Niedziela, 23:13

Gdybym była…

Gdybym …

Dziś mija 19 i pół roku od mojego ślubu.

Dlaczego to wspominam?

Nie wiem…

Tak jakoś. Znajoma wstawiła post na FB o 15 rocznicy ślubu. Ja miałabym 20.

No, ok. Nie wszystko zależy od nas samych. Nie sami jesteśmy kowalami własnej historii. Współdziałają też inni. Jesteśmy tylko trybikami. A ja jestem trybikiem, który wyłamał się z mechanizmu.

Więc można funkcjonować samodzielnie.

Można.

Czwartek, 17:19

No i już wiadomo, co dalej.

Wczoraj rano zamiast na terapię podrałowałam na gastro.
W głowie miałam chaos.
Słowa rodzinnej mieszały się z wiadomością od znajomego, że nie ma innego sposobu, mniej inwazyjnego, na zbadanie przełyku – musi być gastroskopia.

Usiadłam rano potulnie na korytarzu i czekałam na przyjazd lekarki.
Musiałam wypełnić zgodę na badania. Kiedy pobierałam formularz skwitowałam to  słowami, że moja rodzinna odradzała mi badanie. A w głowie słyszałam drugi głos – W – że nie ma innego sposobu na zbadanie przełyku. Wypełniłam zgodę i ponownie zajęłam miejsce na korytarzu.
Podeszła do mnie pani w lekarskim fartuchu. Usiadła obok mnie i zaczęła rozmowę:
- Wie pani, guz zarnistkomórkowy w niewielkim procencie bywa złośliwy, ale żeby wykluczyć złośliwość, trzeba poddać się badaniu a ja sugerowałabym centrum onkologiczne w Warszawie…
Wpatrywałam się w nią szeroko otwartymi oczyma. W głowie dudniło słowo „centrum onkologiczne”. Starałam się nie uronić ani jednego słowa.
- Czy zgadza się pani na badanie w Centrum Onkologi? Wie pani, jakby co, to będzie pani miała miejsce w szpitalu. Będzie szybciej. Więc jak?
- Hmmm… – starałam się poskładać myśli w racjonalną całość. No tak, przecież tu zniszczyli wycinki, trzeba stąd uciekać. Nikt nie da mi gwarancji, że z tymi też czegoś nie zrobią – hmmm – zawiesiłam się nad odpowiedzią.
- Niech pani idzie za mną – szczupła blondynka wstała z ławki i poprowadziła mnie do gabinetu lekarskiego.
- Pacjentka rezygnuje z badania w tym szpitalu. Proszę podrzeć zgodę – powiedziała do sekretarki. A do mnie:
- Napiszę pani adres centrum i numer telefonu – szybko notowała coś na odwrotnej stronie skierowania – Proszę tam zadzwonić i umówić się na wizytę, a na tej stronie proszę o pieczątkę od lekarza rodzinnego z adnotacją na „cito”… Albo nie, ja napiszę a ona niech przystawi pieczątkę – mówiła i jednocześnie pisała.
Wetknęła mi do dłoni skierowanie i wyprowadziła z gabinetu.

Wyszłam ze szpitala, ściskając w dłoni skierowanie do Centrum Onkologii w Warszawie.

Więc badania nie miałam…

Wyszłam z budynku szpitalnego z dudniącą informacją w głowie, że badania będę robić w centrum onkologi „tak na wszelki wypadek”. OK?!

Później rozmowa z Beatą…

Później rozmowa z M

Później rozmowa z synem i jego wielkie oczy…

Moje uspakajanie, że to jeszcze nie wynik a dopiero badanie.

Telefon do centrum onkologii i umówienie wizyty na 3 listopada…

Szyja wciąż boli…

Wróć… przełyk boli.

Kiedy jechałam ze szpitala ogarnęła mnie panika. Zaczęłam szlochać, chociaż z oczu nie płynęły łzy. Tylko suchy szloch. I strach… Przerażenie… I pytanie – co z dziećmi????

Uspakajałam się po drodze. Uspakajałam się w domu.

