Piątek, 20:09

Zamówiłam w Empiku film „A Monster Calls”. Będę go miała na własność i będę mogła go oglądać, kiedy będę chciała. Hę!!!
Mało tego!!!!

Zamówiłam książkę o tym samym tytule. Ha!!!! Będę mogła poczuć, wcielić się w głównych bohaterów, poczuć ich uczucia, poznać ich myśli. Bardziej wczuć się w klimat.

A tak a propos klimatu…

W środę terapeuta opowiedział mi o fragmencie książki, którą teraz czyta. Książkę kupiła mu córka. „Sekretne życie drzew”
- Czytałem o bukach. Czy wiesz, że stare buki zasłaniają młode drzewko przed słońcem, aby wolniej rosło. Zabierają mu światło, roztaczając nad nim swoje korony. Młody buk bardzo powoli rośnie. Kiedy stare drzewa umierają a jest to około osiemdziesiątego roku życia, młody buk strzela w górę i rośnie bardzo szybko. Bardzo szybko dojrzewa. Zaopatrzony w pokarm, który latami czerpał, teraz w mgnieniu oka nabiera siły i wielkości. Rośnie piękne i potężne. Nie wiem, dlaczego ta historia przyszła mi do głowy akurat w twoim przypadku…
- Tak… Ja też zostałam sama. Stare buki już dawno poumierały – pomyślałam a głośno powiedziałam, z uśmiechem – No to jak teraz strzelę w górę, tooooo…

Teraz, kiedy o tym myślę robi mi się ciepło na sercu. Taka analogia wywołuje u mnie ciepłe uczucia. Jestem silna… Rozwinę powyginane gałęzie, a właściwie to już je wyprostowałam i czerpię coraz więcej światła…

Analogie…

Metafory…

Opowieści…

One zasiane w naszej pamięci, kiełkują, rosną i rozwijają się. Dzięki nim życie nabiera głębi, barw i przestrzeni. Staje się trójwymiarowe. Dobra opowieść potrafi zdziałać cuda.

„Sekretne życie drzew” też zamówiłam. Będę miała co czytać :-)

Zaciekawiła mnie ta książka.

Będzie co czytać :-D

Środa, 20:07, In treatment…

Chciałabym powiedzieć, że dziś było dreptanie w miejscu

Na terapii

Nie było

Było mnóstwo dywagacji i „pieprzenia głupot” – jak to określiłam, śmiejąc się przy tym. Rozśmieszyło mnie w pewnym momencie powtarzanie tego, o czym kiedyś mówiliśmy…

Mówiłam trochę o B i jak go postrzegam. Podkreśliłam przy tym, że tak naprawdę nie znam go prywatnie i dobrze, bo gdybym go znała to bardzo szybko zaczęłabym się do niego dostosowywać, ze strachu, zachowawczo, chciałabym być dobra i miła. Fakt, jestem i bez tego. On coś mówił o idealizowaniu terapeuty a ja szybko dodałam, że idealizuje się wszystkie osoby, które pomagają, a więc lekarzy, nauczycieli, policjantów – oni z natury powinni być dobrzy i pomocowi…

Mówiliśmy trochę o moim ojcu i o historii, która utkwiła B w pamięci – sceny, kiedy ojciec podaje mi kanapkę w pociągu. Kiedy o tym mówił poczułam rozrzewnienie, jakieś dobre uczucia w stosunku do ojca. Uśmiechnęłam się delikatnie i cichutko powiedziałam, że chyba go kochałam, pomimo tej agresji i alkoholu. B zepchnął moją uwagę na jego dobrą stronę. Kiedy mówiłam o matce, że wiecznie płakała i narzekała i o ojcu, że był nieobecny, bo albo był pijany, albo bardzo agresywny i to przez niego matka płakała, B powiedział, że usprawiedliwiam matkę. Na chwilę umilkłam. Ma rację. Obwiniam ojca za wszystkie zło, jakie działo się w domu.
Powiedziałam o starszym rodzeństwie a zwłaszcza o siostrze, która bardzo kochała ojca. Znała go dłużej. Znała go prawie od początku istnienia naszej rodziny. Często opowiadała jaki był opiekuńczy, ofiarny (była straszna bieda a ojciec przywoził kawałki chleba i dawał go jej, żeby nie była głodna, chociaż sam nic nie jadł), jak kochał matkę i dawał jej pieniądze na nowe ubrania, które ona kupowała w Warszawie (była „modnisią”, elegantką) a ona wciąż narzekała i była ze wszystkiego niezadowolona.
Ja, jako dziecko a później panienka, pamiętam jak ojciec śpiewał ludowe piosenki. Lubił je śpiewać i zawsze wtedy się śmiałam.

