Sobota, 20:14

Bardzo aktywny dzień i bardzo piękny…

Wiosenny

Z zapachem wiosny i ciepłem

Wybrałam się z córką do kina, na film o psie.

Film super. Obie w niektórych momentach miałyśmy mokre oczy. Obok mnie, po prawej stronie siedział mały chłopiec. Może siedmioletni. Wcinał chrupki, popijając colą. O dziwo, najpierw zapytał, czy nie będzie przeszkadzać a później poprosił mnie o odkręcenie coli.  Płakał razem z nami a pod koniec filmu tak się rozszlochał, że ukrył twarz w bluzę i zerkał w moją stronę. Chyba się wstydził. Kiedy zobaczył, że ja też mam łzy na policzkach, odsłonił twarz i delikatnie się uśmiechnął.

A oto streszczenie filmu „Był sobie pies”: „Po co żyjemy? Dokąd zmierzamy? I na czym polega szczęście? Może nikt tego nie wie na pewno, ale wielu ma na ten temat swoje teorie. A ci, którzy mieli kiedykolwiek bliski kontakt ze zwierzęciem, dadzą razem ze mną głowę, że niejeden pies, kot czy kura wydawały się przygniecione tymi samymi pytaniami. Przecież zwierzę to też człowiek! A zwłaszcza pies. (…) o historia czworonoga, który przechodząc kolejne reinkarnacje, zastanawia się nad sensem życia. Jego pierwszym wcieleniem jest rudy retriever przygarnięty przez kilkuletniego chłopca, który nadaje mu imię Bailey. Obaj są dla siebie najlepszymi przyjaciółmi – nierozłącznymi towarzyszami w zabawie, smutkach i poważnych decyzjach. Kiedy na Baileya przychodzi czas, łzom nie ma końca. Ale to nie koniec jego drogi. Już za chwilę odradza się jako owczarek niemiecki płci żeńskiej – tym razem towarzyszy policjantowi skrywającemu bolesną tajemnicę. Ten epizod nie trwa jednak długo. Następnie Bailey budzi się w ciałku rozbrajającego corgiego i staje się ulubieńcem pewnej sympatycznej pani. Psi żywot to jednak krótka chwila. Pstryk! I Bailey rozpoczyna kolejną podróż. Historia zatoczy wreszcie koło i już wszystko (uwaga, spojler!) będzie dobrze. ”

 

W pamięci wciąż brzmią słowa ze środy. O tym, że nigdzie nie czuję „swojego miejsca”. Nie czułam. Teraz jestem u siebie.
Będąc dzieckiem nie czułam się „w domu”. Wciąż obca. Będąc w domu męża, też nie czułam się u siebie. Obca. Mielę te słowa, ale nie po to, żeby się nimi umartwiać, ale żeby wyciągnąć z nich jakąś sensowną wiadomość dla siebie. Analizuję…

Wieczorkiem poszłam na plac z urządzeniami do ćwiczeń. Siłownia pod chmurką. Poćwiczyłam i pobiegałam. Chociaż tyle. Nie miałam dziś czasu na kije.

Sobota, 15:47

Niedawno wróciłam do domu

Pusto

Dzieciaki „po świecie” – syn u kolegów a mała u koleżanek

Pusto

Telewizor nie działa. Kłopot z podłączeniem anteny – zanika obraz. Nie chcę mi się wchodzić na dach i ustawiać.

Z Małą pojechałyśmy na zakupy „ciuchowe”. Już wybiera sama dla siebie. Ja już nie jestem na topie. Wybrała sobie kilka rzeczy.

Pusto

Tak będzie wyglądało moje życie, kiedy oni pójdą z domu

Po środzie długo dochodziłam do siebie. Dopiero w piątek udało mi się uspokoić nerwy.

Zabieram się za sprzątanie

Na ławie czeka do robienia sweter. Znajoma już wysłała kilka sms-ów, jak tam postępy… A postępy marne…

Deszczowe popołudnie…

W parapet przy oknie uderza deszcz, oczywiście na zewnątrz

Brrr

Czwartek, 12:07

Mija

Mija ta cholerna deprecha a przynajmniej poczucie bezsensu.

Za oknem piękna, słoneczna pogoda i klon ubrany w złote liście.

Przepięknie

Zrobię zdjęcie

Takich dni bardzo mi potrzeba. Słonecznych i kolorowych.

Wczoraj głowa wypełniona była emocjami po terapii. Niewiele z niej (terapii) pamiętałam. Moje skurczenie na fotelu i mieszanina uczuć.

Ciekawe jak pamięta to terapeuta.

