Środa, 10:11. Terapia

Od godziny siedzę przed laptopem. Przyglądam FB, pocztę, swoją stronę – fanpage na Facebooku – brzmi jak galaktyka kosmiczna.

Tak, kosmiczna galaktyka…

Byłam rano na terapii. Wydawała się, że był luzik, spoko, ale…

Po wyjściu brakowało mi powietrza. Wiem, dzień taki deszczowy z niskim ciśnieniem… To nie to.

Bardzo spokojnie chciałam się przyjrzeć swoim relacjom z ludźmi. Ze wszystkimi, których postawiłam na swojej drodze, którym pozwoliłam zbliżyć się do mnie i później wyszłam z tego obolała, poobijana, załamana i z depresją.
Powiedziałam do niego:
- Uchyl jakieś drzwi, żebym się przyjrzała…
- Uchylić i zamknąć…
- Nie, nie chcę zamykać. Chcę uchylić i zobaczyć co tam jest. Poprzyglądać się i zostawić otwarte. To ma mi pomóc…

Powiedziałam do niego:
- Opowiedziałam ci o wszystkich moich związkach, znajomościach… Wiesz o moim małżeństwie, znajomościach z okularnikiem, z sąsiadką, z M.  Wiesz, że wybieram ludzi, którzy mnie ranią… Właściwie to wybieram ludzi, których muszę wspierać, dawać im dużo z siebie a to nie są dobre znajomości… Kończą się z wielkim hukiem…

Tak, później zbieram się obolała i pytam, co ze mną jest nie tak…
Tego nie powiedziałam

Powiedziałam, żeby mi pomógł znaleźć to „coś” a tymczasem to ja cały czas szukałam, opowiadałam, przyglądałam się i czekałam na to, co powie. Denerwował mnie trochę jego uśmieszek i zbijał mnie z pantałyku… Pieprzony buddyjski zen… Budda, który wie wszystko lepiej… Gubiłam się wtedy, ale brnęłam dalej.

A dalej… wróciłam do momentu mojego pierwszego razu z mężczyzną. Do tego „chcę, ale się boję”, do ciekawości pierwszego zbliżenia, aktu seksualnego (trywialne nazwy na coś bardzo intymnego, osobistego, niosącego ogromny ładunek emocji, w sumie też wspaniałego przeżycia). Pierwszy raz z J. Z mężczyzną, który był miły, ciepły, może trochę opiekuńczy. Do sytuacji sam na sam…
Obce mieszkanie, 30km od mojej miejscowości, wino, wieczór i stało się… Nie było przyjemnie… Bolało i zostałam osądzona o kłamstwo, że nie jestem jednak dziewicą (a co, kurwa, miałam powiedzieć, że zostałam zgwałcona kiedy miałam naście lat?!). Trudny, cichy, następny dzień. On dopytywała się, czy był dobry w łóżku? Zajebisty – mogłam powiedzieć z pogardą. Był okropny… Nieuważny, dążący do swojego zaspokojenia, ślepy i głuchy na to, o co ja proszę… Następnego dnia się do niego nie odzywałam… Miałam poczucie winy, wstydu, pogardy, odrazy do niego i do siebie i nieodpartą myśl o tym, że czy chcę go, czy nie, już dokonałam wyboru… Ten pierwszy raz przesądził o wyborze przyszłego męża. Kurwa, żałosne… ale tak było.
Bałam się co powie matka, gdybym była w ciąży. Czułam się brudna i głupia. Niedługo po tym poszliśmy dać na zapowiedzi. Najgłupszy krok w moim życiu. 26 letnia dziewoja z poczuciem winy, że przeleciała faceta, i że okazał się cienki, więc żeby mu to wynagrodzić bierze z nim ślub… Kurwa, żenada!!! Te dwadzieścia procent w mojej głowie (te mądrzejsze 20%) krzyczało: „Co robisz???!!! Będziesz żałować!!!! Nie podpisuj tych papierów!!! Nie wciągaj w tą grę faceta, który chciał przeżyć przygodę seksualną i jest jak małe dziecko!!!” A 80 procent słuchało mamy, religii, „co sąsiedzi powiedzą?”, „co na to ojciec?”, grzeczna dziewczynka zadowalająca wszystkich dookoła, tylko nie siebie.
No więc, podpisałam.
Grzecznie poszliśmy wtedy też do USC i zajęliśmy termin ślubu cywilnego. 20% krzyczało „TY IDIOTKO!!!!” 80% – jaka z ciebie fajna dziewczyna!! Obok on, taki biedny misio, któremu niedawno umarła babcia, taki cichy, z bukietami kwiatów na przeprosiny…. Fuck, fuck, fuck!!!!