U matki pamiętam tylko płacz, narzekanie, niezadowolenie. Smutną, zamyślona twarz i opowieści o tym, że jest nieszczęśliwa i pokrzywdzona przez tego s….na.

Dużo słów. Porównań. Dykteryjek.

W ogóle dziś na terapii się działo. Wciąż o czymś mówiłam. Zaczynałam jakieś tematy, opowiadałam filmy, które kojarzyły mi się z poruszanymi tematami, bardzo dużo słów…

Weszłam do gabinetu ze zmarzniętymi dłońmi. Rozcierałam je mówiąc, że jest bardzo zimno

Zimno nie było. To ja byłam trochę poruszona.

Na korytarzu „spotkałam” dawną sąsiadkę. Kiedy wchodziłam zobaczyłam jej rozwichrzone loki. Stała tyłem, więc nie byłam pewna, czy to ona. Powiedziałam dzień dobry. Ona się odwróciła a ja nawet nie spojrzałam w jej stronę. Przeszłam koło niej, jak koło obcej osoby, jakby była powietrzem . Wiem, że patrzyła na mnie. Poszłam odwiesić kurtkę na wieszak. Wróciłam w stronę krzeseł i usiadłam. Zaraz potem wychylił się B ze swojego gabinetu i poszłam na sesję. Dziwię się swojej reakcji – tej obojętności, spokojowi i temu, że stała mi się taka obojętna. Taka obca. Ciekawi mnie jak długo chodzi na terapię? Bardzo dobrze, że poszła. Będzie lżej jej dzieciom a może i jej. Nie chcę z nią już rozmawiać. Już nie… I to mnie bardzo zdziwiło.

Na sesji też powiedziałam, że wiele sytuacji jakie teraz sama stwarzam, kiedyś były dla mnie nie do pomyślenia. Wiele relacji, które zamknęłam, już mnie nie niepokoją a dają mi ogromną wolność. Zakończenie relacji z okularnikiem spowodowało przeniesienie do spokojnego i dobrego miejsca, mojego domu, bezpiecznego domu. Zostawiłam to jego brudne mieszkanko i wcale nie jest mi tego żal. Zakończenie relacji z sąsiadką też jest bardzo dobre. Pomimo jej „wspierania”, ja czułam się niekomfortowo, przymuszałam się do wdzięczności a jej pomaganie odbierałam jak zaciąganie długu wdzięczności i bardzo mnie to denerwowało. Denerwowało też mnie jej wścibstwo i rządzenie. Może chciała dobrze, ale bałam się tej relacji, bałam się zaciąganego „długu” i mimo, że bardzo przeżywałam nasze odsunięcie, to tak naprawdę jestem wdzięczna, że tak się stało.

Często mówiłam do B per „ty”. I przychodziło mi to lekko, bez oporów. Oczywiście, jeszcze raz doszukiwał się drugiego dna w odczuwaniu zimna przeze mnie i powiedział, że to przez to, że on nie jest wspierający. Już jestem do tego przyzwyczajona, że muszę dużo pracować na sesjach sama…

Trochę mówiliśmy o wyroczniach starożytnych. To na skutek moich słów, że on nie mówi mi jak mam postępować, nie jest taką wyrocznią. Śmiałam się mówiąc, że przychodzę do niego i wywalam wszystko, co mam w środku, tak jak ludzie przychodzący do wyroczni, która na podstawie wnętrzności układała wróżbę i dawała wskazówki, jak postępować. Ja swoje „wnętrzności” też wywalam, ale wróżby nie dostaję… Powiedziałam, ze wyrocznie były ukryte za kotarą, ludzie ich nie widzieli i pewnie były ujarane i mówiły, co im ślina na język przyniesie. On powiedział, że to były piękne kobiety, które miały problem z bliskością, były bardzo wycofane i bojące się bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Jakie by nie były, on na pewno nie jest i nie będzie wyrocznią.