Yalom spisywał swoje spostrzeżenia po terapii. Ciekawe czy B też robi takie notatki? Chciałabym je kiedyś przeczytać i zobaczyć drugą stronę medalu. To, jak on to wszystko widzi? W gabinecie jestem sama, mimo, że on siedzi z boku. Ciekawe co wtedy myśli. Może:
- Kurde, ale pieprzy… Ciekawe co tam na obiad??? Kurde, jak mi się chce palić… Ile jeszcze do końca? – ukradkowe spojrzenie na zegarek – no, jeszcze trochę i następny… w mordę, jak wyjdzie zrobię sobie kawę, nie zdążyłem wypić w domu… No tak, ile jeszcze???
Oczywiście na zewnątrz nic nie widać. Noga na nogę. Rozparty w fotelu… Ocean spokoju. Kamienna twarz

Słucha

Pamięta o czym mówiłam wcześniej

Nie myli zdarzeń

Nie widzę, żeby prowadził jakieś notatki. Może po sesji je robi. Może…

Wczorajszy dzień to już przeszłość.

Jestem tu i teraz

Głęboki oddech

Moje spojrzenie za okno. A tam słońce i jarzębina zaglądająca do okna. Gałęzie bez liści ozdobione czerwonymi koralami.

Pięknie

Spokojnie

Złota Polska jesień…

Znów głęboki oddech

Jest dziś a dziś nie jest złe :-)

Dziś jest piękne

Dziś mija trzy lata terapii

***

22:37

Wieczór ze znajomą. Nie rozmawiałyśmy ze sobą 15 lat. 15 lat temu zwolniłam się z fabryki. Nie miałyśmy okazji się spotkać aż nagle spotkałam ją u fryzjera.
Od słowa do słowa i umówiłam się z nią na pogaduchy. Jej córki wydoroślały i założyły własne rodziny.
Ona wcale się nie zmieniła. Była z niej śmieszka i jest dalej.
To spotkanie było jak podróż w czasie.
Ona zadowolona ze swoich córek a ja z bagażem popieprzonego życia.
18 lat temu była na moim weselu.
Później coś tam słyszała. Aż w końcu usłyszała o zabójstwie. Słuchała tego co mówiłam i widać było, że ledwie to ogarnia, ledwie rozumie i budzi to w niej przerażenie.
Przestałam mówić.Na jej pytanie, jak ja to wytrzymałam, otwarcie powiedziałam, że chodzę na terapię. Że bez tego wsparcia pewnie bym nie dała sobie rady.

Wszystko jest do ogarnięcia. Potrzebne jest profesjonalne wsparcie i życie nabiera innego wymiaru i innego kształtu.

Dobrze, że do niej pojechałam. Zobaczyłam, że jestem twardą babą, która ze wszystkim sobie radzi. Gorzej, czy lepiej, ale sobie radzi.

A to z przymrużeniem oka

No, mam tę moc ;-) albo tłumacząc dosłownie „odpuszczam sobie”. Potrafię odpuścić różne rzeczy. Straty materialne nie są dla mnie końcem świata.

Hmmm, mam tę moc…

Czwartek, 08:56

Nowy, piękny dzień

Emocje w normie

Malutka robi obrazki do przedszkola. Misie sztuk cztery. Ma talent, więc dlaczego ma nie zarobić. Yogi i Puchatek już narysowany. Został jeszcze Kolargol i Uszatek.To ma dokończyć dziś. Na razie jeszcze śpi…

Wczoraj podczas malowania i mojej krytyki odparowała:
- Ty swoje rysunki miałaś nieproporcjonalne. Krótkie nóżki a krytykujesz mnie. Wstydziłam się za ciebie…
Też robiłam rysunki do przedszkola.
O kurde! No tak :-| Super, że odważyła się tak bezceremonialnie mnie skrytykować. Nie powiem, że było mi przyjemnie, ale ja nie odważyłabym się krytykować matki otwarcie. Ja zostałam wychowana na grzeczną dziewczynkę a właściwie nie wychowana – tego ode mnie oczekiwano… No tak wciąż wracam do tematów z terapii…
Wczoraj też usypiałam z myślą o B. Ciekawe co by na to powiedział, że poszłam z nim spać?! 8-O Grubo!!!!

