężem. Lekarz w Twojej karcie będzie wpisywał „terapię wspierającą” a ty dzięki temu będziesz wiedziała o przebiegu choroby. Chorzy niechętnie przyjmują leki, potajemnie je wyrzucają, mówią, że ich otumaniają, itp. Są leki nowej generacji, prawie bez skutków ubocznych, są trochę droższe, ale warto zapłacić część nierefundowaną. On będzie się lepiej czuł i ty będziesz bezpieczniejsza. Warto też pomyśleć o terapii rodzinnej, bo widzę, że Ci na nim zależy. I niestety, musisz go kontrolować w temacie brania leków.
Mój mąż od pierwszego rzutu był agresywny. Przeszłam przez piekło, które trwało 15 lat. Codziennie miałam nadzieję, że coś się zmieni. Przehibernowałam ten okres. Dzisiaj nawet w rozmowie z synem powiedziałam, że nie wiem, jak ja to wszytko przetrzymałam i nie zwariowałam. Uciekliśmy cztery lata temu. Syn miał 14 lat a córka 11. Wszyscy długo dochodziliśmy do siebie a ja od trzech lat jestem w terapii.
K najważniejsze to jego leczenie u specjalistów i jeżeli będziesz widziała, że on się miga i Ciebie oszukuje, nie łódź się, że będzie lepiej. Może zabieram Ci tym nadzieję. Ja kiedyś też usłyszałam od pani psycholog, żebym odeszła. Też się wkurzyłam i powiedziałam, że dam radę. Próbowałam dotrzeć do niego w różny sposób. Jak to powiedział terapeuta „próbowałam go uzdrowić” i nie mogłam się pogodzić z jego chorobą, z jego innością. Potrzebowałam odpowiedzialnego męża i ojca a on przez chorobę nigdy taki nie był. Do tego doszła agresja z jego strony. Odeszłam. To też nie było łatwe i przyjemne. Dopiero teraz zdecydowałam się na rozwód cywilny, który nie będzie łatwy i przyjemny. Z tego powodu, że on nie ma zdolności prawnej, sprawa będzie trwała długo. Nic nie jest łatwe.
Jeżeli masz realne możliwości na poprawę swojej sytuacji i twarde argumenty z jego strony, że podda się terapii farmakologicznej i psychologicznej, jest nadzieja na normalne życie. Do Ciebie będzie należała decyzja.
Ja na swoją sytuację mówię „grecka tragedia”, bo nie ma dobrego zakończenia. Zawsze zostaje ta niepewność i smutek nad swoim postępowaniem.
A co do dzieci – w moim przypadku lepiej, kiedy dzieci przestały być na naszym „froncie” i teraz są wychowywane w spokoju i miłości, niż wtedy kiedy widziały jazdy między nami, krzyki, przeżywały strach i niepewność. Widziały agresję ojca i to jakim zwierzęciem się wtedy stawał, wręcz potworem. To było najgorsze, co mogłam im zafundować.
Nie wiem jak jest u Ciebie. Proszę zwróć się o pomoc do psychologa, terapeuty. Chodź z mężem na wizyty. Od wystąpienia symptomów choroby musisz się pogodzić z faktem, że masz kolejne dziecko do wychowania i to dziecko w permanentnym „trudnym ” wieku. W takich sytuacjach potrzeba naprawdę wiele miłości i zapomnienia o sobie. Nie każdy jest w stanie tak się poświęcić. A jeżeli zobaczysz, albo poczujesz jakąkolwiek przemoc – fizyczną, psychiczną, albo słowną, pomyśl o swojej wartości i o tym, że
nikt nie ma prawa jej łamać, choćby był najbardziej chory.
K to bardzo trudne. Nawet teraz jak to wszystko piszę, czuję, że nie powinnam Ci niczego doradzać. We mnie jest tak dużo strachu przed tą chorobą i tak dużo złych doświadczeń, że jedyne co mogłabym krzyczeć głośno, to słowa „uciekaj jak najdalej”, ale Ty przecież to nie ja.
Pozdrawiam cieplutko
A

i:

Z leczenie przymusowym masz rację. Ja chciałam ubezwłasnowolnić męża, aby zacząć jego leczenie. Lekarka powiedziała, że będzie to proces długotrwały. Byłam wtedy w kwietniu u doktor a ona powiedziała, że orzeczenie będzie wydane w październiku, albo później a ja nie miałam czasu. Nie spałam wtedy i czuwałam już drugi miesiąc. Bałam się o własne życie, bo on w psychozie był zdolny do najgorszego. Od radcy prawnego usłyszałam, że on by to doprowadził do końca i byłoby to szybciej. Wtedy niestety nie pomyślałam o wizycie u radcy prawnego. Byłam zbyt przerażona i w lekarzu widziałam jedyne źródło pomocy a oni umywali ręce i słyszałam, że jeżeli chory nie zgodzi się na leczenie, ja nic nie mogę zrobić. Koło się zamykało. To było jak pętla, zaciskająca się na mojej szyi, bo wiedziałam że z każdym dniem bez leków staje się bardziej niebezpiecznie.
K, co czujesz. Czuję to całym moim ciałem.Chorzy mają tak bogatą „wyobraźnię” i potrafią ją tak przekazać rodzinie, że wszyscy łykają ją jak najprawdziwszą prawdę. Wciągają w swój chory świat. A my nie jesteśmy w stanie ani tego zrozumieć ani im pomóc. To hermetyczny świat, dlatego mówiłam o wielkiej miłości  do takich osób, bo inaczej nie pociągniesz długo. Moja znajoma, która ma męża schizofrenika podporządkowała mu się całkowicie. Są udanym małżeństwem. On jej śpiewa a ona mu pisze wiersze. Są mocno wierzący, może dlatego im łatwiej. Tłumaczą wszystko co się u nich dzieje wolą bożą, albo działalnością szatana. Z boku widać, jak bardzo ich świat nie jest adekwatny do tego normalnego. To ich sposób na życie. Ona przypłaciła to depresją, którą spycha ze świadomości. Są szczęśliwi – oni tak twierdzą i może tak jest. Ja widzę co innego.
Co do dzieciaków, to mocno je przestraszył. Po naszej ucieczce nachodził ich w szkole, spotykał po drodze. Mocno to przeżyły a ja nie wniosłam o zakaz zbliżania się.  Było mi go żal. Jego, nie nas. Przed świętami przysłał listy do dzieci. Długo się gryzłam, zanim oddałam je dzieciom. Najpierw je przeczytałam, żeby oszczędzić im czegoś szokującego. Syn przeczytał a córka nie otworzyła do do dzisiejszego dnia. Nie chcą z nim kontaktu. Mała cała tężeje, jak o nim słyszy. Kiedy był jeszcze w domu i chciał się z nimi zobaczyć, pytałam dzieciaki czy chcą się z nim zobaczyć. Zawsze spotykaliśmy się w miejscu publicznym, ale żałują, że się na to zdecydowałam, bo mała była cała sztywna ze strachu. Później była sytuacja z zabójstwem. Tego dnia on czekał na mnie. Przyszedł po mnie. Całą noc spał na klatce schodowej. Mnie się udało. Dzwoniłam wtedy na policję a oni nie chcieli przyjechać, nie chcieli pomóc, bo ja nie zakazałam zbliżania się do nas. Szkoda, że zrezygnowałaś ze spraw dotyczących leczenia. To by Ciebie zabezpieczyło. W tej chorobie nie ma sentymentów. Czas bez leków jest czasem straconym i działającym na niekorzyść. Takim ludziom z przekonaniem powinno się mówić, że się wierzy, ale trzeba ich sprawdzać jak dzieci. Powinni być pod kontrolą, dla dobra ich samych i rodziny. Kochaj, ale kontroluj i pilnuj brania leków.
W mojej pracy też jest kolega, który przeszedł psychozę. Uczy w-f. Też różnie z nim było. Jest z żoną. Ona bardzo pilnuje jego choroby.
Spróbuj wygospodarować czas na grupę wsparcia. To ważne. Nie musisz w niej zostać, ale pochodź chociaż na parę spotkań. Spojrzysz na chorobę z innej perspektywy, spotkasz się z ludźmi z podobnymi problemami, porozmawiasz, podzielisz się spostrzeżeniami. Spróbuj, warto.
Pozdrawiam kochana. Jesteś silną babką. Dasz radę i pamiętaj, że najważniejsze jest bezpieczeństwo Twoje i Twoich dzieci.

 

Czy to cokolwiek pomoże, nie wiem.

Czuję kaca moralnego, że w ogóle weszłam w dialog z tą kobietą.
Nie powinnam niczego doradzać.

