Niedziela, 21:48

Spokojna niedziela

Tradycyjnie wizyta w kościele. Oczywiście bez dzieciaków. Proponuję, ale nie naciskam. Nie chcę ich zmuszać do czegoś, do czego mam sama wiele wątpliwości. Nie chodzi o wiarę w Boga. Z Niego nie zrezygnuję, ale kiedy widzę jak ludzie wykorzystują wiarę do manipulowania innymi … Brak mi słów…

Terapia uwalnia mnie od myślenia magicznego

Teraz wiem, że wszystko zależało i zależy od moich wyborów

I dziwne, ale nie czuję z tego powodu lęku

Dobrze czuć się wolną

Zastanawiałam się dzisiaj dlaczego B w trudnych momentach mówi o zmianie terapeuty, dlaczego wyjeżdża z tekstami religijnymi, podkreśla swoją „inność”, mówi z ironią i sarkazmem. Coraz bardziej mnie to wkurza… Zapytam go o to w środę.

Popołudnie u znajomego. Żywe Srebro znów dokazywał. Wygadany i roześmiany. Mieliśmy zaproszenie na wczoraj.  Pojechaliśmy dziś.

Dobrze mi się u nich siedzi. Nie dopytują o przeszłość, nie prowadzą wywiadów, nie patrzą dwuznacznie. Luz. Totalny luz.

Wczoraj nazbierałam jagód i upiekłam pyszne ślimaki drożdżowe z jagodami

Dlatego nie pojechałam do znajomego na ognisko

Za często te spotkania

Jeszcze nie jestem gotowa na relacje z ludźmi

Najpierw muszę odpocząć

Oswoić się z normalnością

Nacieszyć się wolnością

Pooddychać

Kocham tę wolność

I samotność, która nie jest samotnością

Dobrze jest mieć siebie i być siebie pewnym

Niedziela, 8:05

Deszczowo

Pada mżawka

Późno wczoraj wróciłam

Na jednym z wykładów mówiliśmy o relatywizmie moralnym (nie mylić z nihilizmem). Relatywizm moralny opiera się na refleksji i dialogu, czyli mam określone poglądy, za którymi obstaję, ale też słucham zdania innych i po wysłuchaniu ich racjonalnych argumentów mogę do swojego rozumowania wprowadzić pewne zmiany. Relatywista mówi: „Ja nie wierzę, że to jest słuszne, ale mogę cię wysłuchać; możemy podyskutować i wyłonić z tego jakiś konsensus”. Jestem w takim razie relatywistką moralną. 

Napisałam na drugim blogu o swoim sprzeciwie dotyczącym aborcji. Czekam na komentarze. Tam więcej ludzi czyta moje wpisy. Ciekawa jestem, jaki będzie odzew.  Ciekawe doświadczenie być w kontrze do powszechnej opinii i przeciwko rozkrzyczanym feministkom. Owszem mamy prawo do WŁASNEGO ciała, ale do ciała, które może znaleźć się w nas, już nie. To jest drugie, „obce” ciało, ciało innej osoby.
Myślałam nad tym. Myślałam o fakcie ciąży pozamacicznej, kiedy zapłodniona komórka jajowa zamiast wylądować w sprzyjającym środowisku macicy utyka w jajowodzie i tam się rozwija. Obumiera, bo to nie jest środowisko dla niej. Obumarłe, martwe tkanki zagrażają matce i wtedy jest potrzebna ingerencja lekarska. Zabieg jest wskazany, aby ratować życie matki.