Mała też spała ze mną. Oglądała jakiś pogięty horror. I została. Nie tylko ona, bo kot też. No sporo miałam osób w łóżku dzisiejszej nocy:  Mała, kot, terapeuta. Dobrze, że jest takie duże ;-)

Usypiając słyszałam szczekanie psa i pomyślałam, że jestem w S. W tamtym domu a pies szczeka pod stodołą. Wspomnienia…

W zetce usłyszałam tekst o Smoktunowicz. Kręcili program w Azji. Smoktunowicz przeżyła traumę i powiedziała, że nigdy do Azji nie pojedzie, bo… No, bo co? Chwila niepewności, bo skoro trauma, to pewnie jakieś graniczne przeżycia a tu news: Nie pojedzie, bo mogła tam kupić buty za 60 zł 8-O . W dupie się babie poprzewracało i kaska uderzyła do mózgownicy. Młody skomentował bardziej dosadnie: „We łbie się od hajsu pojebało”. No, to było rzeczywiście traumatyczne przeżycie. Ło matko, Lisica w udręce, bo mogła kupić dziadowskie buciki, łoj, łoj, łoj… Ciekawe co na to miliony osób, które chodzą w takich dziadowskich bucikach na czele ze mną. Ło la boga.

No i co zrobić z tak pięknie zaczętym dzionkiem?

***

Terapeuta leci do Telawiwu. Piękne miasto pod błękitnym niebem. Nazywane cudem na pustyni, albo białym miastem. Piękne. We wrześniu będą mieli jesień i … 35 stopni C. Przejrzałam internet…

Rzeczywiście ogromne miasto

I błękitne niebo i plaże z ciepłym morzem…

Ech…

Ten to ma szczęście

Wtorek, 22:13. Morskie klimaty

Idąc za radą P dziś był dzień relaksu

Pogoda w kratkę – raz słońce, raz deszcz

Więc razem z Maleńką spędziłyśmy w łóżkach pół dnia. Ćwierć na chodzeniu po sklepach, czytaj „zwiedzaniu” w Choczewie i ćwierć następne – poszłam na kije.

Świeciło słoneczko.
Szłam nad morze przez piękny las a później linią brzegową z pięć kilometrów. Wiał silny wiatr a na morzu tworzyły się wysokie fale. Było przepięknie.

Wiatr najpierw wiał w plecy. Minęłam 5 zejść na plażę… Piękny jest nasz Bałtyk.
Mijałam grupki ludzi. Niektórzy nawet się kąpali. Zanurzali się w zimne, bałtyckie fale…
Zimne te nasze morze. Podziwiam lubiących sport ekstremalny w zimnym Bałtyku. Ja ledwie zanurzę palce stóp a już cofam się z dreszczami na całym ciele, ale lubię potęgę wody, głośne uderzenia fal na tle głośnego szumu wody. Jest w tym ogromny spokój, ukojenie, moc.
Mijałam kobietę, która siedząc ze skrzyżowanymi nogami i naśladując postawę Buddy, medytowała. Siedziała z zamkniętymi oczami, z rękami wzdłuż ciała, ze złączonymi palcami wskazującymi z kciukami. Odpłynęła w ciszę medytacji zbudowanym na głośnym szumie morza. Poszłam dalej uskakując przed nadpływającymi falami, wchodząc czasami w pianę pozostającą po odpływie wody… Za plecami słońce…

Zawróciłam

Słońce świeciło prosto w twarz a wiatr chłostał piaskiem po oczach. Założyłam kaptur… Otulił moje uszy. Miarowe kroki za którymi podążały dłonie wsparte na kijkach. Wprost przed siebie. Prosto w słońce. Bałtyk grzmiał po prawej stronie. Wracałam do swojego punktu 42, gdy nagle zaczął kropić deszcz. Krople wody spadały na mokry piasek, uderzały w kaptur kurtki, delikatnie stukały… Odwróciłam się do tyłu i zobaczyłam za sobą przepiękną tęczę. Lewe ramię tęczy tonęło w morzu a prawe wspierało się na pierzastej chmurze. Gdzie jest ten garniec złota? Po lewej stronie, głęboko w morzu, czy zawieszony w białym obłoku i trzymany przez anioły o białych skrzydłach. Przepiękny widok… Patrzyłam i wdychałam głęboko wilgotne powietrze przesycone solą.

Powoli zbliżałam się do wyjścia z plaży.

