Niedziela, 09:48

Byłam wczoraj u Beaty.

Buzia cała w kożuchu krost. Jakaś okropna maska, która swędzi, piecze, pęka, sączy się wydzielinami. Dotyka tej maski opuszkami palców, gładzi… Krosty są też, ale w mniejszej ilości, na szyi i plecach. Stosuje maści łagodzące, ale daje to tyle, co umarłemu kadzidło.
Jest poddenerwowana, a na moje słowa „Nie drap”, patrzy morderczym wzrokiem w moją stronę. Odpowiadam wtedy „Wiem, mam nie pierdolić”, na co ona odpowiada „Właśnie”.
- Nie wiem, co gorsze. Wymioty, czy to kurewstwo? – mówi ze zrezygnowaniem.
- Po wymiotach byłabyś słaba, odwodniona a tak masz przynajmniej siłę to znosić…
Widzę jej morderczy wzrok.
- Wiem mam nie pier…
- No właśnie.
- Dla mnie jesteś śliczna. Nie wiem, jak bardzo cierpisz. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić. Łatwo mi mówić, to wszystko, ale teraz nie umiem ci konkretnie pomóc.
Przytuliłam ją mocno.

Siedziałyśmy i rozmawiałyśmy. Ja o pracy i wielu błahych sprawach.

Pokazała mi jaką dokumentację musi wypełniać co tydzień, przed każdym wlewem. Wciąż te same papiery, jakby szpital wciąż na nowo ją widział. Zgody, upoważnienia, przebyte choroby. Papiery, druki, rubryczki… Wciąż od nowa.

Jej mama wyjechała do domu.
Akurat przyjechałam, kiedy wsiadała do samochodu. Uścisnęłyśmy się mocno. Wyrwało mi się kilka słów o nadziei, ale jej oczy były tak umęczone i zrezygnowane, że tylko mocniej przywarłyśmy do siebie.
- Jadę z roboty do pracy – oznajmiła ze smutnym uśmiechem.
Uśmiechnęłam się i ja.

W domu usłyszałam od B:
- Czas zająć się domem. Będę miała zajęcie, a tak tylko leżę i nic nie robię.
- Korzystaj z odpoczynku.
- Anka, kurwa, jaki to odpoczynek???
No to palnęłam. Jak kulą w płot. Wiem, że ona chciałaby być już zdrowa, żeby ten rak w końcu zginął i nie musiała już cierpieć. Wiem to wszystko, ale nie czuję tego co ona i nawet nie umiem sobie tego wyobrazić. Chociaż nie… Też boję się diagnozy związanej z wycinkiem z przełyku, której do tej pory nie ma. Też boję się tego końca świata, który zawali się w momencie złej diagnozy.

Siedziałam u B ze trzy godziny.