***

następny list

Odbyłam wczoraj z mężem poważną rozmowę – bez nerwów i złości. Powiedziałam prawdę: JESTEŚ SCHIZOFRENIKIEM – MUSISZ PODJĄĆ LECZENIE I TERAPIĘ, bo rozwalisz małżeństwo, „poturbujesz” nas wszystkich. Powiedziałam mu, że nie jestem szczęśliwa, że czuję się stłamszona i podporządkowana jego schizofrenicznym epizodom. Powiedziałam, że ta choroba odebrała mi mojego męża – chłopaka, którego tak bardzo kochałam i ufałam. Zapytał : „to kim ja dla Ciebie teraz jestem”, odpowiedziałam: „nie wiem – obcym. Nie wiem kim ty jesteś. Na pewno nie sobą”. Okazało się, że mój mąż nawet za cenę utraty rodziny będzie upierał się, że to nie jest schizofrenia tylko zaburzenia adaptacyjne ( bo ładniej brzmi? ). Pierwszy raz widzę zaburzenia adaptacyjne ze stanami psychotycznymi i urojeniami. Mój mąż jest książkowym przykładem ze „Schizofrenii” A. Kępińskiego. Dałam mu to ostatnio do przeczytania, mówię: „masz czytaj – jesteś przykładem z książki”… „zdrady przechodzą w trucia itp.” – objawy osiowe – oprócz autyzmu. Nie izoluje się od otoczenia, chociaż krąg jego znajomych znacznie się pomniejszył, bo ludzie albo chcą go zniszczyć, albo go dręczą. Powiedziałam mu, że jest jak zza pleksy, że widzę, że w jego głowie toczy się inne, swoje życie. Oczywiście twierdzi, że wymyślam, że to głupota, że każdy może mieć podejrzenia…pewnie znasz te „boskie” tłumaczenia. Wytłumaczy Ci swój stan psychotyczny od a do z, umotywuje, uda skruchę. Mam świadomość tego, że bez leków nie mamy o czym rozmawiać i będzie trzeba spieprzać póki czas, póki się aż tak nie pogłębiło. Nawet mój synek, choć ma 7 lat mówi, że tata jest dziwny…, nie umie tego nazwać…i uwierz – nawet za cenę utraty rodziny nie chce brać leków. Otóż w dniu wczorajszym powiedział: „ja chciałbym, żebyś zostawiłam mi M, ale wiem, że tego nie zrobisz, że będziesz ze mną wojować do upadłego, bo za dzieci wyłupiłabyś oczy i posunęłabyś się do wszystkiego”, odparłam mu, że ma 100% rację, że jeśli ma zamiar wariować to niech sobie wariuje – „strzyka mnie to”, ale nigdy nie pozwolę, aby moje dzieci miały miejsce pobytu przy nim – schizofreniku, który się nie leczy. Zapytałam go, który sąd da mu dzieci? Spasował, powiedział: ok, weźmiesz dzieci i oddam Ci samochód – na alimenty się nie zgadza, a ja ze swojej wypłaty nie utrzymam się z dziećmi, nawet nie ma takiej opcji. Powiedziałam: „to czeka Cię sprawa w sądzie”. Myślę A, że już dawno udałoby mi się przekonać go do leczenie, gdyby nie ta jego „schizofreniczna” matka. Kobieta nad wyraz egoistyczna i prymitywna, zimna – totalnie wyprana z uczuć. Wiem jednak, że na pewne rzeczy w życiu nie mam wpływu -  i wiesz co A? Ja się w końcu tego nauczyłam, dotarło do mnie, że nie można uszczęśliwiać albo zmieniać kogoś na siłę. Nauczyłam się z tym godzić, co nie znaczy, że położyłam kolokwialnie mówiąc „lachę” na swoim mężu. Nie warto jest walczyć z całym światem. Chęć i motywacja musi wypływać z człowieka, bo para w gwizdek tym, co sądzą inaczej. Jak czytam maile od Ciebie to tak, jakbym czytała o swoim życiu, różniącym się pewnie pod wieloma względami, ale z drugiej strony jakże podobnym…Te sprzeczne emocje, które we mnie siedzą: żal, złość do niego, ale też smutek – ten ostatni przebija wszystko. Najgorsze jest to, że mam poczucie winy, że nie dałam swoim dzieciom „normalnej” rodziny, „normalnego” domu…takiego, który ja miałam w dzieciństwie. Na siłę muszę utrzymywać „normalność” i tworzyć ją dzieciom, bez przerwy je czymś zajmować, aby jak najmniej zauważyły. Mój mąż również jest nauczycielem w-fu, pasjonatem piłki siatkowej, trenerem, który miał duże sukcesy i dobrą opinię…,szkoda tylko, że nie ma w sobie odrobinę krytycyzmu i skruchy, pokory…Nic…za to rewelacyjnie wszystko tłumaczy, wymiguje się. Ciekawe co musi się stać, żeby pojął, że jest chory. Czekam aż rypnie coś w pracy, bo długo tak nie wytrzyma, aż się na kogoś rzuci, albo zacznie wygadywać głupoty…Póki co żyję z dnia na dzień, cały czas poświęcam dzieciom, a jego chorobę staram się zepchnąć na boczne tory. Nie mogę pozwolić, aby zdominowała moje życie, kosztem dzieci…Jeśli nie podejmie leczenia i nie zrozumie, to nasze małżeństwo jest tylko kwestią czasu…posypie się. Kiedyś był naprawdę dziarskim gościem, z jajem, facetem do którego się lgnęło, który mówił zawsze „weź wyluzuj, będzie dobrze”…dziś nie zostało już nic. Widzę człowieka w zaawansowanym stanie chorobowym, który żyje urojeniami w swojej głowie, który boi się psychiatrów, który kłamie i mataczy, któremu nie ufam tyle co „brudu za paznokciem”, człowieka, którego muszę kontrolować, z którym nie zostawiam dzieci…ba kota nawet z nim nie zostawiam. Maile od Ciebie czytam zawsze po kilka razy…czytam i widzę tak podobną historię: ten list, te kontakty, te nachodzenie w szkole ( u nas było tak, że nauczycielka synka o wszystkim wiedziała, pilnowała go na przerwach, dzwoniła co kilka godzin ), lekarz rodzinny też wiedział, bo mu powiedziałam – wystawiał mi zwolnienia na dziecko, kiedy ten odgrażał się porwaniem. Do tego te listy – u mnie były pocztówki. Ja pokazałam ją synowi. Nie przeczytałam tylko jednego zdania „mama nie pozwala nam być razem”…ach Boże … jakie to podobne. U mnie tylko jeszcze nie dostaje takiej „szajby”, ale to pewnie kwestia czasu i rozwoju choroby…cóż…kto Ci powiedział, że można się przyzwyczajać? …mam 31 lat i ile jeszcze przede mną? :(