No i podpisałam cyrograf na 15 lat :-(

B słuchał tego, co mówiłam. Nie, nie klęłam przy nim. Starałam się być kulturalna, ułożona. To, że przeleciałam faceta, to jego pomysł. Najeżyłam się jak to mówił, ale miał rację. Inna po nieudanym seksie trzasnęłaby drzwiami i nie pakowałaby się w małżeństwo z chorym psychicznie facetem… Teraz tak bym zrobiła, ale nie wtedy.
Tak też powiedziałam B. Przed terapią dalej pakowałam się w niezłe bagna…
On powiedział żebym nie … zaraz, zaraz, jakiego słowa użył… nie… wyleciało mi z pamięci. Nie gloryfikowała terapii. Odpowiedziałam, że nie gloryfikuje (to moje słowo – jego zapomniałam). Widzę jak moje życie wyglądało przed terapią a jak wygląda teraz.

No wiec te relacje z ludźmi…

Tak wyglądała ta moja dzisiejsza terapia. Zaczęłam od relacji z ludźmi a zeszłam na temat mojego związku z J. Facetem z którym nie chciałam się związać a związałam. To tak jakbym nie chciała włożyć ręki do ognia a włożyłam ją aż po ramię. Hmmm, super, nie?

B słuchał z tym uśmieszkiem Buddy.

Na koniec powiedział:
- Prosiłaś, żeby otworzyć ci drzwi a tym czasem to ty sama je otwierałaś… Prosiłaś, żeby ci coś pokazać a to ty pokazywałaś i przyglądałaś się czemuś i wyciągałaś wnioski…

Pomyślałam: „Tak, ale żeby to zrobić potrzebna jest osoba, która nie osądza, słucha i słyszy”
Uśmiechnęłam się… Nic nie powiedziałam.

Tak, tak było…

Wróciłam jeszcze do znajomości z K. Takiej neutralnej znajomości. Takiej, która dziś jest, ale jutro, jak jej nie będzie, nie będzie tragedii. Nie ma w niej wspierana, pocieszania, spieszenia z pomocą. Ona jest i ja jestem. Dwie równoległe drogi, które teraz biegną blisko siebie, ale kiedyś się rozejdą. Wiemy o sobie dużo, ale żadna nie leci z biadoleniem „o jak ci było ciężko, jak niedobrze, oj, oj,oj” i to mi bardzo pasuje. Bardzo!

On jeszcze zaczepił o wybór terapeuty. Tak, wybrałam mężczyznę i zrobiłam to po to, żeby zobaczyć, przekonać się, że są neutralni mężczyźni (on to wymyślił – ale poczułam się tak, jakby czytał mojego bloga, bo przecież o tym pisałam). Tak, przyzwyczaja mnie do normalnego odbierania świata a zwłaszcza tego męskiego świata. Dobrze mu idzie :-) pomimo tego uśmieszku Buddy i zupełnie innego spojrzenia na sprawy „tego świata”. Nie znam go, słyszę jakieś niepochlebne opinie… ale o tym już pisałam w jakimś wpisie – nie jednym. Mam to w dupie. Dopóki słucha a ja mam z tego wymierne korzyści jest zajebiście. Przecież o to chodzi…

***

Ja siedzę i piszę a w chałupie takie oto scenki…

Kot rozłożył się na moim łóżku

Kot to ma klawe życie ;-) nic nie robi tylko śpi, przeciąga się, żre, … i znów śpi. Ja w następnym życiu chcę być kotem

***

23:13

Psychoza

Pojechałam z małą do siostry

a w tym czasie (podobno) do naszych drzwi dobijała się facet, który przyjechał na rowerze…

Pierwsza myśl, która pojawiła się w mojej głowie – to J!