Od razu skojarzył mi się film „The Knick” i pokazanie początków terapii. W serialu doktor próbujący leczyć uzależnionych mężczyzn, poprosił swoją przyjaciółkę o odgrywanie terapeutki a ponieważ kobieta miała zdeformowaną twarz i nie chciała, aby ktoś na nią patrzył, polecił aby krzesła na których będą siadać, ona i chory, były do siebie odwrócone oparciami, tak by oboje słuchali tylko swojego głosu. Terapia polegała na mówieniu przez uzależnionego tego co przychodzi mu do głowy a kobieta słuchała, prosiła o powtórzenie niektórych zdań, dopytywała, mówiła jak ona to odbiera.  B od razu zapytał, czy ja wolałabym nie widzieć jego. Odpowiedziałam, że czasami tak by mi było łatwiej.
Dziś też uciekałam wzrokiem w różne strony a na niego patrzyłam tylko niekiedy.

Stało się też coś jeszcze…
Po tych wielu słowach, pod koniec terapii, on zaczął na głos mówić, to co zaobserwował. Słuchałam go patrząc w okno. Nagle dotarło do mnie znaczenie jednego zdania. Poczułam ogromny żal i z oczu potoczyły się łzy. Chciałam krzyczeć, szlochać, wyjść a jedyne co zrobiłam, to odwróciłam zapłakaną twarz w stronę ściany. Zaciskałam szczęki i nie pozwalałam na głośny szloch… W końcu powiedziałam: „OK, dałam radę”… W głowie huczało i było mi wstyd, że tak mnie to rozżaliło. Przecież przed chwilą się śmiałam, że pieprzę głupoty, skupiam się nad popieprzonymi dywagacjami a teraz mam ochotę głośno płakać. On coś mruknął, nie pamiętam teraz, może coś w tym sensie, że „na pewno”, a może „jak zwykle”. Zapytał, co czułam? A ja wstydziłam się powiedzieć, co czułam.  Zaczęłam cmokać, milczeć, aż w końcu wykrztusiłam „Ogromny żal, że nikt tak do mnie nigdy nie powiedział…”

Czego ktoś do mnie nie powiedział???? Wyparłam to z pamięci. To było takie małostkowe… Takie słabe… To by świadczyło, że jestem słaba i bezradna a ja taka nie mogę być. Nie mam prawa być słaba. Muszę być silną babą, która ze wszystkim sobie poradzi.

I poczułam się jak mała dziewczyna, która siedzi na olbrzymiej kanapie a nie  w dużym fotelu… Taka słaba i bezbronna… Skurczona… Podnosząca bladą twarzyczkę w stronę faceta, który mówi oczywistą rzecz, ale dla niej ta rzecz jest nie do pomyślenia…

Tak, nikt nigdy w życiu mi nie powiedział, że nie muszę być mocna, że mogę być słaba i mogę oczekiwać pomocy a wręcz dostawać od kogokolwiek wsparcie…
Nie pamiętam jak brzmiało to zdanie… Zapomniałam…
Było w nim dużo ciepła… Dużo mojej bezradności, na którą mogę sobie pozwolić i nie wydarzy się koniec świata ani nikt przez to nie umrze. Zdanie, które pozwoliło mi przestać być na baczność. To było dobre zdanie… Dlaczego go nie pamiętam???? Nie pozwalam sobie pamiętać… To tak, jakby było nas dwie. Silniejsza jest wciąż ta druga, uformowana przez matkę. Matka wciąż otacza mnie sobą, jak ośmiornica, mackami. Wciąż słyszę jej ostrzeżenia, wciąż widzę jej zapłakaną twarz, jej złość, urazę, niechęć i czuję przymus chronienia jej, ustępowania, zgadzania, leczenia, opiekowania…
Przecież ona nie żyje…
To takie oczywiste postępowanie, taka „matryca”, mam tego świadomość, tylko, że ta „ośmiornica” jest mocniejsza…
Kiedy B mówił o obrazie mojej matki, automatycznie pomyślałam o swoich dzieciach. Czy ich nie krzywdzę? Jaki obraz pozostanie w ich pamięci?

Dzisiejszy dzień nie jest zły

Mimo ogromnego smutku i żalu, który czuję, czuje też spokój. Ogromny, wewnętrzny spokój.

Przestałam się szarpać

Nie chcę udowadniać innym, że jestem superwomen. Ja wiem, że jestem, ale wiem też, jakim kosztem. I wiem, że koszty są za wysokie. Za wysokie…

Coraz bardziej zaczynam cenić spokój mojego miejsca.

Jest bezcenny

TAK, JEST BEZCENNY ♥

Piszę i słucham muzyki

Srebrne dzwoneczki fortepianu

Dzisiejszy dzień był bardzo dobry

 

 

Poniedziałek, 22:25

Kurde, nie rozumiem mężczyzn

Dlaczego myślą, że kobiety powinny być uległe i zgadzać się z każdym ich zdaniem… Chociaż, właściwie chodzi o to samo.