Moja odpowiedź:

Hmm, K , wszystkie „poważne” rozmowy, które przeprowadzamy z osobami chorymi psychicznie mogą wzmóc w nich objawy psychotyczne. Oni nie przyjmują do wiadomości niczego oprócz swoich własnych urojeń. Nie dyskutuj z nim. Nic to nie zmieni a może jedynie zaszkodzić Tobie.
Co do alimentów na dziecko to przyzna je każdy sąd bez względu na to czy on sobie tego życzy, czy nie. Składaj więc pozew a alimenty i niczym się nie przejmuj. Z czegoś musisz utrzymać dzieci a on pracuje. Nawet jak będziecie w jednym domu a on nie będzie chciał łożyć na dzieci, to alimenty to rozwiążą. Będzie musiał je płacić.
Zadbaj o siebie i dzieci, bo nikt tego za Ciebie nie zrobi.
Wszystko dokumentuj. Wszelkie jego złe zachowania. Pisałaś, że masz gaz pieprzowy. Ja też miałam. Nie zdążyłam go użyć. Byłam pobita i spsikana gazem pieprzowym, z oparzeniami po nim. Chciałam się obronić a gaz został użyty przeciwko mnie. Każdą sytuację przemocową zgłaszaj na policji i u lekarza. Mów o tym. Odważ się. Kiedy zamilkniesz nikt Ci nie uwierzy, że coś złego dzieje się w domu. Ja nie zgłaszałam pobić.Policja miała tylko jedną notatkę z zajścia, które miało miejsce dwa lata wcześniej. W sądzie odbyły się cztery rozprawy, trzy razy orzekali biegli o przymusowym umieszczeniu go w szpitalu i nic. Nie wystąpiłam jako oskarżyciel posiłkowy, więc nic nie mogłam, nawet nie miałam prawa wglądu w akta sprawy, że o ostatecznym werdykcie nie wspomną. Byłam pokrzywdzoną, czytaj sierotą, która tak naprawdę nic nie może, oprócz składania zeznań.
Jesteś młodą kobietą i jeżeli odejdziesz to dasz sobie radę. Ja sobie daje to i ty też sobie poradzisz. Jest 500+, składaj sprawę o alimenty i nie ustępuj. Jeżeli macie się bać a on będzie jedynie obiecywał leczenie, to nie ma najmniejszego sensu bycie razem. Romantyzm nie popłaca, zwłaszcza w tej chorobie.
Wiesz jak ja doprowadziłam swojego do lekarza. Powiedziałam, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Pojechaliśmy do szpitala. Mała, dwuletnia córka była z nami. Najpierw ja weszłam do doktor a jemu przykazałam pilnować dziecka – miałam pewność, że nie ucieknie i był ciekawy co powie pani doktor. Powiedziałam co się dzieje w domu pani doktor. Później ona poprosiła jego do gabinetu. Nie chciał wchodzić, wtedy doktor sama zagaiła rozmowę, mówiąc że martwi się o mnie i chciałaby posłuchać, co on ma do
powiedzenia. I wszedł. Siedzieli długo. Po ok 45 min pani doktor wyszła do mnie i zaprosiła do gabinetu i tam usłyszałam diagnozę – schizofrenia paranoidalna. Podeszłam go sposobem a bałam się jak cholera. Ludzie chorzy na schizofrenię w innych upatrują choroby – wykorzystaj to. Będziesz miała diagnozę i będziesz wiedzieć na czym stoisz. Jeżeli lekarz zaproponuje hospitalizację zgódź się. On w szpitalu będzie miał lepszą opieką niż w domu a Ty będziesz miała czas na spokojnie o wszystkim
pomyśleć.