Syn i córka wiedzą do jakiego szpitala będę jechać w listopadzie. Wiedzą też, że to będzie tylko badanie i później decyzja jakie leczenie będzie stosowane. Nie chcę, aby się bały, przeżywały i snuły czarne scenariusze. A ja nie mogę tak dłużej „dusić się” przy szybkim jedzeniu stałych pokarmów. Męczy mnie to.

Znajoma M panikuje. Już chce podpiąć mnie do DiLO – szybkiej diagnostyki onkologicznej. Spokojnie… Wyniki z krwi mam dobre, nie chudnę. Boli mnie jedynie szyja i mam kłopoty z przełykaniem. Ne ma co za bardzo panikować.

A dziś Młody zdał na prawo jazdy. Mam nowego kierowcę !!! Jestem z niego dumna :-D

Poniedziałek, 08:27

Wspaniały, wczorajszy dzień.

Wizyta w W-wie, u bratanka. Chrzciny.

Młody założył nowy garnitur. O mamusiu! Mam mega przystojnego syna! Wysoki, postawny, teraz z super fryzurą i delikatną bródką . Super! Kiedyś nosił długie włosy i wyglądał jak Kudłaty ze Scooby Doo a teraz, po ogarnięciu przez fryzjera, nareszcie wygląda jak człowiek.

Maleńka nareszcie założyła spódnice. Oczywiście do tego sportowy t-shirt i koniecznie sportowe buty. Nie oponowałam, bo i tak nic by to nie dało. Jest teraz na etapie robienia sobie tatuaży (na szczęście z henny), malowania włosów na różne kolory i zachwytu nad kolczykami w różnych miejscach (sama nie ma żadnego). Tym razem wytatuowała sobie słowo „love” na palcach ręki. Dziwnie to wyglądało – młoda śliczna blondynka z długimi włosami, których końce są turkusowe i tatuażem na dłoniach.

Do kościoła przeszliśmy piechotą.

Na chrzcinach spotkały się dwie rodziny. Rodziny żony K nie znałam wcześniej, więc w kościele wszyscy się rozdzieliliśmy. Oni siedzieli po lewej stronie, my po prawej.
W lokalu usiedliśmy blisko nich i nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę, o czym mówić. Neutralnie zaczęłam o pogodzie a później o szkole. Rozmowa kleiła się o tyle o ile, czyli raczej kulawo.

Moją uwagę zwrócił siwy pan, który pojawił się u boku K. Był sam, bez partnerki. Pomagał prowadzić wózek. Później siedział blisko K i S. Zastanawiałam się kto to jest. Myślałam, że to fotograf, ale nie robił zdjęć. Był cały czas blisko K i S i ich dziecka.
Utkwił mi w pamięci. Zdziwiłam się, że taki facet jest sam, w sensie bez partnerki, ale później wyjaśniłam sobie, że na pewno żona jest mocno zajęta i nie mogła przyjść. Na palcu nie było obrączki, w więc dziewczyna.
K zaprosił nas w swoją stronę i mogłam z nim porozmawiać. Facet włączał się do rozmowy. Maleńka zaczęła chwalić się swoimi zdjęciami i rysunkami. Pokazywała swoje dzieła umieszczone w komórce, a ma talent plastyczny, że hej. Mimo 15 lat potrafi pięknie rysować i robi suuuuper zdjęcia. Niejeden nie zrobiłby takiego ujęcia mega aparatem fotograficznym, jak ona zwykłym aparatem telefonicznym z androidem. Pokazywała więc swoje dzieła i prężyła się z dumy, kiedy Facet chwalił, mówił o ujęciach, ekspozycjach, naświetleniu i tym podobnych sprawach. I nagle dałam się wciągnąć w rozmowę o zdolnościach mojej córki. Facet okazała się super rozmówcą. Zwykłym, nie zadzierającym nosa człowiekiem, z którym można gadać godzinami o wszystkim. Oczywiście, nie gadałam z nim godzinami :-) o nie, tyle czasu nie mieliśmy. Ale fajnie było patrzeć na Maleńką, jak dumnie podnosi głowę, uśmiecha się, i chętnie kontynuuje rozmowę.
Jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła w Facecie. Kiedy byliśmy już u K i zaczęła się rozmowa na temat naszej rodziny i żalu K do rodziców i siostry, że nie przyjechali na chrzciny, że rodzice tak traktują K, Facet zaczął tłumaczyć całą sytuację K. Uderzyła mnie mądrość jego słów i dziwne podobieństwo do B (terapeuty). Sytuacja, kiedy facet okazuje się „normalnym” człowiekiem, kiedy bez zadęcia opowiada o tym, co robi, kiedy potrafi słuchać innych i nie przerywa im, żeby powiedzieć „a ja to…”, no jednym słowem, takie sytuacje wprowadzają mnie w osłupienie. Okazało się, że oglądaliśmy takie same filmy i to samo nas rozczulało i rozśmieszało. I mamy takie samo zdanie na temat relacji rodzinnych i zachowania ludzi. On jest drugi, po B, który potrafi tę trudną sztukę. Tylko, że B jest moim terapeutą a ten, samoistny psycholog, jest pewnie „własnością” jakiejś pani o krwistych, wypielęgnowanych paznokciach, z długą blond fryzurą i nienaganną sylwetką.
Fajnie było go słuchać a rozmowa z nim była przyjemnością.
W domu szybko zajrzałam do Facebooka i znalazłam go wśród znajomych K. Facet jest 7 lat ode mnie młodszy, mimo, że wygląda jakby był w moim wieku, przez siwe włosy. Pracuje w policji i jak wyśledziłam na profilu jest „wolny”. Kurde, taki fajny facet i wolny. Szkoda, że jest młodszy i to tyle lat. W ten jego status facebookowy nie wierzę. Oczyma wyobraźni widzę przy nim jakąś wystrzałową blondi.