Na koniec B wyjęła z szafki mały pakunek.
- Co o tym myślisz? – zapytała, pokazując trzy małe buteleczki.
Jedna była z przezroczystym płynem, druga z białym drobniutkim piaskiem, chyba solą a trzecia z żółtym płynem.
- A co to takiego?
- Znajoma była na mszy z egzorcystą. Przywiozła mi coś takiego…
- Acha, to woda, sól i olej…
- No tak, co o tym myślisz?
- A co kazała ci z tym robić? – zapytałam – i czy nie kazała ci przypadkiem odstawić leków??
- Nie, dała mi tylko i powiedziała, żebym to wzięła…
- B słuchaj, przecież ty nie jesteś opętana, tylko chora. Kobieto, tobie jest potrzebny lekarz a nie magiczne obrzędy i magiczne myślenie.
- Ale co ja mam z tym robić?
- Wiesz, nigdy nie miałam styczności z takimi rzeczami. Zawsze tylko o nich słyszałam. Sól rozsypują po mieszkaniu. Wodą się święci, niektórzy dolewają też do jedzenia i napojów a olej… Olejem, chyba podobnie jak do krzyżma, namaszcza się wnętrza dłoni, miejsce przy sercu, czoło, okolice kostek – „tak jak przy ostatnim namaszczeniu”- pomyślałam, ale tego już nie powiedziałam. Nie chciałam nawet myśleć o B jako osobie za chwile martwej.
- No to co? – B utkwiła we mnie oczy – Co o tym myślisz?
- Wiesz modlitwa jest dobra, wiara jest dobra, bo przynosi ukojenie, podświadomą pewność, że Bóg wyciągnie nas z największej opresji, ale to…
Kurde, co miałam odpowiedzieć??? Ja to wszystko już przeszłam z matką!!! Magiczne obrzędy, bioenergoterapeutów, szamanów leczących ziołami z dalekiej Azji i efekt był jeden – matka zmarła.
- B, jeżeli przyniesie ci to jakąś ulgę, to stosuj. Ten żółty płyn to oliwa z oliwek, możesz posmarować sobie te mniej zajęte miejsca, ale czy to przyniesie ulgę, to nie wiem. Najważniejsze, to nie przerywać leczenia.
- Wiem – popatrzyła na mnie smutno.
Chorzy i ich bliscy „czepiają się” najróżniejszych nadziei i magicznych rytuałów.
Wszyscy boimy się śmierci. Pomagając innym, pomagamy sobie.Chroniąc innych, chcemy chronić siebie. Robimy to tym intensywniej, im bardziej kochamy samych siebie. Hmmm, przecież o tym samym mówił terapeuta, kiedy płakałam nad Beatą. Zapytał, czy nie płaczę nad sobą?
W takich przypadkach chyba wszyscy to robimy. Podświadomie bronimy siebie zewnętrznie okazując empatię i altruizm.

Przed B jeszcze naświetlania. Naciek nowotworowy na kręgosłupie, na szczęście mały, więc pole naświetlania nie będzie duże. Też będzie się czuła po nich źle.

Najważniejsze to być przy niej…

Czwartek, 16:33. Rak

Właśnie przyjechałam od B.

Nie mogłam się do niej dodzwonić a wiem, że miała badanie PET.

Schudła. Ból kręgosłupa nie słabnie. Przyjaciel, lekarz leczenia bólu, daje jej tzw. „blokady” w kręgosłup. Pomagają. Przynajmniej może chodzić, chociaż marne to chodzenie.

Na badaniu PET się „zaświeciła”. Ten skurwiel, rak, nie chce odpuścić. Najwięcej ognisk w okolicy brzucha i jedno w kręgosłupie szyjnym. Jutro ma kolonoskopie.

Nie chcę myśleć, że jest na straconej pozycji. Chcę wierzyć, że i tym razem wygra. Niedługo będzie miała chemię.

Była też jej mama. Kiedy B wyszła zadzwonić jej mama się rozkleiła.
- Jest źle… Pożegnałam już jednego, teraz ona… – mówiła ze łzami w oczach.
Brat B zmarł na raka.
Nie wiedziałam co mam powiedzieć w takiej sytuacji. Wydukałam, że trzeba mieć nadzieję, że B jest silną babką i tym razem też sobie poradzi.

Ale to tylko słowa a ona bardzo cierpi.

Mam próżnię w głowie. Nie umiem pocieszać ludzi w takich sytuacjach. Każde słowo wydaje się nie na miejscu. Kocham B, ale tak niewiele mogę. Mogę jedynie porozmawiać. Poprosiłam ją, żeby dzwoniła i mówiła co się dzieje. Rozmowa pomaga. Nie można wszystkiego zatrzymywać dla siebie. Powiedziałam, że wysłucham ją zawsze – bo tyle tylko mogę. Żadne rady tu nic nie dadzą, żadne pocieszania ani tym bardziej płacz, czy rozklejanie się. Mam nadzieję, że będzie chciała mówić…