Niedziela, 08:53.

Napisałam pismo – odpowiedź na pozew

Nie mogę się otrząsnąć

Wszystko, co najgorsze wróciło

W piątek byłam w biurze podawczym sądu. Przeglądałam akta sprawy.

Z dokumentów dowiedziałam się, że sprawa odbyła się w kwietniu 2016 r. ale została przeniesiona na termin późniejszy z powodu mojego i jego nieobecności.

Mnóstwo kartek w aktach. Dokumenty ze szpitala. orzeczenia. Dowiedziałam się, kto jest jego kuratorem, w jakim szpitalu obecnie przebywa. Siedziałam w biurze i trzęsącymi dłońmi przewracałam kolejne dokumenty. Czułam się tak, jakbym była tam bezprawnie, jakby ktoś za chwilę miał złapać mnie za kołnierz i z wulgarnymi słowami wyrzucić, dokładając jeszcze solidne razy…

Tak czułam się w tym domu, w którym razem z nim mieszkałam. On był panem. Do kontroli miał jeszcze mamusię, która sprawdzała co robię. Nie raz zaznaczali, że to nie jest mój dom. A ja tak bardzo chciałam mieć swoje miejsce. Tak bardzo… Zgadzałam się na takie traktowanie, bo chciałam mieć dom, swoje miejsce. I co? Co mi zostało? Tułanie się po wynajętych mieszkaniach.

Co czuję? Bezsilną rozpacz, wkurwienie, i przeświadczenie, że cokolwiek zrobię, on mnie dorwie.

Nie mogę zrozumieć sensowności tego pozwu.
W aktach czarno na białym jest, jakim on jest człowiekiem. Czemu powołuje się na wokandę taką sprawę???? Czuję się znów jak wtedy, kiedy byłam bita i wzywałam policję i pogotowie a pogotowie nie chciało go zabrać do szpitala pomimo wypisów ze szpitala psychiatrycznego i orzeczenia o schizofrenii, albo zabierali go i przywozili, bo obiecał iść do lekarza. Nie wierzono mi, zdrowej psychicznie, pobitej matce, tylko wierzono jemu, agresywnemu schizofrenikowi. Czemu mogę to mówić w rożnych instytucjach i mieć wrażenie, że nikt mnie nie słyszy????

CZEMU MNIE NIKT NIE SŁYSZY???!!!!

NIE SŁYSZELI MNIE W DZIECIŃSTWIE I NIE SŁYSZĄ MNIE TERAZ!!!! CZEMU????

Czuję się taka bezsilna, taka sama z tym wszystkim…

Nie wiem, co wymyśli sąd. Sprawa o znęcanie nade mną też ciągnęła się w nieskończoność. Przerażało mnie to. Pomimo obdukcji, opinii biegłych, jego zachowania, sędzia zwlekała z orzeczeniem wyroku. Nawet kiedy wyrok był orzeczony, on dalej przebywał w domu. Nie umieszczono go w szpitalu. Nikt nie dopilnował wykonania wyroku aż do dnia,w którym dopuścił się zabójstwa. Dopiero wtedy na miejsce zabójstwa nazjeżdżało się mnóstwo „strażników prawa i porządku” i zawieziono go do szpitala. Musiało dojść do przestępstwa, żeby wszyscy dowiedzieli się, że jest niebezpieczny.

Mnie i dzieci nikt nie widział. Nikt nie widział naszego strachu…

Czemu większe poważanie mają ludzie agresywni? Wszyscy się ich boją?

W poniedziałek kolejne spotkanie z adwokatem. Mam 14 dni na odpowiedź na pozew.

Nie umiem zrozumieć, dlaczego? Dlaczego on ma więcej praw ode mnie. On, schizofreniczny zabójca ode mnie, matki, która samotnie wychowuje dwoje dzieci z pensji nauczyciela. On, któremu utrzymanie zapewnia państwo, łożąc miesięcznie 4 tyś zł i ja wynajmująca mieszkanie i płacąca słono za wszystko. Może też pozwolę, żeby depresja jednak zawładnęła moim życiem do tego stopnia, że umieszczą mnie w szpitalu a dzieci zostaną same sobie z alimentami w wysokości 20 zł.