15:53

A , ja wykorzystałam już twoją metodę. Zrobiłam to samo. Wtedy właśnie wzięłam zaświadczenie o przymusowym leczeniu przez sąd…on już na to nie pójdzie drugi raz. Rozmawiałam z kobietą, która prowadziła mu konsultacje psychologiczne – dziś pierwszy raz. Odważyłam się i zadzwoniłam do niej. Opowiedziałam jej o wszystkim…z rozmowy wynikło jednoznacznie, że ta Pani również stwierdziła chorobę, w trakcie konsultacji proponowała leki. On jednak na to nie poszedł. Zalecała, abym nie dyskutowała z nim, nie zaprzeczała tym jego urojeniom…i tak też robię. On do szpitala nie położy się w życiu – nawet nie ma o czym mówić. Nie wiem co musiałoby się stać, gdyby to ode mnie zależało nie zawahałabym się ani chwili – uwierz mi. Wepchnęłabym go tam od razu. Widzisz…problem jest w tym, że on nic nie przyjmuje do wiadomości i na nic się nie godzi…jest przebiegły – ale chory i to powinnam wykorzystać. Masz rację – on uważa, że to ja jestem chora. Muszę go jakoś podejść, żeby pojechał do Warszawy, do kliniki do której jeździł. Ta psycholog powiedziała mi, że tam jest jej cała dokumentacja, że ona to wszystko pisała. Kazała „wyczaić” mi moment kiedy będzie miał „przebłysk”, umawiać wizytę i nie czekać…chyba, że po raz kolejny zrobię to samo ale w innej odsłonie. Powiem, że sytuacja mnie przerasta, że mamy problem małżeński, że sama chce skorzystać i czy mnie tam zawiezie…coś wydumam :). Będę coś kombinować. Póki piłka w grze wszystko jest możliwe, oby ku lepszemu. Jak się nie uda, to się pożegnamy – bo i taki finał przewiduję. Spróbuję jeszcze otwartą rozmowę…wyciszę go i zacznę temat. Jeśli się uda to dobrze, jeśli nie to on sfiksuje na maxa.

Ja:

Czytam Twoje listy jeszcze raz. Wiem, jakie to piekło i wiem, że czujesz,że cały Twój świat się skończył. A teraz będę adwokatem diabła. Postaw się w jego sytuacji. On WIE, że mu ktoś zagraża. W pracy się dziwnie patrzą i szepczą po kątach, ktoś pisze donosy na niego, dyrektor pewnie chce go wywalić z pracy i jeszcze żona zaczęła mu wmawiać chorobę i straszyć odejściem. No i co??? Jak się czujesz??? Teraz tak czuje się on. Jak zwierzątko w potrzasku. Skoro nie jest agresywny, to zostaw to.
Próbowałaś wszystkiego. Bez skutku. Nie uzdrawiaj go na siłę. Niech psychoza się rozwinie… Pozwól, żeby zabrali go w kaftanie…
Wiesz dlaczego to piszę???
Kiedy przyprowadziłam swojego na pierwszą wizytę, po tygodniu „jazdy” , tygodniu w którym byłam bita, gwałcona, zamykana… Trudno to nawet opisywać… Bawił się mną jak kot myszą. Wypuszczał do pracy a kiedy wracałam czekał na schodach z nożem i pytaniem „z kim się kurwiłaś”. Jego matka przychodziła do nas do domu i nic nie wiedziała. On z nią normalnie rozmawiał. Pilnowała wtedy nasze dzieci. Wstydziłam się jej powiedzieć co się dzieje. Powiedziałam tylko, że on dziwnie się zachowuje na co
ona powiedziała, żebym z jego syna nie robiła głupiego, przecież z nią rozmawia normalnie. Moi rodzice już nie żyli. Kiedy, któregoś dnia zaczął wszystko rozwalać i niszczyć w domu, zadzwoniłam do znajomych. Przyjechali, ale kiedy zaczęli wchodzić na podwórze on ich wygonił, klnąc przy tym i strasząc ich kołkiem. Kiedy przyszedł do mojej pracy stanęłam za jego plecami i do dyrektora bezgłośnie zaczęłam mówić,poruszając tylko ustami: Pomocy. Wezwano pogotowie. Zawieźli nas do szpitala a tam
okazało się, że nie ma psychiatry i że będzie dopiero w piątek. Psychiatra nalegała na hospitalizacje a ja wspaniałomyślnie powiedziałam, że się nim zajmę. Pamiętam jak po przyjeździe do domu, stanęłam w lesie i zaczęłam krzyczeć do nieba, do tego w górze, że nic nie robi, jest Bogiem, a ja muszę tak cierpieć. Zostałam sama z tym wszystkim. teściowa tego samego dnia przyszła do mnie, bo dowiedziała się, że zawiozłam go do psychiatry. Zrobiła mi awanturę, wyzwała i obraziła się już do końca
mojego u nich pobytu, czyli na kolejnych 12 lat. Zostałam sama z dwójką, wróć, z trójką dzieci. Moim dzieciakom musiałam załatwić przedszkole, bo przecież musiałam pracować, musiałam utrzymać rodzinę. Byłam rozdarta. Odejść – czy dam sobie radę sama??? Dwoje dzieci, wynajęcie mieszkania, marna pensja, zawód katechetki (co ludzie powiedzą, co ksiądz na to powie???). Zostałam. Pocieszałam się, że on nie jest zły, że on gdyby był zdrowy, to by tego nie zrobił, że to choroba. Kiedy odstawiał leki
ja już wiedziałam, co będzie dalej. I takie sytuacje powtarzały się trzy razy. Trzy razy, kiedy myślałam, że to moje ostatnie dni. Znikąd pomocy. Ogromny wstyd, że nie daję sobie rady a powinnam. Wszystko eskalowało. Z każdym epizodem było coraz gorzej. On we mnie widział najgorszego wroga, który truje go lekami. Nastawiał przeciwko mnie swoją rodzinę. A ja wciąż trwałam. Zaliczyłam depresję i próbę samobójczą, bo wydawało mi się, że za mało robię, nie tak jak trzeba, W sobie widziałam winę,
nie w nim. Próbowałam go uzdrowić, uleczyć, wyprostować a to jest tak, jakbyś do sparaliżowanego powiedziała „wstań i chodź”. Był tylko jeden taki przypadek – w Ewangelii – nikt później nie powtórzył tego ponownie ;-)
Jestem dzieckiem DDA – dopiero na terapii dowiedziałam się jaki był motyw, podświadomy, mojego postępowania.
Dwanaście lat temu miałam 32 lata… Przez moją wiarę w „uzdrowienie” męża ledwie wyszłam z życiem z tego małżeństwa.
Niedawno, kiedy pisałam pozew rozwodowy radca prawny powiedział „miała pani ciężkie życie, ale nie napisała pani, że on jest winny”. Będę się ubiegać o rozwód z orzekaniem o winie. Chciałam bez orzekania, ale prawnik powiedział, że to nie jest dobre wyjście. Wciąż go chronię i mam poczucie winy. Może dlatego tak długo chodzę na terapię. Mam niskie poczucie własnej wartości…
Ktoś mi kiedyś powiedział „Niech pani będzie suką, niech pani walczy o siebie”. Walczę. I wiem, że ten ktoś miał rację. czasami trzeba być suką, żeby być szczęśliwą. Moja godność i bezpieczeństwo są najwyższymi priorytetami. Wyszłam z tego poobijana, ale żywa.  I wiem, że było warto uciec. Mogłam to zrobić 12 lat temu, zamiast się oszukiwać, że dam radę.  Oszczędziłabym sobie depresji
Tak było u mnie. Mój osobisty Afganistan
Wciąż leczę depresję. Zaliczyłam szybsze klimakterium. Mam nerwicę wegetatywną. Ale, od pół roku mam bezpieczne mieszkanie.  Uczę się żyć na nowo i czerpać radość z bezpiecznego i spokojnego życia.Jestem sama z dziećmi. Moje dzieciaki są nareszcie szczęśliwe i spokojne. Wychodzę na prostą. Nie wiem, ja by to wyglądało, gdybym odeszła 12 lat temu. nie wiem…