Głośno tego nie mówiłam…

Młody nic nie słyszał. Siedział przed komputerem w słuchawkach.

Blady, przestraszony, zapytał mnie po powrocie:
- A jak to ojciec?
- Przecież jest w szpitalu. To nie może być on!
- A jak go wypuścili?
- R spokojnie. Wpadasz w paranoję…

Chyba wszyscy wpadamy…

Kolejna wizyta za mną. Przełamywanie strachu.

rozmowa-kwalifikacyjna-na-wesolo.jpeg

No i była…

No i była spinka. Qred każda wizyta dla mnie to spinka. Jak przed egzaminem. Nie wiem tylko jakie będą pytania. Jestem zdenerwowana. Wzięłam do kieszeni wydrukowany list do P.. Chciałam go przeczytać i miałabym z głowy. Tak jak z listem do ojca. Nie przeczytałam. I tego i tamtego listu zresztą też nie przeczytałam. Nie kleiła się ta dzisiejsza rozmowa. Miałam coś ważnego powiedzieć, ale uciekałam w banalne tematy. Zaczęłam mówić o wizycie sprzed miesiąca i utknęłam. Patrzyłam w okno i zamilkłam. Zacząć mówić o gwałcie i porównaniach dotyczących zachowania J.  Nie umiałam zacząć, jakby zabrakło mi głosu. Uciekłam w inny temat. Mówiliśmy o moim lęku przed byciem sobą, przed oznajmianiem swojego zdania i swoich poglądów. Trochę jałowe było to spotkanie. Jałowe z powodu mojego strachu przed P. Mówiłam, że jest dla mnie za dobry, za spokojny, zachowuje się w sposób bezpieczny, dlatego nie wybucham złością, kiedy mnie prowokuje. Owszem denerwuje mnie tym wiecznym spóźnianiem i tym odwlekaniem spotkań, ale osobiście mu tego nie powiem. Uśmiecham się i „rozumiem”, zamiast wyrazić swoje niezadowolenie. Zezłościć się, wqrwić, jakby to on ujął. Ja nie, ja się uśmiecham i zgadzam, potakuję, żeby on czuł się dobrze. Mówiliśmy o tym. Nareszcie! Mówiłam, że odgaduję jego stany emocjonalne, odczytuję je z grymasów twarzy, ułożenia nóg, przekrzywienia twarzy, żeby go niczym nie zdenerwować. Zachowawczo. Mam być dobra. Nie prawdziwa, ale dobra. Qrwa, ja to wiem. Mnie to przeszkadza, ale jest mi strasznie trudno powiedzieć mężczyźnie, że mam inne zdanie. Zawsze, kiedy tak robię (robiłam), spotyka mnie coś złego, jakaś przykrość, strach, ból, rozczarowanie. Tego się boję.

Dzisiejsza sesja była perfekcyjna pod względem unikania tematu, który powinnam/mogłam podjąć. Powiedziałam mu, dlaczego nie mówię mu po imieniu. Tak jak napisałam mu o tym w liście. Racjonalizowałam. On odpowiedział, że parę razy zwróciłam się do niego po imieniu.

- Tak, ale to były sytuacje ekstremalne, kiedy coś się działo, albo kiedy byłam przyparta do muru i nie wiedziałam, jak reagować

Nie wiem kiedy ośmielę się mówić mu to, co myślę. Być zła, kiedy coś mnie denerwuje i odważnie o tym informować. Dla mnie to rudne.

Właściwie to powiedziałam mu prawie wszystko to, o czym napisałam w liście. Nie robiłam tylko „wycieczek” z dociekaniem, co z nim jest nie tak, że wybrałam właśnie jego na terapeutę.

Dziś się spóźnił i rzucił idiotyczną uwagę o korkach. Qrwa, to nie Warszawa, ale oczywiście ja  z przepraszającym uśmiechem zrozumiałam. Nie mogłam się jedynie powstrzymać od uwagi, że pewnie na każdym świetle miał czerwone i to jeszcze go opóźniło. Spóźnia się celowo. Pewnie celowo też odkłada wizyty a ja go usprawiedliwiam, bo jest facetem a facetów się nie denerwuje i nie krytykuje, bo…

Stary schemat.