Spojrzałam na wysoką skarpę i dostrzegłam prostą ławeczkę zrobioną z połowy bala wspartego na drewnianych klockach. Była pusta. Weszłam na ścieżkę i usiadłam na ławeczce. Przede mną widok na wzburzone morze. W lesie było ciszej. Drzewa zatrzymywały zimny wiatr. Wgapiałam się w panoramę i ludzi, którzy w dole przechodzili przez plażę.
Grupka młodych ludzi a właściwie cztery dziewczyny i jeden chłopak zawzięcie robili sobie serię selfie. Szczerzyli się do obiektywu, zmieniali pozy. One były mega modelkami a on był uroczym dodatkiem. Tyczką, na której jego dziewczyna zaplatała nogę, w pozie „Jak pięknie wyglądam na jego tle”. Koniecznie „dziubki”, wdzięczenie się, przeginanie, poprawianie fryzur. On starał się poprawić swoją nażelowaną fryzurę, której nawet silny bałtycki wiatr nie mógł zburzyć. Charakterystyczny ruch dłonią po fryzurze, odpowiednia poza i spojrzenie w ekran telefonu. Cyk… Cyk… i jest. Teraz obstępują całą grupką właścicielkę telefonu i sprawdzają, czy dobrze wyszło. I jeszcze raz cyk… cyk… W mojej głowie zaczęły dudnić słowa, parafraza starej piosenki, „taka piękna ona, taki piękny on a taka brzydka miłość”. Wiem, tam było inaczej… U nich, tych młodych, miłość jest piękna… To w moich oczach ta miłość jest niedojrzała, zapatrzona w wygląd zewnętrzny i pytająca „jestem ładny/ładna”. Miłość szybka, nerwowa, na trzy miesiące, na miesiąc, na jeden wypad nad morze…

Nieopodal zamkniętej wypożyczalni rozgościła się rodzinka – mama, tata, córka i syn. Dzieci w wieku nastu lat. Ojciec z synem, obaj o atletycznej budowie ciała. Kobietki wiotkie i delikatne. Córka w wyciągniętym swetrze, stopą sprawdzała wodę. Mama ciepło ubrana przycupnęła na brzeżku rozłożonego koca. Mężczyźni szybko zaczęli zrzucać ubrania. Ojciec zabłysnął bielą gołego tyłka, syn dyskretnie chował się za ręcznikiem. Tuż obok stała pusta przebieralnia. Ojciec, ewidentnie samiec alfa nie przejmował się przechodzącymi ludźmi. Bez skrępowania błysnął klejnotami zakładając na nie kąpielówki. Obaj szybko wbiegli do wody. Powalczyli z zimnymi falami i wrócili na koc, aby odbyć taniec zmieniania „upierzenia”, tj. zakładania majtek i ubrań. Młody dyskretnie a dojrzały błyszcząc bielą gołego tyłka.

Plażą przechodzili ludzie z psami różnej rasy..

Przechodziła rodzinka z wykrywaczem metalu, który dzielnie dzierżył tata a mama z aparatem fotograficznym wyposażonym w profesjonalny obiektyw robiła zdjęcia swoich maleńkich pociech. Dzieciaczki na tle wzburzonego morza kucały na mokrym piasku. Ujęcie z dołu, z góry, z boku. Matka obserwowała swoje pociechy przez okno obiektywu. Cyk… cyk… cyk… Miliony zdjęć… Miliony ujęć do rodzinnego albumu, albo na cyfrowe miejsce na dysku twardym…

Lans na Facebooku

Sztuczna afirmacja szarego życia

Dobrze, że te maluchy mają na razie w nosie zdjęcia. Potrafią się cieszyć z chwili, tu i teraz, bez sztucznego zachwytu i czekania na „łapki w górę”. Z wiekiem tracimy tą cudowną właściwość bezpośredniego odczuwania – własnego odczuwania i zaczynamy czuć jak inni, aby się im przypodobać, albo zabłysnąć swoją osobistą nadzwyczajnością, zajebistością wręcz.

Siedziałam w górze i wystawiwszy twarz do słońca patrzyłam na przetaczające się fale

Świat przestał istnieć

Nawet przestałam myśleć

Czysty umysł

Głośny szum fal

Zamknęłam oczy

Nie wiem ile tam siedziałam

Słońce zeszło bardzo nisko. Zrobiło się zimno. Czas wracać do domu, do Maleńkiej.
Zaczęłam szczękać zębami z zimna. Szłam coraz szybciej, żeby się rozgrzać. W drodze minęłam grupkę pań z kijami. Uśmiechnęłam się do nich szeroko i powiedziałam „dzień dobry”. Odpowiedziały z takim samym szerokim uśmiechem. Coraz więcej „szaleńców” z kijami ♥

To był bardzo dobry dzień

Teraz wiem, co tak ciągnie mnie nad morze – szum i widok rozbijających się o brzeg fal. Spacer morskim brzegiem i zapach słonego powietrza.

W górach pociąga mnie majestat skał. Ich ogrom sprawia, że pojawiają się w moich oczach łzy a na skórze pojawia się gęsia skórka a morze to równowaga i spokój.

To był bardzo dobry dzień!