Wielki niepokój

Była…

Ja też byłam… z tym głupawym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy.

Wzrok znów uciekał w stronę okna.

Całą sobą nie chciałam z nim rozmawiać. Nie spieszyłam się dziś na wizytę. Pod skórą siedzą nerwy, wręcz wkurwienie. Niechęć przed mówieniem. Niechęć przed dzieleniem się tym, co we mnie. Łatwiej mi napisać niż siedzieć przed nim i opowiadać, dotykać tego co siedzi we mnie. Mojego jestestwa. Tej mnie w środku. Tej ukrytej za maską uśmiechu, spojrzenia spod rzęs, milczenia. Nie pozwoliłam dziś na dotknięcie „tej małej dziewczynki”. Nerwy. Poczucie niepokoju, lęku, straty, niepewności i mocna bariera przed nim. Bezsens tych spotkań. Moje zagubienie i wycofanie. Samotność i dużo bezsensu. Znów te cholerne łzy. Jestem słaba.

Pytania z jego strony. Uwagi, które kierowały moją uwagę na problem, o którym nie chciałam mówić. I co najśmieszniejsza sama powiedziałam:

- Czekam na pytania.

Więc pytał a ja byłam zła, że pyta. „Wpadł” na taki pomysł: „kręcę się” z mieszkaniami w swojej miejscowości a nie chcę poszukać  miejsca do mieszkania np. we Wrocławiu, bo jestem w chorej zależności z J., z katem, niedoszłym mordercą, chcę od niego uciec a jednocześnie wystawiam się przed nim. Kiedy on wróci ze szpitala będzie realnym zagrożeniem a w dużym mieście nie znalazłby mnie. Mam nadzieję na jego zmianę, uleczenie. Nie negowałam, bo podświadomie tak myślę. Boję się do tego przyznać przed samą sobą. Tłumaczę to dobrem dzieci, zaczętymi studiami, pracą, stabilizacją, strachem przed kredytem na nowy dom. Nie zaprzeczyłam, bo pewnie tak jest. Syndrom współuzależnienia od kata. Syndrom Sztokholmski?! Pewnie tak – boję się, że on nas znajdzie, przyjdzie a ja nie zdążę się obronić. Teraz jest w odosobnieniu, ale kiedyś wyjdzie. Wiem, że nie dam mu rady. Czyżby ten nowy dom znów był na krócej niż dłużej?

Krzyczałabym…

Bluzgała…

Wieki niepokój w mojej głowie. Od nadmiaru emocji boli.

Jestem zmęczona…

Idę do pracy…

**************

Cały czas przerabiam dzisiejszą wizytę i czuję ogromną złość do terapeuty. On nic mi nie zrobił, nic nie powiedział, drążył jedynie temat, ale ta złość narasta we mnie już od jakiegoś czasu. Kumuluje się. Coś muszę z tym zrobić, bo to mi bardzo przeszkadza. Obudził we mnie jakąś emocję, której nie umiem nazwać, albo której boję się nazwać. Jeżeli nie powiem mu o tej złości, to się wykończę. Zaczął jakimiś prowokacjami – spóźnieniami, nieobecnością, odpowiedziami półgębkiem, zwlekaniami z odpowiedzią a wczoraj odpowiedział na moje pytanie, czy jutro jest wizyta – Tak z przyjemnością. Nawet taka bzdura mi przeszkadza i mnie denerwuję. Czepiam się teraz, ale jemu nic nie powiem.

Dziś na wizycie znów przeszkadzali: pacjenci (z pytaniem o wizytę), listonosz z przesyłką, telefon z ważną wiadomością, z której on bardzo się ucieszył a później powiedział, że jeżeli chcę się dowiedzieć, czego dotyczyła wiadomość, to mi powie później. Pomyślałam sobie, że ja nawet nie przynoszę telefonu, bo kiedyś zaczął dzwonić, a on skwitował to słowami: „Ludzie myślą, że kiedy wyciszą telefon, to nie będzie słychać jak wibruje.” Powiedziałam przepraszam, ale było mi głupio, więc nie przynoszę telefonu ze sobą. Nie chciałam się dowiedzieć, co to była za ważna i radosna wiadomość. Mam to w dupie. To jego radości, nie moje. Znów skrócił czas wizyty. JESTEM NA NIEGO ZŁA!

Wyszłam zła z wizyty.

Pojechałam do pracy. Kiedy wysiadałam na parkingu z samochodu,  dopadł mnie znajomy ból. Dławiąca gała usytuowała się w okolicy mostka i zaczęła dusić. Nie maiłam siły iść a jeszcze w rękach niosłam „podziękowanie” dla pana W.

Zaszłam do DOMU. Pan W. już dużo zrobił. I… nie chciał upominku. Zostawiłam go w DOMU. Śmiał się, że kawę wypijemy razem a alkohol wezmą chłopaki, którzy będą układać glazurę. Podobno mamy rozliczyć się w inny sposób. Zobaczył, że jestem bardzo blada.

- To nic, to tylko nerwoból. Przejdzie.

- Pani A. powolutku. Ogarniemy wszystko.

P. miał dziś rację. Nie chciałam brać pożyczki na mieszkanie, bo czuję, że stąd pójdę. Wyjadę. Umowa na trzy lata bardzo mi pasuję. Nie wiem tylko co z pracą. Boję się J., ale ja jestem z tych, które planują „małymi kroczkami” i w końcu „wybuchają”. Odejście od J. też planowałam 9 lat.

Jestem zła na P.

Jestem zła na J.

Tylko pan W. ocalał. Ile on zrobił roboty sam, to wręcz niewiarygodne.

*******

Mówiłam P. o remoncie w DOMU  o tym, ze porównuje go do sytuacji kiedy J. miał pierwszy rzut schizofrenii i wtedy zaczęłam malować pokój. On to skwitował:

- Nie mogłaś go kontrolować i zaczęłaś robić coś, co mogłaś kontrolować – zaczęłaś malować ściany.

Najeżyłam się. Znów ta kontrola!!!!

Teraz w domu, o tym pomyślałam. Chyba znów ma rację. Teraz też sama remontuje DOM. Znajomi zaoferowali się z pomocą, ale ja się nie przypominam, nie proszę, nie odzywam się do nich. Nie pytam, czy mają czas. Sama. Wciąż sama. Robię to, co mogę kontrolować? Nad czym mogę panować? W pewnym sensie tak jest. A może całkowicie tak jest?

Czy jestem skazana na powielanie wciąż tych samych błędów?

Wchodzenia w te same relacje z mężczyznami.

I to też mnie wkurzyło i to jakim tonem to mówił – jak pewnik, jak opinię a ja znów poczułam się naiwna i głupia.

Porąbany kosmos.

I jeszcze lęk przed bólem a później BÓL w piersiach.

Niech ten dzień się w końcu skończy… :-(

*********** na zakończenie dnia przepis na placuszki z cukinii.

1 duża cukinia

1 średnia marchewka

1 średnia cebula

4 jajka

2/3 szklanki mąki pszennej (można dosypać jeżeli ciasto będzie się wydawało za rzadkie)

sól i pieprz do smaku.

Cukinii można nie obierać. Warzywa trzemy na tarce o grubych oczkach. Cebulę trzemy na średnich oczkach. Dodajemy mąkę i jajka. Przyprawiamy i smażymy na oleju, albo maśle klarowanym. Racuchy można podawać z kwaśną śmietaną, ale ja jem bez. Syn je z ketchupem (ale on nawet do herbaty by go dodał). Są pyszne!

Smacznego!