Nie umiem głośno powiedzieć tego co myślę.

No może nie do końca.

Dziś poszłam na spotkanie, na które powinien iść dyrektor. Wysłał mnie. Zdobyłam się później na uwagę  w rozmowie z nim, żeby mnie więcej nie wysyłał, że takie spotkania leżą w kompetencjach  dyrektora a nie moich. Chyba, że mam to odebrać jako dobrą wróżbę, że kiedyś zostanę dyrektorem.

Po porannej wizycie zaczęłam mówić uczniom jak bardzo denerwuje mnie ich zachowanie, że swoim zachowaniem traktują mnie jak idiotkę. Ja ich szanuję a oni mają mnie w nosie. Niech wypełnią deklarację o rezygnacji z przedmiotu, jeżeli mają się tak zachowywać i przeszkadzać.

- Ale ja jestem chrześcijaninem – odpowiedział jeden z nich.

- To zachowuj się jak chrześcijanin – godnie – odpowiedziałam – a jak cię nie interesuje lekcja, to na nią nie przychodź.

- Tak, co by powiedziała babcia. Ja chodzę do kościoła.

Tak do kościoła chodzi a na lekcji religii sobie folguje i wychodzi cham.

Dowiedziałam się, że rekolekcje wielkopostne będą prowadzone przez tą samą grupę, co w zeszłym roku. Grubo! P. powiedział, że mogę to zgłosić do kuratorium. Nie mogę! Chcę pracować! Byłabym wyklęta, że nie wspomnę o ekskomunice. Mogę jedynie powiedzieć dzieciakom, że nie będę ich rozliczać z obecności na rekolekcjach i wtedy nie przyjdą. Pamiętam, jak podczas tamtych rekolekcji widziałam przerażoną uczennicę, która nie chciała wejść na salę, bo „tam ludzie padają, a ja nie chcę, ja się boję”. Widziałam, jak jeden z uczniów długo chodził w stanie pobudzenia emocjonalnego, aż się o niego bałam, czy nie będzie jakiejś psychozy. To nie były rekolekcje dla nieprzygotowanej do takich przeżyć młodych ludzi. W takich rekolekcjach mogą uczestniczyć ludzie będący w jakiejś formacji chrześcijańskiej, typu Odnowa, ale nie szarzy uczniowie. Oni albo mocno to przezywają psychicznie, albo wyśmiewają i w efekcie do niczego to nie prowadzi.

Na porannej wizycie wywiązał się między nami ciekawy dialog o strachu przed mówieniem tego, co powinno się powiedzieć.

- Gdybyś musiała płacić za wizyty też byś tak robiła?

- Tak. Płaciłabym i była grzeczna. Czasami mam wrażenie, że traktuję te wizyty jak spotkania towarzyskie. Rozmowy przy kawce.

- To może ja wstawię tu kozetkę? I będzie rozmowa bez kontaktu wzrokowego.

- Wtedy bym przychodziła trzy razy w tygodniu, żeby sobie pogadać.

- Terapia z leżeniem na kozetce odbywa się trzy razy w tygodniu.

- Tak i trwa latami a ja nie chcę, ale widzę, że jak będę tak postępować, to czeka mnie ładnych parę lat przychodzenia – roześmiałam się.

Wychodząc zażartowałam, że na następną wizytę przyniosę kawę w termosie i własnoręcznie upieczone ciasto.

Qrwa ja nie umiem, wróć, mnie jest strasznie trudno okazać swojego niezadowolenia i negacji mężczyznom prosto w oczy. Cierpię, ale na wszystko się zgadzam. Żeby rozładować emocje chodzę na kijach. 8 km a jak bardziej nerwowo 16, żeby się uspokoić.