No tak, zaintrygował mnie ten Facet i to bardzo. I to przez sposób rozmowy właśnie… Dobrze, że K ma takiego przyjaciela, mądrego i wyważonego, który nie dolewa oliwy do ognia a wręcz usiłuje wyciszać uraz do rodziny. Przypomniało mi się, jak tłumaczył K, że siostra, która nie przyjechała na chrzciny i do której K chciał wysłać dołującego sms-a i bez tego czuje się głupio a wiadomość jeszcze bardziej jej „dołoży”. I tu pojawił się B – kurde jakbym go słyszała podczas sesji. I od tego momentu zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na Faceta i na to co mówi …
A Facet jest uroczy, nie, właściwie jest normalny, z tym swoim ciepłym uśmiechem i roześmianymi oczami, z rzęsami długimi i ciemnymi jak u dziewczyny. No, to prawda, trochę go poobserwowałam.

I tak, czuję żal, że moje życie już minęło i że ja nie spotkałam i nie spotkam takiego faceta… Pomimo tego, że jak zauważyła bratanica: „Ciociu jaka ty wylaszczona! Pięknie wyglądasz w tej sukience! Nie mogłam się napatrzeć na ciebie” . „Staram się jak mogę!” – odpowiedziałam ze śmiechem. Rzeczywiście, staram się, bo mam dla kogo. Dla ślicznej Maleńkiej i przystojnego Młodego. I niech tak zostanie :-D

Udał się wczorajszy dzień i to bardzo. Wspaniały dzień z rodziną!

Środa, 16:40 In Treatment

Od samego początku zaczęłam temat matki.

Dziś nie było złości. Starałam się zobaczyć ją neutralnie. Pozytywnie jeszcze nie umieniem, ale neutralnie jestem w stanie się z nią zmierzyć.

Zamiast mojego monologu, była rozmowa. Powtarzanie tego, co wiem i tego o czym starałam się myśleć przez te dwa tygodnie.

On nazwał to rozumowaniem na poziomie racjonalizacji. Tak, wolę racjonalizować, bo emocje za bardzo bolą, za bardzo niszczą, i czuje się tak, jakbym rozniecała huragan, tornado, albo orkan.

Dzisiejsza sesja była powtórką, kolokwium przed egzaminem.