Nawet złość, którą czuję, przykrywam płachtą bezsilności, bo niewiele mogę…

Zobaczymy, jak sąd rozpatrzy sprawę? Nie spodziewam się niczego dobrego :-(

Środa, 9:53

Po dzisiejszej sesji

Boli mnie głowa

On momentami kpił

Zbliżałam się do pewnej granicy

i nic już nie mogłam zrobić

Za tą granicą rozsypałabym się

a przecież muszę być mocna

muszę sobie radzić

usmiechać

spokojnie słuchać

na nic się nie skarżyć

gdzieś tam jest ta granica

delikatna i bardzo nęcąca

granica nicości

spokoju

rozpłynięcia się

tak bardzo mnie nęci

„killing me softly”

przejście na drugą stronę…

Co miałam mu powiedzieć???

Rozsypałam się

a z oczu potoczyły się łzy

ocierałam je szybko

Emocje są niepotrzebne

Po co mówić??

I tak nikt nie słucha…

 

 

Przypomniały mi się pewne sceny:

Ja i grupa młodzieży na pielgrzymce. Oczywiście W Częstochowie. Nie wytrzymałam i łzy popłynęły z oczu. Spojrzała  na mnie pani, która była z nami.
- Przecież tak nie można – skwitowała z dezaprobatą – są leki…
Powstrzymałam łzy. Nie mogę być histeryczką…

Wiadomość od mojej ciotki, że mama ma raka.
- To M nic ci nie mówiła?
- Nie, słyszę to po raz pierwszy. Ona woziła matkę po lekarzach, robili badania – mówię coraz ciszej, osuwając się po ścianie. Siedząc na podłodze łapię powietrze całymi haustami. Ciotka patrzy na mnie z góry.
- Widocznie nie chcieli cię martwić… Musisz być silna dla matki. Ona nic nie wie…
Nie mam nawet siły płakać. Patrzę przed siebie i czuję, jakby wszystko się skończyło. Wiem jedno, mam być silna i uśmiechnięta, żeby matka niczego się nie domyśliła.

Praca w szkole. „Jazda” z J. Zostałam wypuszczona rano do pracy. Na szyi pręgi po zaciśniętych palcach. Zasłaniam je apaszką. Roztrzęsiona wchodzę do budynku. Zaczyna się lekcja. Spokojnie zaczynam zajęcia. Sprawdzanie obecności… A w głowie ogromny strach i wieczorne sceny… W pracy opanowanie, uśmiech, spokojny głos… Mam być silna… Muszę być silna… Są przecież leki…

Moje dzieci…

Muszę być silna, aby one mogły być spokojne i szczęśliwe…

Wielki cień, który mnie pochłania…

A on się dziwi, dlaczego poddaję w wątpliwość jego słuchanie…

On mnie słucha…

Sorry, ale nie wierzę…

Po 45 minutach wyjdę…

On zrobi sobie kawkę, przecież jeszcze jej dziś nie pił…

O pełnej godzinie następny pacjent, albo załatwianie spraw formalnych – uzupełnianie dokumentów

Następny pacjent

Wizyta odnotowana

Ślad w dokumentach został

Sorry, killing me softly…

Niedziela, 13:09

Już niedziela

Niedziela z wisielczym humorem

Wczorajszy wieczór u znajomej. Gadania co niemiara.

W pamięci siedzi dialog z uczniem na lekcji. Oczywiście temat poniedziałkowego buntu kobiet i tematu aborcji. Sama rozpętałam dyskusję przedstawiając swój punkt widzenia. Jestem przeciw aborcji.
Jeden z uczniów zaczął mówić:
- Moi krewni mają niepełnosprawne dziecko. Jak widzę , jak bardzo się z nim męczą jestem za aborcją. Takie dzieci nie powinny się rodzić – mówił ze złością.
- Odbierasz prawo niepełnosprawnym do życia? – zapytałam
- Tak – padła odpowiedź
- Co w takim razie powiedziałbyś swojej mamie, gdyby urodziła niepełnosprawne dziecko?
Popatrzył na mnie i odparował:
- Ale nie urodziła i nie musi się męczyć!!!
- Ale…
Już nabrałam powietrza, aby przedstawić jakiś kontrargument, kiedy z boku sali odezwała się dziewczyna:
- A ja myślę, że cała ta zadyma była po to, żeby skłócić Polaków. To bardzo wrażliwy temat…
Popatrzyła w moją stronę a ja ze zdziwieniem przyznałam jej rację.
- Wiesz, dzięki za twój głos.
Zamilkłam, chociaż już miałam zamiar się kłócić. „Zbawiać świat” i przedstawiać argumenty przeciw aborcji. Ona mnie przyhamowała. Okazała się mądrzejsza ode mnie. Dziewczyna z wyglądem „emo”. Zgasiła mnie jednym zdaniem. Mnie, która deklaruję się wyważonymi poglądami.