Tak było u mnie
Nie musi być tak u Ciebie
Napisałam Ci na początku „ćwiczenie”, którego ja nie byłam w stanie przejść. Nie rozumiem chorych na schizofrenię. Boję się ich – teraz wiesz dlaczego. Mam żal do naszego systemu, że chorzy mają więcej praw a rodziny są traktowane po macoszemu. Rodziny mają związane ręce, w przypadku, kiedy chory nie chce się leczyć. Zostawisz,boisz się, że sam nie da sobie rady. Zostaniesz, boisz się, że zrobi ci krzywdę. Życie w permanentnym strachu
Pomyśl o sobie Karolino. Nie o nim, o sobie!

Niedziela, 09:33. Nie ma przypadków

- Niezły film wczoraj widziałam…

- A momenty były?

 

 

Pamiętam te skecze z trójki

A wczoraj obejrzałam piękny film

Na okładce napisali „Prawdziwy wyciskacz łez. Nie możecie przegapić!”.
Kupiłam razem z gazetą.
A kupiłam z powodu głównego aktora Russella Crowe. Mam słabość do tego aktora z powodu „Pięknego umysłu” i „Gladiatora”.

Film niezbyt ciekawie się zaczynał. Kłótnia małżeńska w jadącym samochodzie. Na tylnym siedzeniu kilkuletnia dziewczynka. Z bocznej drogi wyjeżdża inny pojazd. Samochód wpada w poślizg… Wypadek. Ginie żona, mąż jest mocno poturbowany a mała wychodzi bez szwanku, nawet bez siniaka i zaczyna się prawdziwa narracja…
Film powolutku zaczyna wciągać w swoją historię. Jest mocno psychologiczny. Crowe nie zawodzi widza. Kreuje postać ojca, który jest obecny przy córce. Obecny na dobre i złe.
Jest pisarzem. Po śmierci żony nie może się pozbierać. Dodatkowo siostra żony obwinia go o spowodowanie wypadku i walczy o dziewczynkę.

Oglądając pomyślałam sobie, że nastąpił dziwny zbieg wypadków. Jestem w terapii a ten film jest mocno psychologiczny. Moja podświadomość wybrała taki obraz.
W filmie nie tylko Crowe nieźle gra. Aktorki odgrywające rolę Katie są znakomite. Mała Kylie Rogers a później dorosła, Amanda Seyfried są niezrównane.