Koleżanka urodziła dziecko z porażeniem mózgowym. Dziecko żyło długo. Wegetowało. Ona bardzo je kochała. Opiekowała się nim. Był jej ukochanym Dominikiem. Zapytałam, czy usunęłaby ciąże, gdyby wiedziała o chorobie syna. Popatrzyła na mnie jak na idiotkę i powiedziała:
- Dominika?! Nigdy. Chcę, aby był z nami jak najdłużej!
Opieka była trudna i na 24 godziny. Miała jeszcze dwoje zdrowych dzieci. Dominik był ich beniaminkiem. Mąż, gdzieś na uboczu i z wiecznymi pretensjami, nie pomagał.
Dominik zmarł w swoje 13 urodziny. Dla niej to była ogromna tragedia. Zmarł jej ukochany synek…
Następna koleżanka wiedziała, że urodzi dziecko z rozszczepem kręgosłupa. Lekarz proponował aborcję (jeszcze wtedy była legalna). Ne zgodziła się. Urodziła. Jechała do szpitala z mężem na badania dziecka. Mieli wypadek. Mąż zginął, dziecko nie mało nawet siniaka. Została sama z dwójką dzieci. Nigdy nie dała nawet odczuć komukolwiek, że żałuje swojej decyzji o uniknięciu aborcji. „Troskliwi” mówili, że z jednym dzieckiem ułożyłaby sobie życie na nowo. Wyszłaby za mąż, a tak… Kto ją będzie chciał z dwójką i jeszcze z takim dzieckiem?! Ludzie są okrutni i bezmyślni w swoich sądach. Ona jest szczęśliwa. Starsza córka ma już swoją rodzinę a ona jest ze swoją UKOCHANĄ CÓRECZKĄ, bardzo mądrą dziewczyną. Bez niej byłaby wolna, ale jej nie chodziło o TAKĄ WOLNOŚĆ.
Inna znajoma, ofiara gwałtu, zaszła w ciążę. Postanowiła, że nie urodzi. Sama, domowymi sposobami, pozbyła się dziecka. Mogła iść do lekarza, wtedy aborcja była dozwolona, nie poszła. Próbowała się otruć. Leczy się psychiatrycznie. Nawracające depresje. Nie wyszła za mąż. Nie ma dzieci. Żyje z ogromnym poczuciem winy, że zabiła. Czuje się bezwartościowa… Drastyczny przykład, wiem.
Moja matka… Jedna aborcja i jedno usiłowanie… Żyła z ogromnym poczuciem winy. Zmarła na raka w przeświadczeniu, że to kara od Boga za to, co zrobiła.
Koleżanka urodziła dziecko z zespołem Downa. Była załamana. Długo nie mogła dojść do siebie. Na pytanie o ewentualną aborcję długo patrzyła na mnie bez słów, zanim wykrztusiła: „Co ty mówisz? Ona jest takim kochanym dzieckiem. Będziemy z mężem uważać, żeby teraz nie zajść w ciążę.” „Uważali” długo. Dopiero po 10 latach pojawiło się następne – zdrowa dziewczynka. Obie kochają tak samo mocno i z obu są bardzo dumni.

  Ja nie mam „dobrych” przykładów wokół siebie. Ne znam szczęśliwych kobiet, które z duma obnoszą się z tym, że dokonały aborcji a te które nie dokonały aborcji, bo zbyt kochały to maleńkie żyjątko w sobie, nie złoszczą się na chore dziecko i nie mają wyrzutów sumienia, że nie zabiły, chociaż lekarz proponował i wiedziały o chorobie dziecka.

Nie rozumiem tych wielkich zapędów do wolności osobistej za cenę życia bezbronnych.

Przypomina mi się książka Ericha Fromma „Ucieczka od wolności” i sytuacja człowieka, który zamiast dążyć do prawdziwej wolności, ucieka od niej, bo ważniejsza jest jego pozycja w grupie i identyfikowanie się ze zdaniem/poglądami przywódcy. Jesteśmy zwierzęciami społecznymi i wielu bez „stada” ginie. Konformizm ponad wszystko?
Jestem w tej zakrzyczanej mniejszości, która chce chronić życie maleńkiej istoty ludzkiej rozwijającej się w macicy.

Przeraża mnie ta agresja, to krzyczenie „wara od mojej macicy!”. Moja macica nie czuje się zagrożona. Wydała dwie cudowne istoty. Owszem, boję się, bo nie wiadomo (tak do końca), czy schizofrenia jest chorobą dziedziczoną i jaki los czeka moje skarby, ale gdyby ktoś zaproponował mi aborcję, zabiłabym… wzrokiem, tego kto wyszedłby z taką radą.

W tym temacie nie jestem feministką i dobrze się z tym czuję.