Był temat aborcji. której nie mogę jej darować. Wciąż traktuję tą czynność jak zabójstwo. On powiedział, że matka musiała być bardzo świadomą osobą, skoro o tym myślała. W środku mnie się gotowało. Ona była bardzo świadoma?!
Słuchałam go i zaczęłam mówić, że na poziomie świadomości daję kobietom szansę wyboru rozwiązania ciąży, ale podświadomie i emocjonalne zrobiłabym im to samo, co one robią „embrionom” (jak powiedział B). Dla mnie to nieważne, czy to embrion, czy płód – to życie, które kiełkuje w kobiecie. Podchodzę do tego bardzo emocjonalnie, ale przed nim byłam łagodna i wyrozumiała. Cicha i spokojna a w środku niechęć. Staram się. W takich wypadkach nie krzyczę, ale staram się tłumaczyć, dopytywać. I nie mogę się pozbyć uczucia pustki, niechęci i przerażenia w stosunku do takiej osoby.

No i na początku napisałam, że nie było złości, a jednak była, tylko dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Owszem kobieta ma wybór, ale też znam drugą stronę medalu – smutek i żal, poczucie winy, które zżera kobiety po aborcji i jak to uderza w dzieci, które ocalały i chyba tego nie umieniem jej darować.

Czego mnie nauczyła? Staram się być jej przeciwieństwem. Fizycznie bardzo podobna, ale emocjonalnie zupełnie inna.
Nie pamiętam matki radosnej, śpiewającej, bawiącej się. Wciąż była zamyślona, poważna, nerwowa i kontrolująca. Nadopiekuńcza?!

B wciąż zaczynał mówić o tym, że była też kiedyś małą dziewczynką, zagubioną, nieporadną a później zawiedzioną młodą kobietą… WIEM! Próbowałam tego triku, ale wciąż czuję do niej urazę. Zadrę, której nie umiem zagoić. Staram się, ale nie wychodzi.

Dzięki niej umiem słuchać innych (ona nigdy nie słuchała). Dzięki niej kocham swoje dzieci bez obrzucania ich winą i wywoływania poczucia winy, bo mi w życiu coś nie wyszło (ona płacząc i narzekając w innych widziała sprawców swojej niedoli). Na przekór niej robiłam wiele rzeczy i wyszły one korzystnie dla mnie, ale wciąż nie umiem pozbyć się poczucia winy, że robiłam to nie tak, jak ona chciała…

Matka wiecznie żywa! Zrobiłam ołtarzyk ze swoją Świętą Matką i drżę przed jej reakcją.Nie potrzeba mi Boga, bo mam Matkę! Dużo jej zawdzięczam złego, z którego wniknęło dużo dobrego. Może uda mi się w końcu ją oswoić i odkleić od niej. Jakiś punkt zaczepienia jest – zło, które zamieniło się w dobro.

A tak z innej beczki – przeżyłam gastroskopię. Nic przyjemnego… Boli mnie przełyk, bo pobrano z niego wycinek do badania. Dowiedziałam się, że mam bakterię w żołądku i błona śluzowa jest podrażniona i jeszcze odcinek w przełyku wygląda tak, jakby miał uczulenie. Wynik wycinka za trzy tygodnie.

Wtorek, 08:59

O pogodzeniu K z ojcem można pomarzyć.
Ojciec jest tak zapiekły w gniewie, że zaczynanie tematu K jest od razu początkiem ogromnych nerwów. M zsiniał i zaczął krzyczeć. Córka (którą niepotrzebnie wzięłam ze sobą) ze łzami w oczach zauważyła, że to jest jego syn, który szuka zgody, na co on zaczął wręcz krzyczeć, tłumacząc, że synem przestał już być a w ogóle to go wydziedziczy. On już syna nie ma!!!! Zdjęcia nawet nie wyjmowałam z torebki. Trudno. Majątki i chora duma przysłoniły wszystko a szkoda, bo w innym życiu ojciec mógłby być dumny z takiego syna.

Rozbolała mnie głowa. Szkoda mi było córki. Ona to bardzo przeżyła. Z płaczem mówiła, że nie rozumie M, że K jest taki wspaniały, że jeszcze nie spotkała tak dobrego człowieka.

Tak, to właśnie moja rodzina, gdzie wszystko jest postawione na głowie a chęć posiadania i przywiązania do rzeczy przysłania miłość do członków rodziny. Szkoda.

Nie pasuję do nich. Dla mnie ważniejsze jest być a nie mieć.