Środa, 13:54 Z dziennika niemłodej już i nie lekarki …

Terapia była?

Była

I co?

I nic…

No, może nie do końca nic.

Opowiedziałam o wizycie w Wawie, o Carycy Katarzynie i o lekarce i jej cudownej diagnozie.

O swoim wkurwie na własną nieporadność i wycofanie (tak, głośno powiedziałam, że jestem wkurwiona na siebie) , na co on zabawnie zareagował, kwitując moje słowa, dosyć wulgarne, „Czyżbyśmy mieli progres?”.
Ło matko?! (to była moja niema reakcja) i zapytałam, a właściwie stwierdziłam, że to żaden postęp…

Ble, ble, ble…

Tak, jestem wkurwiona. Przerażona. W potrzasku. Jakbym stała pod murem. Bo jestem ograniczona zakazami, nakazami, tym co wypada a co nie. Trzymaniem fasonu i powtarzaniem z uśmiechem na twarzy, że wszystko w porządku, jest dobrze. Przerażona swoją samotnością, bo brat jak zwykle jest śmiertelnie obrażony, siostra jest po udarach, więc nie można jej denerwować. Zostałam sama. Jak zwykle. I mam się nie mazgaić!!!
Ok, drogi terapeuto, wracamy do dzieciństwa! Do czasu kiedy miało mnie nie być, kiedy miałam być cicho, miałam pomagać, ratować, wybawiać. Kiedy nie było  matki a ojciec był straszny. Zadowolony?!!!!

Kurde, szkoda tylko, że tam, w gabinecie nie umiem tak rozmawiać. Siedzę potulnie, ściskam dłonie a z oczu kapią mi łzy… Niby jestem a mnie nie ma.

I tak do usranej śmierci…

I tak do usranej śmierci!!!

I tak do usranej śmierci????

Sorry, kurwa, ale jest mi mega ciężko.

I całe te badanie…

I rozmowa na terapii jakbym już umierała. I całe te dywagacje…

Ja staram się nie mówić, omijać, poruszać inne tematy a on wciąż wraca do badania w Wawie, do … no ok, do raka a ja nie chcę się tym martwić teraz. Chcę żyć w tym momencie, w nieświadomości i czekaniu. Rozmowa o tym teraz niczego nie zmieni. Chcę wierzyć, że „taką mam urodę” a nie, że to rak.

Kurwa, przewalone…

 

Tak, piosenka z „Króla Lwa” całkowicie na miejscu ;-)

A i jeszcze jedno super muzyczne odkrycie to HAVASI. Bedzie koncert  w Krakowie 23 listopada. Oj, jak ja bym na niego pojechała. Ale… to czwartek i daleko. Za daleko, niestety.

P.S.
Byłam u Ciebie, Longina. Ja nie złożyłabym życzeń swojej matce. Nie chciała, żebym się urodziła. Oddała mnie siostrze a później…
Tak jakoś bezwiednie związałaś temat swojego wpisu z jednym z pod tematów na mojej terapii.
Ja już nie chcę być wdzięczna wszystkim i za wszystko. Nie ma do tego siły. Już nie
Pozdrawiam

Piątek, 08:15

Jak na złość! Kiedy mam zajęty ranek – śpię jak najdłużej a kiedy mam wolne, budzę się bardzo rano! No, nieźle…

Wciąż myślami jestem przy Beacie.
Przyjechała do niej mama. Beata już w domu. Wie o diagnozie. Wie, że ma przeżuty do kości, że ból kręgosłupa jest spowodowany naciekiem nowotworowym. W poniedziałek jedzie do  Wieliszewa. Jej matka jest przerażona – widać to po oczach. Ona jest przerażona.
Pokazała mi leki od psychiatry.
- Zerknij – poprosiła.
- O, na wieczór masz takie same jak ja – odpowiedziałam ze śmiechem – a te drugie to nowsza, bezpieczniejsza pochodna seronilu. Pewnie te drugie są na rano?
- Tak…- spojrzała na mnie z pytaniem, którego nie zadała.
- Beata nie musisz się ich bać. Są bezpieczne i nie uzależniają. Po trittico szybciej usypiasz i przesypiasz spokojnie całą noc. Jesteś wypoczęta a te drugie są na poprawę nastroju. Trittico biorę i jak widzisz pracuję, jeżdżę samochodem, nie jestem dziwna, otumaniona, ani nie śpię w dzień. A ten podobny do seronilu miałam kiedyś. Tych leków nie trzeba się bać. One ułatwiają życie. Wiem, stygmatyzacja i łatka świra, ale są takie momenty w życiu, że bez chemii ani rusz… – zaśmiałam się – bez chemii – powtórzyłam.
- No właśnie i twoja chemia też pomoże. Najpierw zrobią naświetlenia, żeby zmniejszyć guz na kręgosłupie a później będzie chemia. Beatka to się teraz leczy. To nie wyrok i jest szansa na wyleczenie – paplałam.
Jej mama patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami.
Wcześniej opowiadałam o moich wyjazdach wakacyjnych.
- No słucham pani i nie mogę się nadziwić. Pani się nie boi tak sama jeździć samochodem i to w tyle miejsc?
- Wcale. Chciałam kiedyś nawet zabrać Beatkę, ale nie chciała…
Wiele strachu. Najważniejsza jest nadzieja na wyzdrowienie i chęć życia. Najważniejsza.