Na podyplomowych miałam wybrać temat na zaliczenie dotyczący aborcji. Nie przebrnęłam. Wybrałam inny temat. Nie umiałam znaleźć argumentów „za”. Emocje biorą górę. Nie umiem wybaczyć mojej matce. Nie umiem jej zrozumieć. Zaskorupiłam się…

Musze odpuścić. Za dużo negatywnych emocji. I tak moja złość niczego nie zmieni. Jestem w mniejszości i to w tej wyśmiewanej mniejszości. Tej „zacofanej”. Medycyna jest na tak wysokim poziomie, że nawet kobiety z rakiem rodzą zdrowe dzieci.
Widziałam w wiadomościach  dwie panie z fundacji Rak’n'roll, które mimo podawanej chemii urodziły zdrowe dzieci. Gdzieś tam w świecie urodziła kobieta, której przeszczepiono macicę od matki. Jedne pragną dzieci a inne ich nie cierpią i gotowe są nawet je zabić rękami lekarzy. Głośno było o przypadku urodzenia dziecka od trójki rodziców. Wyselekcjonowano materiał genetyczny wolny od dziedziczonych chorób od dwóch matek i jednego ojca i tak zmodyfikowaną zapłodnioną komórkę wszczepiono w macicę kobiety, która urodziła zdrowe dziecko.

Ok, czepiam się, generalizuję, jestem tendencyjna, itp.,
W środę B chciał mi dać namiary na jakąś panią, która jest od problemów przemocy w rodzinie, od „niebieskiej linii”. Zapytałam „co to da?”. No, przecież nic to nie da. Trzeba realnie patrzeć na życie a nie idealizować. Takie jak ja muszą sobie radzić same. Psychiczni maja pomoc i ochronę a tacy jak ja mają strach i wycofanie. Dlatego mam dość. Znów zaczną się się wizyty w sądach… ale też jestem świadoma swojej bezsilności i znikomej ważności tego co mam do powiedzenia. Jestem za cicha i nie umiem „wznosić okrzyków” i „pluć jadem”.

Mam „złe dni”.

Na niedzielę przestali grzać. W mieszkaniu zimno. Zimny wychów. Wczoraj u znajomej było tak gorąco, że trudno było wytrzymać. A w domu zimno. Może zaczną grzać jak uczniowie przyjadą do internatu. Taki urok mieszkania przy szkole – w tygodniu, jak są lekcje jest ciepło a w sobotę i niedzielę radź sobie sama. Niezła oszczędność. Przecież tak ogrzewane pomieszczenia łatwiej łapią wilgoć i grzyb, no ale… Przecież są mądrzejsi. Remont jest tańszy od grzania :-( a za lekarzy przecież dyrektor nie będzie płacił…

Wtorek, 00:46

Wiem, jest bardzo późno. Miałam iść spać… ale jeszcze parę słów, jeszcze tylko, to o czym myslę.

Wybił mnie z rytmu ten psychol

Przypomniał mi J.  a najgorsze to, że zaczynałam się użalać nad nim. Szkoda mi takich ludzi??? Powinno być szkoda, ale nie po tym co przeszłam.

Wzbudził we mnie złość. Wciąż nie mogę sobie uzmysłowić, że to chory umysł. Następny psychopata, który swoje niepowodzenia życiowe usprawiedliwia tym, że ktoś działa na ich niekorzyść, ktoś im szkodzi, a wręcz zagraża.

Niepotrzebnie pokazywałam tego bloga. Może powinien być zahasłowany. Spotkałam następnego chorego psychicznie.  To był niezły trening. Trening mojej odporności psychicznej. Nie będę z głupim wchodzić w dyskusję, nie warto.

Byłam z Młodym w szpitalu. Czekaliśmy trzy godziny na wizytę u chirurga. Lekarz obejrzał go i ustalił wizytę na koniec miesiąca. Będą mu to wycinać. Boję się o niego. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.

Kobieta, która wysłała do mnie maila z prośba o radę nie zrezygnowała. Przesłaliśmy sobie parę listów. Jest przerażona tym, co się u niej dzieje. Okazała się kobietą na stanowisku. Pracuje z ludźmi współuzależnionymi. Myślałam, że tacy ludzie doskonale sobie radzą, że nie maja takich problemów jak ja, a tu niespodzianka. Ona jest tak samo bezradna i zagubiona jak ja wtedy.  Napisałam, jak to było u mnie i ze mną. Może ją trochę nastraszyłam, ale ta choroba jest straszna i nie wiem dla kogo bardziej – dla chorych czy dla zdrowych.