Kolega z pracy zaczął się wpraszać do mnie, przy wszystkich, na herbatę z prądem. Robił to dość obcesowo. Oczywiście ja się uśmiechałam i wyłapywałam spojrzenia miejscowych plotkarek.
Tego samego dnia syn szedł do tego kolegi na korki, więc niewiele myśląc zaopatrzyłam młodego we flaszkę i poprosiłam o przekazanie a sama pojechałam na kawę do koleżanki…

Ale był dym!! Ło matko!

Dostałam sms-a, że on czuje się urażony, że on alkoholu nie przyjmuje a w ogóle to koniec z korkami!

Znów uraziłam samca alfa!

Najbardziej mi żal tych „korków” dla dzieci. Młody dzięki nim ma 4 na półrocze. Nie wiem o co chodzi?? Za korki płaciłam a nie sądzę, żeby poszło o ten nieszczęsny alkohol. Kolega ma żonę a ja też nie jestem panną i herbatki u mnie wyglądałby co najmniej jednoznacznie. Plotki są mi niepotrzebne.

Kolega przestał się odzywać a jak już się odezwał, to z jego ust popłynęły same oskarżenia. Poradziłam, żebyśmy rozmowę odłożyli na później, bo ja powiem coś w złości, czego nie da się później odkręcić… Oczywiście powiedziałam też, że nie chce nikogo innego do korepetycji. Kiedy ochłonęłam pomyślałam, że czas najwyższy szukać kogoś dla dzieci. Dobrze się stało a ja nie będę się przed nim płaszczyć jak przed okularnikiem. Już nie. On nie jest jedyny.

Dziś kolegi w pracy nie widziałam

Jutro zobaczymy

Co jest z tymi facetami? Czy wszystko musi mieć podteksty seksualne????

Nie ma damsko-męskiej przyjaźni. No, nie ma

Środa, 9:44

No i po…

Dreptanie w miejscu

Dawałam sobie czas i chrzaniłam o głupotach

Nieistotnych rzeczach

O rozwiezionych dzieciach i samotnym, spokojnym sylwestrze.

O tym, że uczniowie zamiast serduszek (tak rysowali kiedyś na samochodzie, na śniegu ) rysują coś zupełnie przeciwnego.
No, tak… Zbliża się półrocze a że ja w tym roku nie jestem wspierająca dla nich, więc rysują penisy. Miałam duży okaz narysowany na dachu i tylnej szybie. Syn się wkurzył a ja, dziwne, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Oczywiście, starałam się usunąć zamarznięty śnieg z dachu razem z rysunkiem, ale  złości nie czułam. Zrobiłam nawet ogromny wytrysk a później napisałam dużymi literami XD. Ich prawo pokazywać swoje emocje a moim prawem będzie ich udupić na półrocze za ogromne lenistwo i lekceważenie przedmiotu a przede wszystkim mnie. Oni mają swoją satysfakcję a ja swoją… Ing i jang… Jest równowaga… :-D

Sesja na luzie

Tylko kiedy się kończyła poczułam ogromny żal, że już koniec a ja tylko wyglądam zza muru, który zbudowałam. Solidnego muru…

Ale na razie czuję ogromny strach, panikę… Czuję ogromną próżnię, pustkę, coś nieokreślonego, ale bardzo wielkiego, jakąś przepaść widzianą ze zbocza ogromnej góry. Nie widać nawet dna …
Boję się rozpadania na kawałki i uczucia rozjeżdżania się…
Przez moment zaczęło mi się kręcić w głowie. Łapałam powietrze i widziałam wręcz tę przepaść. Czarną, wciągającą próżnię. Niebyt. Cienki lód, kruszący się pod nogami a tam… Nie wiem, płytko, czy głęboko, bezpiecznie czy czarna, oblepiająca usta woda, wdzierająca się do płuc. Nie wiem… I na razie nie chcę sprawdzać. Na razie za bardzo się boję. A co jak ta otchłań mnie pochłonie???

Oczywiście były dywagacje nad tym kogo chronię przed swoją złością… Mówił, że chronię jego… Tak, ma rację…

Bardzo często słyszę to zdanie. Otwiera mi furtkę do okazania emocji, którą ja szybko i głośno zamykam. Mam być miła… Łatwo się mówi i pisze o tym, co będę robić, jak się będę zachowywać, co powiem, ale w gabinecie pozostaje milczenie i uśmiech…

45 minut uciekło bardzo szybko

Dwa tygodnie wolnego

Za tydzień terapii nie będzie.