Jake Davis (Crowe) mistrzowsko pokazuje postać pisarza, który robi wszystko, żeby być z córką. Po wypadku wpada w depresję. Jest rok w szpitalu psychiatrycznym. Po powrocie nie może sprostać swoim obowiązkom. Nie udaje mu się napisać kolejnej dobrej powieści, za to jest wspaniałym ojcem. Nie ze wszystkimi obowiązkami sobie radzi, ale mała jest otoczona miłością.

Film miesza czasem. Sceny z dzieciństwa małej są pomieszane z wydarzeniami w jej dorosłym życiu.

Katie jako dorosła kobieta jest psychologiem i pomaga dzieciom z traumatycznymi przeżyciami. Szablon… Nie mogła pomóc sobie, więc chce pomagać innym dzieciom. Nie potrafi poradzić sobie w dorosłym świecie. Jest mocno zaburzona. Po pracy, wieczory spędza w barach pijąc a później uprawiając seks z przygodnie spotkanymi mężczyznami. Niszczy samą siebie. Nie umie zbudować trwałej relacji z mężczyzną. A kiedy spotka tego jedynego, natura bierze górę i  szuka rozładowania nagromadzonych emocji z obcym mężczyzną.
Nie ma przy niej ojca i dopiero pod koniec filmu dowidziałam się dlaczego.

Ojcu udaje się napisać następny bestseller, ale nagrodę dostaje dopiero po śmierci. Piszę książkę pod tytułem „Ojcowie i córki” i za nią dostaje nagrodę.

Tytuł filmu też brzmi „Ojcowie i córki”. Rozryczałam się na koniec. Film rozkręca emocje. Eskaluje je. Od tandetnego początku aż do mega trudnego końca.

Oglądając myślałam o terapii.

Myślałam o terapeutach. Oglądane „Bez tajemnic” a teraz „Ojcowie i córki” i postacie terapeutów – ludzi, którzy w normalnym życiu nie potrafią sobie poradzić ze swoimi życiowymi wydarzeniami, pomagają poukładać życie innym. To jak oksymoron…
Andrzej, którego małżeństwo się rozpada przyjmuje na terapię małżeństwa. Katie, której dzieciństwo pomimo kochającego ojca, było pełne tęsknoty za matką, pomaga dzieciom, które tracą rodziców w wypadku (prowadzi dziewczynkę, która po traumatycznych, rodzinnych wydarzeniach przestała mówić)…
Jak to jest???
Ja na swoim drugim blogu odżegnuje się od pomagania innym. Mówię, że nie powinnam, nie mam do tego prawa a przecież mogłabym. Osobom, które proszą odpisuję, że nie mam do tego prawa a tu terapeuci, którzy nie potrafią zapanować nad swoim życiem prowadzą życie innych.
Napisałam kiedyś, że moja pomoc byłaby taka jak w powiedzeniu „wiódł ślepy kulawego” a przecież terapeuci też nie są idealni, ze wzorcowym życiem. Aż boję się pomyśleć co „za koszulą” ma mój terapeuta :-(

Jak to jest z tą naszą podświadomością??? Z wyborami jakich dokonujemy???? Niby mówimy, ze nic od nas nie zależy, ale jak się dobrze zastanowimy i zaczniemy analizować, to tak naprawdę wszystko zależy od naszych wyborów!!! Od nas samych!!!

Okładka filmu taka niepozorna. Przyciągnął mnie główny aktor… a film tak trafił w moja teraźniejszą sytuacje. Ukryta socjotechnika. Niezamierzona przeze mnie… Nie ma przypadków…

Wykańczająca wizyta, czwartek

Byłam u krewnej

Kiedyś bardziej się z nią rozumiałam

Ona jest bardzo uduchowiona

Wszystko tłumaczy ingerencją Boga

Ma brata, który jest alkoholikiem

Rozbroiła mnie słowami o walce z jego uzależnieniem – MODLĄ SIĘ

Zapytałam, czy myśleli o terapii.

- Jeżeli Bóg będzie chciał, aby on zaczął terapię, wtedy pokieruje jego krokami.

O święta naiwności.

On nie pójdzie na terapię, on sobie sam poradzi z uzależnieniem.

Trzeba się modlić… I patrzeć jak cierpi rodzina, jak się rozpada, jak dzieci uczą się zachowań od ojca i matki i będą powielać zachowanie rodziców w dorosłym życiu. Pogadałyśmy trochę o terapii i o jej niechęci do takich metod leczenia. Wszystko w rękach Boga a ich ręce? Wolne od odpowiedzialności i otwarte na krzywdzenie dzieci. A później się ludzie dziwią i przypisują to jakimś klątwom, dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. To nie klątwa, to wyuczona bezradność i niechęć do zmian. Bo tak przyjemnie w swojskim piekiełku.