Wspomniałam, że ten bardziej poczytny blog jest właściwie pisany przez niego. Tam są lektury, które on mi polecił i inne, które wyjaśniały rożne sytuacje i relacje międzyludzkie. Jego opowieści i opowieści polubione przez ich stronę internetową. Roześmiał się, że powinien brać dywidendy od wydawcy. Blog jest poczytny i gdybym miała jakieś wynagrodzenie z tego tytułu to pieniądze powinny być jego. Ok – odpowiedziałam – jak wydam książkę, to 10% będzie dla ciebie.

- Tylko 10%? Ja chciałbym całość.

- Pomysł bloga był mój, to ja jestem właścicielem.

To prawda, tamten blog jest pisany przez niego moimi rękami i słowami a ja w relacjach z mężczyznami powinnam być szczera, tak jak na zdjęciu wyżej!

Następna wizyta za tydzień.

Kiedy bliskość nas rani aż tak…

„Za nami wiele kłamstw.
Pomyliłam kilka chwil z całym życiem: (…)

Gdy wszystko co chce niebo dać, zamieniam w ogień.
Wszystko co chce niebo dać, umyka z objęć.
Kiedy bliskość nas rani aż tak.
Dawno minął już czas na żal.

Za nami wiele kłamstw.
Czas mi świadkiem.
Bóg go dał, jestem silny (…)
Umierałem już nie raz.
Dziś spokojniej (…)

Gdy wszystko co chce niebo dać, zamieniam w ogień.
Wszystko co chce niebo dać, umyka z objęć (…)
Dawno minął już czas na żal”

Obudziłam się dziś rano. 5.30. Nie mogłam spać. Coś mi się śniło, ale co? Nie pamiętam. Obudziłam się i myślami byłam na terapii. Spotkanie dopiero 9, ale coś mnie niepokoi, coś chciałabym terapeucie otwarcie powiedzieć, ale się blokuję. Dziwi mnie samą taka postawa, ale nie umiem (albo nie chcę) przekroczyć tej „szyby”. Czuję się bezpiecznie w takim stanie, w którym tkwię. Owszem przeszkadza mi to, ale boję się stłuc tę szybę. Nie wiem, jak bym zareagowała. Boję się własnego wybuchu złości. Agresji ze swojej strony. Boję się i wolę być miła, układna i uśmiechnięta a w niektórych momentach bardzo mi to przeszkadza.

Co chciałabym powiedzieć mu prosto w oczy?

Nie, nie potrafiłabym prosto w oczy. Za dużo we mnie strachu. Za bardzo się boję! Na pewno będę miała spuszczoną głowę. Będę patrzeć w podłogę i mówić z wysiłkiem…

Mam taką fantazję…

Nie znam cię prywatnie i nigdy nie poznam. Tak długo tu przychodzę a wciąż nie mogę zwrócić się do ciebie po imieniu. Nienawidzę was! Was, mężczyzn. Gram przed wami. Uśmiech i nieskrepowane wypowiedzi, żarciki a wewnątrz strach, wstyd, upokorzenie, złość. W pamięci złe sceny. Przemoc, krzyki, wulgaryzmy, poniżanie. Dominują złe wspomnienia.Mało dobrych skryptów – jak byś powiedział. Nie ufam ci do końca, dlatego nie mówię ci po imieniu. Pozwoliłam sobie na mówienie per „ty” a nie „pan”, ale to wszystko po to, aby zachować pozory bliskości. Wewnętrznie cały czas jestem gotowa do walki. Spięta i gotowa na obronę. Podczas sesji obserwuję cię, odgaduje twój humor, twoje nastawienia do mnie i staram się zachowywać poprawnie. Gdybyś był zły na mnie i okazywał to, najpierw bym się rozpłakała a później uciekła, ale ty nie podnosisz głosu. Ty milczysz, albo mówisz łagodnie. Dezorientuje mnie to. Siedzę przyklejona do fotela i nie wiem, co robić. Czekam na twoją agresję i jestem gotowa do obrony i ucieczki. Nie znam bliżej mężczyzn, którzy są „normalni”. Ja najczęściej wchodziłam w relację z mężczyznami, którzy mieli problemy psychiczne, byli uzależnieni od alkoholu, byli agresywni. Ta terapia to też bliska relacja polegająca na zaufaniu tobie. A ja nie umiem. Teraz wiem, że jestem ważna i zasługuje na dobre życie. Podświadomie chcę, abym dzięki tej terapii mogła zmienić zdanie o mężczyznach. W myślach słyszę głos matki, która szlocha „taki los”, „ten sk****n”, „ustąp”, bądź płacząca, albo wulgarna. Unik, albo agresja.