Walentynkowa niedziela

Minęła niedziela

Walentynkowa

Kolejne święto, którego nie czuję

Telefon padł

Wykasowane wszystkie kontakty

Czyżby on też zaczynał wszystko od nowa?

Czasami wydaje mi się, że przeszłości nie było

Patrzę na dzieci

Patrzę do lustra

Dzieci już duże

A ta pani w lustrze poważnieje

Ale jest piękna

Kocham swoje oczy, nad którymi unoszą się kształtne brwi

Kocham swoje ciało (od niedawna)

Z rozstępami po ciążach na brzuchu i udach

Podobają mi się moje kształtne i zgrabne nogi

Kocham swoje włosy, poprzeplatane srebrnymi niteczkami siwizny

Farbuję je

Kocham siebie nie tylko w walentynki

Kocham siebie od niedawna

A dzieci kocham od ich urodzenia

Kocham i szanuję

indeks

23 grudnia środa. Po wizycie

10.00

Kawa wypita. Internet przejrzany. Wizyta była.

Nie miałam siły zwlec się z łóżka. Mimo to wstałam o 7.30. Umyłam głowę. Zrobiłam lekki makijaż. Założyłam sukienkę, za ciasne buty i poszłam. Na dworze chłodno.

Nie chciało mi się iść. Od zmęczenia nawet nie myślę a on będzie się czepiał. Mówił o chęci kontrolowania. Fuck! Przychodnia pusta. Byliśmy tylko my. Usiadłam w fotelu i chętnie bym zasnęła. Uśmieszek na moich ustach i jego spojrzenie. Czekałam na pytania. Zaczęłam mówić o ogromnym zmęczeniu fizycznym, psychicznym, o pośpiechu, żeby zdążyć z przeprowadzką do końca grudnia. O tym, że drę mordę, kurwię wszystkich i wszystko i mam później wyrzuty sumienia, że próbuję ogarnąć i niewiele to daje. Zamiast zrozumienia jak zwykle jątrzył, zadawał trudne pytania, wkurwiał mnie, ale to już norma – od jakiegoś czasu. Niczego nie ułatwiał. Odwracał kota ogonem. Fuck, fuck, fuck. Jest chujowo. Jemu też tak powiedziałam. Nie chce mi się słuchać kolejnych buddyjskich przypowieści, nie chce mi się wracać myślami do czasu kiedy byłam mała i widziałam co się dzieje z rodzicami. Nic mi się, nie chce. Chce umrzeć. Odciąć sobie bolące i okrościałe ręce, zamknąć zaropiałe oczy i nie żyć, nie czuć, nie denerwować dzieci i wpędzać je w poczucie winy, że nie potrafią mi pomóc. Naskoczyłam wczoraj na Młodego, dostało się Maleńkiej. Nakręcam się wciąż od nowa.

Jadę dziś do DOMU. Mają obsadzać kabinę prysznicową. Kupiłam drzwi do łazienki, ale nie ma zawiasów. Drzwi leżą oparte o ścianę. Zamówiłam montera do mebli. Wczoraj polegliśmy z młodym na biurku. Oczywiście darłam mordę. Nienawidzę siebie takiej.

Ciężki czas przed świętami.

Miałam jechać na wigilię do siostry, ale chyba zostaniemy w domu.

Terapeuta powiedział, że wciąż oczekujemy czegoś dobrego, zamiast zobaczyć coś dobrego tu i teraz. Ja dodałam, że wciąż gonimy króliczka. I powiedział coś, co mnie zmroziło: może następnych świąt może nie być w takim składzie, może ich nie być w ogóle. Trzeba zrobić wszystko, żeby ten czas obecny był najlepszym czasem. Czasem pełnym miłości, uważności, otwartości, pozytywnych uczuć, bo jutra może nie być. Prawda, nie żyjemy wiecznie. Żaden dzień się nie powtórzy – dobry czy zły. Żaden!

Powiedział jeszcze coś, co mi się spodobało – zrobić kolację wigilijna w DOMU. To nic, że nie ma tam mebli. Można usiąść na podłodze, zamówić piccę i zjeść razem. Otworzyć prezenty. Posłuchać muzyki, poczuć bliskość i miłość. Razem, spokojnie z miłością. Ja i dzieciaki. Podoba mi się