Wczoraj znajoma zapytała mnie czy chcę przyjść na koncert. Za free. Ja i córka. Nie chciało mi się. To będzie piątek. Chciałabym posiedzieć w domu. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Może moja odmowa ją urazi… Kurde… Zdobyłam się na odwagę i napisałam, że mam inne plany. Hahahahaha, inne plany! Siedzenie z ciepłą herbatą przed telewizorem… W zacisznym ciepełku. POWIEDZIAŁAM NIE! I nie było końca świata! Ona odpisała, że ok, tak tylko pomyślała, bo zaproszona osoba dobrze śpiewa… Najważniejsze, że świat się nie skończył, kiedy powiedziałam „nie”. Rozedrganą, pełną obaw siebie gdzieś zostawiam. Trudno mi to idzie.



Czwartek, 13:19

Przerwę świąteczną uważam za otwartą!!!!

Młodzież pięknie wystąpiła w apelu. Dali z siebie 1000%. Pięknie nauczyli się ról..

Chór pięknie zaśpiewał  piosenki bożonarodzeniowe. Nie było typowych kolęd. Była piosenka Perfektu

a póżniej

i na końcu

Uczniowie wspaniale mówili swoje kwestie…

Sukces ♥

 

 

Wczoraj sesja była…

Drepczę w miejscu

Próbuję oswoić to czego nie umiem wypowiedzieć, czemu nie chcę nadać nazwy, co najlepiej zamknęłabym na siedem spustów…

Cisza…

Dreptanie w miejscu

Najlepiej nic nie mówić

Uśmiechać się

A kiedy jest blisko, wycofać się i dalej milczeć

Taka była wczorajsza sesja…

 

Dziś piękny dzień

Piękny, bo słoneczny.

 

Nie chodziłam po klasach na wigilie. Powystawiałam stopnie w dzienniku.
Do mnie, do klasy przyszli dwaj uczniowie z opłatkiem i to tacy, po których najmniej się tego spodziewałam. Łamałam się tym opłatkiem z nimi ze łzami w oczach. Uściskałam ich i podziękowałam za pamięć. Jeden z nich powiedział:
- Wie pani, to już nasza ostania wigilia. Może już więcej się nie spotkamy.
Przypomniał mi się ojciec, który wyciągał rękę z opłatkiem ze słowami „Daj nam Boże za rok doczekać”.
Tak się na nich złoszczę, czasami krzyczę a tu oni przychodzą do mnie z opłatkiem. Pamiętają… Zależy im, żeby ze mną się podzielić. Rozwalili mnie totalnie…

 

No i siedzę i piszę, co dzisiaj i ryczę jak głupia…

Chyba polecę na kije…

 

A i jeszcze coś mi zostało w pamięci. Znajoma przyszła z gratulacjami i pytaniem: „Chyba masz kogoś?”. Odpowiedziałam jak zwykle ze śmiechem „Tak, mam!”.
Mam dwoje dzieci i powoli odnajduję siebie.
A to, że fajnie się teraz ubieram i dbam o siebie to wynik tego, że coraz bardziej zaczynam lubić… siebie.
Mam siebie i to jest mój najlepszy towarzysz ♥

***

Dłuuuugi marsz z kijami

Myślałam nad tym, co dzieje się na terapii i dlaczego jej nie kończę.

W sytuacjach kiedy powinnam siebie bronić ja milczę, albo wybucham płaczem. Złoszczę się, ale przepraszam i uśmiecham, chociaż wcale nie jest mi do śmiechu. Tego chciałabym się oduczyć. Oduczyć się bycia potulną niemową. Taką słabą i układną dziewczynką, która ślepo wykonuje polecenia i zachcianki innych.
Tak, jest we mnie dużo złości.
Tak, czuję ogromną złość. Złość, która mnie zalewa i nie pozwala normalnie żyć. Odbiera jasność myślenia i każe myśleć, że wszyscy chcą mnie skrzywdzić, więc muszę być potulna i miła, wtedy przeżyję.
Pojechane myślenie…
Nie wiem, co to spokojne i zrównoważone życie.
Życie bez strachu o spokojne jutro.
W nowym domu uczę się tego od roku.
Na terapii chciałabym zniszczyć te barierę…
Chcę żyć bez obawy o życie…

Chcę mieć dobre życie
Życie bez strachu