Poczułam między nami jakieś napięcie, jakąś niechęć. Na moje słowa ona miała gotową odpowiedź – oczywiście lepszą. Moje słowa i jej kontra. Ona wie lepiej, ona bardziej zna się na Bogu a ja w jej oczach i odczuciu bluźnię, bo powinnam być bardziej nawiedzona (w domyśle bogobojna).

Rozmawiałam z nią, ale po zdaniu relacji z okresu w którym się nie widziałyśmy poczułam jakieś napięcie. Może to moje odczucie. Może…

Może ja się wypalam, rezygnuję z jakichś ideałów, znajduję inne wyjście. Dziwne – czyżbym czuła się winna, że myślę inaczej niż ona? Był zgrzyt…

Zaprosiłam ją do siebie.

Powiedziała, że odwiedzi na pewno.

Chyba byłam zazdrosna o jej wyrozumiałego męża, który wytrzymuje każde jej humory, pomysły i zachcianki. Ona się śmieje, że go wychowała. Gdyby on nie chciał dać się „wychować” ona nic by nie zrobiła. Otacza ją opieką jak małą dziewczynkę. Tak, chyba jestem zazdrosna…

To nie była dobra wizyta. Wampirza wizyta, która wyssała ze mnie dobrą energię.

Do zapłacenia 1000 zł za 3 semestr studiów a miałam nadzieję przez chwilę, że studia mam opłacone a tu nic z tego. Postaram się coś zrobić ze swoją niechęcią do ukończenia studiów. szkoda zmarnować tych 2 tyś, które zostały wpłacone.

Odkurzacz wyzionął ducha. Dzielnie pracował przez ponad dwa lata w bloku „wdychając” kurz i pył z betonowej podłogi a teraz się wykończył. Kolejny wydatek, tym razem nie planowany.

Wracając do rozmowy z krewną – lepsza będzie taktyka słuchania i przytakiwania, niż mówienia własnego zdania. Nic to nie da a może tylko zaognić sytuację. Dlaczego wcześniej tego nie widziałam?

Pierwszy dzień grudnia – wtorek

Grube, mokre płatki płatki spadają na szare chodniki.

Śnieg

Śnieg

Śnieg

*******************

Szkolenie skończone.

Hahahahahaha Byłam wyrywana! W sensie i po staropolsku byłam podrywana przez pewnego pana. Najpierw zagadał o możliwości wypoczynku w jego gospodarstwie agroturystycznym w malowniczych okolicznościach mazurskiej przyrody, gdzie np. można uskutecznić spływy kajakowe. Zagadywał, chwalił moją urodę (podobno arystokratyczną – na co ja odparowałam, że mam ją po mamie). Zachwycał się moją powagą, mądrym wyrazem twarzy ( a jaki ma być? – ten mój wyraz twarzy). Rwał mnie? Cy cóś? Miał ochotę zostać ze mną na kawę, ale niestety ja się bardzo spieszyłam, więc wpadł na pomysł „przeprowadzenia” go przez miasto samochodem, bo on nie wiedział, czy trafi przez moją miejscowość. Moją metropolię, czyli dwa duże skrzyżowania i dwa ronda. Szał, ale Ok. Poprowadziłam a później pomrugałam awaryjnymi, dałam kierunek w prawo, zawróciłam i pojechałam do domu. Ergo sum – nie jest ze mną tak tragicznie – czyli podobam się facetom. Wiem, że się podobam i wiem jakich przyciągam, więc sorry, ale nic z tego nie będzie.

Kabina prysznicowa kupiona. Półokrągła, z głębokim brodzikiem, 80-tka. Do tego deszczownica, syfon. Znajomy załatwił transport. Kupiłam też żyrandol do pokoju dzieci. Jestem lżejsza o 1000 zł.

Byłam w Domu i tam p. W. sprzedał mi najświeższego newsa – zaczęli gadać, że za dużo mi pomaga, za dużo robi, za dużo marnuje czasu siedząc w mieszkaniu i naprawiając, to co zniszczył wcześniejszy lokator. Ergo sum – albo dostaje za to sporo kasy, albo jestem jego kochanką. Ludzie są wredni, zazdrośni, i wszędzie węszą spisek. Pośmiałam się z panem W.  I jeszcze dowiedziałam się, że mam duuuużo pieniędzy i powinnam sama wszystko zrobić a nie liczyć na pracodawcę. Takie same słowa usłyszałam od teściowej – że uciekłam do miasta, bo chciałam wygodnie żyć i nie pracować. Mówiła, że odłożyłam dużo pieniędzy, bo jej synek jest taki biedny a teraz będę wygodnie żyć. Qrwa a ja liczę każdy grosz, wybieram to co kosztuje najmniej, przeliczam, kalkuluje, porównuje, proszę o obniżenie ceny albo rezygnuję, jeżeli coś za dużo kosztuję. Wredne kreatury. Niech mnie pocałują w dupę!! Albo nie, bo na taką nagrodę nie zasługują. Żal im dupę ściska. Niech się przyjrzą sobie!