Rozmawiałam z R. Powiedziałam mu, że mam jakieś schizy. Mam wielu znajomych. Przyglądam się z zewnątrz tej znajomości i ze zdziwieniem dostrzegam, że przestaję do niektórych pasować, że uwiera mi ta znajomość. Czuję się jakbym stała na rozdrożu. Opuściłam stare, ciepłe miejsce a nowe jest dla mnie jeszcze zbyt obce. Stoję więc pośrodku i jestem czasami bardzo bezradna. Nie wiem, co mam robić. Coraz mniej we mnie potrzeby lecenia z pomocą.

To dziwne uczucie.

R powiedział, że czuję się jakbym wróciła z wojny i stan spokoju bardzo mnie niepokoił. Być może tak jest.

Wieczór w lokalu M. Rozmowa z B. I to, że nie leciałam jej z pomocą a tylko słuchałam i nie zostałam odtrącona a wręcz B wydawała się bardzo zadowolona, mnie bardzo zdziwiło. To nowe doświadczenie. Tak nowe jak to nad morzem ze Sł.

Ok, jest po pierwszej. Pora spać…

Zrobiłam test… menopauzalny. Nie tak dawno robiłam test ciążowy, kiedy nie wiedziałam czy jestem w ciąży z moimi pociechami. I niestety wyszedł pozytywny. menopauza mnie powitała. Cichaczem, podstępnie, wykorzystała moje przeżycia emocjonalne i zagościła w moim ciele już od roku. Brak okresu nie jest spowodowany przeżyciami emocjonalnymi, ale szybszą, w moim przypadku, menopauzą. Pierwsze oznaki starości… Niestety :-(. pociecha z tego taka, że nie zajdę w ciążę. Marna pociecha, ale zawsze jakieś słoneczko…

Wtorek, 11:05

Wczoraj szybko wysiadłam. Wzięłam tabletkę (2/3) i odpłynęłam a dziś obudziłam się z zawrotami głowy. Kręci się w niej jak na karuzeli, jakbym była na mega kacu :-(

Rano postanowiłam zadzwonić do sądu w Gdańsku. Miałam dowiedzieć się, jak się ma ubezwłasnowolnienie mężusia. Zawroty głowy i niemożność zebrania myśli skutecznie odbierały mi jasność umysłu. Plątałam się, nie wiedziałam od czego zacząć a w końcu poprosiłam o pomoc i małymi kroczkami, po kolei, zaczęłam wyłuszczać z czym dzwonię. Pani zaczęła szukać a w końcu orzekła, że nie ma takiej sprawy, nikt o takim imieniu i nazwisku nie był stroną w sprawie o ubezwłasnowolnienie. Pat. Poradziła mi, żebym znów zwróciła się do sądu okręgowego w Ostrołęce i zapytała co dalej ze sprawą o podanej sygnaturze.

Kurde, we łbie wciąż karuzela, brakuje tylko muzyczki jak z pozytywki…

Zadzwoniłam do Ostrołęki. Pani zaczęła szukać po sygnaturze akt i znalazła. Sprawa owszem poszła do Gdańska, ale 15 lutego została przekazana do Ostrołęki a stamtąd, 17 czerwca do Białegostoku. 24 sierpnia wysłano do mnie postanowienie razem z odpisem opinii biegłych.
Nie podałam nowego adresu a zawiadomienia szły na adres w mieście. Wracały nieodebrane.
Prosiłam hrabiego w mieście, żeby informował mnie o pismach poleconych a on je pewnie wyrzucał. Chuj…
Dobrze, że zaczęłam coś z rozwodem, bo nigdy bym się nie dowiedziała, jak toczy się sprawa z J. Pewnie po obserwacji w Gdańsku przeniesiono go do Białegostoku.

Jadę do miasta. Musze wysłać list polecony do sądu z informacją o zmianie adresu i prośbą o ponowne przesłanie informacji sądowych.

Cały pozytyw z tego zamieszania jest w tym, że płacić za pisma rozwodowe będę dopiero po pierwszym, czyli po wypłacie.

Idę się ogarnąć i jadę. Odbieram też telefon z naprawy. :-D