Jeśli znałabym cię prywatnie, pewnie mówiłabym ci po imieniu. Tak robię w stosunku do znajomych. W sumie, to wy mężczyźni nie jesteście tacy źli. Potraficie dać dużo dobrych rzeczy. Widzę to u innych. Cierpliwość i łagodność (szwagier), wiedzę i błyskotliwość, ciekawe rozmowy (paru znajomych), uważność i umiejętność słuchania (ty), ciepło i mimo wszystko dobry seks (J. przed chorobą), ale w bliskim mi mężczyźnie tych cech jednocześnie nie spotkałam. Na początku było dobrze, a później „wyłaził” ojciec – alkoholik, agresywny choleryk, albo psychiczny dominator.

Terapia stwarza bliskość. Bliskość bez seksu. Bardzo mi to odpowiada. Próbuję ci zaufać, ale jesteś facetem i wiem jak szybko się zmieniacie. Najpierw jest budowanie zaufania a później agresja, a to bardzo boli. Bardzo niszczy. Bezpieczniej jest z tą „szybą”, z tym dystansem. Kiedy terapia się nie uda, będę mogła łatwiej to sobie wytłumaczyć. Racjonalizować.

Jest mi bardzo trudno przekroczyć tę barierę, bo nie wiem co się stanie a jestem nastawiona na najgorsze. Najczęściej ufałam mężczyznom nie tym, co trzeba. Ciebie też chcę zapytać o ten „feler”. Co z tobą nie tak, skoro postanowiłam zacząć relację terapeutyczną i tak uparcie chcę ją kontynuować.

Często mam poczucie, że wszystko złe jest moją winą, że zrobiłam coś  nie tak, że sprowokowałam, źle odpowiedziałam, byłam za głupia, okazywałam za mało uczuć – dlatego w życiu mi nie wychodzi z facetami.  Qrwa znów patrzę swoim „skryptem”.Jestem winna tego, jak ktoś zachowuje się w stosunku do mnie.

Lubię was facetów za mądrość, ciepło, tą waszą gapiowatość, kiedy jakaś kobieta się wam podoba. Lubię was słuchać i z wami rozmawiać, ale na dystans. Bezpieczną odległość. Otaczam się w życiu mężczyznami. Lubię z nimi pracować. Po pomoc zwracam się do mężczyzn a nie potrafię im zaufać a jako partnerów wybieram tych najgorszych.

Nie wiem, czy będę miała odwagę mu to powiedzieć.

Pewnie nie.

Po swojemu oswajam temat.

Może coś z tego wyjdzie.

Próbuję oswoić ten mój okropny, paraliżujący lek.

Kiedyś muszę skończyć tę terapię.

Zastanawiam się jak on zdiagnozował mój przypadek? Jaką nadał mu etykietkę? Do jakiej kategorii wpisał?

Nie chcę, aby bliskość mnie raniła.  Nie chcę wszystkiego zamieniać w ogień i wciąż się parzyć. Nie chcę!

 

fire-175966_640.jpg

Moja prywatna krucjata. Czasami lepiej nic nie mówić…

Zaangażowałam się w prywatną krucjatę. Sąsiadka „wpadła” w kręgi pseudocharyzmatyków . Zareagowałam bardzo emocjonalnie. Zaczęłam jej tłumaczyć, żeby uważała na te osoby, że to dziwne towarzystwo, robią spotkania modlitewne na których nie ma księdza. Gromadzą bardzo wielu ludzi. Nakładają ręce i „uzdrawiają”. Kobieta coś cały czas tłumaczy wpatrzonym w nią ludziom. Mówi, jak mają się zachowywać, co robić a czego nie. „Prowadzi” ich. Mnie to się nie podoba, ale ona jest zachwycona. Wydaje się jej, że dzięki nim ma nareszcie spokój w domu, mniej się denerwuje, umie się lepiej dogadać z domownikami. Jest „lepiej”. Ja tego nie widzę. Mąż jest zaniepokojony. Mówi coś o znikających z konta pieniądzach i o tym, że nie może się z nią dogadać. Krzyki jak były tak są. Zamiast rozmowy są krzyki, czyli nic się nie zmieniło. Mówiłam im o terapii. Był nawet moment, że mąż chodził (albo deklarował chodzenie) na terapię, ale to były tylko deklaracje.

Nie wiem dlaczego tak mi zależy, aby oboje poszli na terapię a nie szukali rozwiązań alternatywnych. Nasza dyskusja wyglądała mniej więcej tak:

- Ale wiesz, że…

- Ale wiesz, że …

i żadna nie chciała ustąpić. Zaparłam się i przedstawiałam swój punkt widzenia. Jak głupia. Nie wiem po, co tak się zaangażowałam. Ona i tak zrobi, co będzie chciała. Pora odpuścić. Usłyszałam, że zmienił mi się charakter, że teraz zachowuje się tak, jakbym nikogo nie potrzebowała, że nie może się ze mną dogadać. Ja wiem o co chodzi. Dawniej we wszystkim jej słuchałam i ze wszystkim się zgadzałam, teraz staje okoniem a ona lubi rządzić. Ona się zmieniła. Zachowuje się jak zastraszone zwierzątko, z uchem przyklejonym do telefonu. Wiecznie ktoś do niej dzwoni a ona rozmawia, rozmawia, rozmawia. Rzuca tylko przestraszonym wzrokiem dookoła. Gdzie ta pewna siebie dziewczyna, którą była? Nie wiem. Została  chyba w T. Uzależniła się od charyzmatyków. Szkoda mi jej.

Odpuszczam swoją krucjatę. Za dużo próbuję „pomagać” a to później obraca się przeciwko mnie. Wczoraj usłyszałam, że powiedziałam jej, że lepiej, żeby się rozwiodła. O rozwodzie mówiła ona. Ja słuchając tego wszystkiego powiedziałam, żeby odpoczęli od siebie, odsunęli się, dali sobie czas a jeśli chce i już podjęła decyzję, to niech się rozwiedzie, skoro nie widzi nadziei na wspólne życie. Cholera! Domorosły ze mnie terapeuta. Czasami lepiej nic nie mówić i nie doradzać. Wszystko, co powiem może obrócić się i obraca się przeciwko mnie. Ludzie nie słuchają, albo słyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Usłyszałam pod swoim adresem, że nie reaguje na zachowanie pomiędzy moimi dziećmi. Syn krzywdzi córkę (kiedyś w wielkiej kłótni zaczęli się popychać i syn przytrzasnął w drzwiach palec córce). Byłam wściekła na zachowanie syna. Wciąż powtarzam do znudzenia, że nie może się tak zachowywać. Nie ma prawa krzywdzić innych, że najpierw jest rozmowa, ale 15 lat wychowania w takim małżeństwie, jak moje wpoiły całkiem inne zasady. Zasady mówiące, że jeżeli ktoś nie słucha to najpierw się krzyczy a mężczyźni biją, jak brak im argumentów. Trudno nam się nauczyć życia bez agresji. Idzie bardzo powoli, ale zanim się tego nauczymy musi minąć trochę czasu.  Odgryzłam się, że jej dzieci też na siebie krzyczą i awanturują się. Zresztą tak jest z rodzeństwem. Wiecznie się kłócą, a czasami są też ofiary. Sama w dzieciństwie pobiłam się z siostrą cioteczną, którą bardzo lubiłam.

Czy ja się zmieniłam? No, nie wiem. Inni znajomi też „piali” za zachwytu nad moją przemianą. Oni widzieli we mnie więcej śmiałości, radości, pewności siebie. A A. to nie odpowiada. Zapytałam tylko, czy przeszkadza jej, że teraz przestałam płakać i dopytywać się, co mam dalej robić i jak dalej żyć? Popatrzyła na mnie dziwnie… Czyżby nasze drogi się rozeszły? Ona ma teraz inne priorytety, z którymi ja się nie zgadzam. Dobra! Luz! Koniec tematu.