Jakiś wszędobylski chaos zapanował w moim świecie – Beata, nowa dyrekcja w szkole…

W pracy atmosfera gęstnieje z dnia na dzień. Ludzie nieprzychylni nowej dyrekcji nakręcają siebie i innych jak spirale. Trudno wytrzymać. Jakaś pieprzona eskalacja. Już nie ma znajomych. Utworzyły się dwa obozy – PIS i PO a osią niezgody jest nowa dyrekcja. Popieprzony czas. Już nie ma kompetencji i normalnego, ludzkiego podejścia – są partie, media, nagonka, ukradkowe łypanie okiem, pogardliwe spojrzenia, inwigilacja i denuncjacja. Chyba nie będę wychodzić ze swojej pracowni, bo nawet pogadać nie będzie z kim.

Nadchodzą mega ciężkie czasy…

Albo ja wszystko widzę w ciemnych kolorach, ostatnio.

20994271_957924954350475_7906105201070967497_n

Środa, 13:29 In tereatment

Wstałam z potężnym bólem głowy, za późno. Myślałam, że się spóźnię na wizytę.

Nie spóźniłam się.

A tam się poryczałam.

Miałam być mocna. Miałam się kłócić i obstawać za swoim a w rzeczywistości się poryczałam.

Za dużo tego wszystkiego…

Za dużo jak na mnie.

Najpierw gastroskopia i wycinek. Podejrzenie nowotworu u mnie…

Później sytuacja z Beatą i moje myśli, że nie mogę jej pomóc. Że odchodzi ktoś wspaniały. Ktoś, kto nie pcha się w cudze życie z butami, nie instruuje, do doradza, nie krytykuje. Po prostu jest obok i taki ktoś umiera. Zostawia dwoje dzieci i męża…

B oczywiście przełożył to na mnie i na moje odczucia. Na moje wyparcia i chronienie drugiej osoby zamiast siebie.

A mnie w tym wszystkim nie ma. Czuję się jak w bańce mydlanej. Oglądam świat dookoła. Mojej choroby nie ma. Ot, wzięli wycinek, jakby to była zwykła czynność podobna do borowania w zębie. NIE CHCĘ MYŚLEĆ O SOBIE!

Ryczałam nad Beatą…

Byłam zła na fochy u córki. Okres dorastania. Była u córki znajomej, która kiedyś mi dokopała. Miałam ogromne zaufanie do tej znajomej, wręcz powierzyłam jej całe swoje poranione życie i dostałam ogromnego kopa. I do jej córki zawiozłam swoją, bo się przyjaźnią. A ja cała jestem na nie, ale … Niech tam. Córka chciała zostać u niej na noc. Nie zgodziłam się i w zamian otrzymałam mega focha. Córce przeszło dopiero dziś.

Dziś zadzwoniłam do Beaty. Jest lepiej. Żwawszy głos. Była na wizycie u psychiatry, nota bene, tej samej, która wspierała mnie. Rozmowa wypadła bardzo pozytywnie. Będzie miała leki na poprawę nastroju. Jest lepiej. Dziś w nocy nawet spała.

Jadę do niej.

Nie jest łatwo wspierać kogoś bardzo bliskiego.

Deszczowy ten dzień…

Piątek, 20:09

Zamówiłam w Empiku film „A Monster Calls”. Będę go miała na własność i będę mogła go oglądać, kiedy będę chciała. Hę!!!
Mało tego!!!!

Zamówiłam książkę o tym samym tytule. Ha!!!! Będę mogła poczuć, wcielić się w głównych bohaterów, poczuć ich uczucia, poznać ich myśli. Bardziej wczuć się w klimat.

A tak a propos klimatu…

W środę terapeuta opowiedział mi o fragmencie książki, którą teraz czyta. Książkę kupiła mu córka. „Sekretne życie drzew”
- Czytałem o bukach. Czy wiesz, że stare buki zasłaniają młode drzewko przed słońcem, aby wolniej rosło. Zabierają mu światło, roztaczając nad nim swoje korony. Młody buk bardzo powoli rośnie. Kiedy stare drzewa umierają a jest to około osiemdziesiątego roku życia, młody buk strzela w górę i rośnie bardzo szybko. Bardzo szybko dojrzewa. Zaopatrzony w pokarm, który latami czerpał, teraz w mgnieniu oka nabiera siły i wielkości. Rośnie piękne i potężne. Nie wiem, dlaczego ta historia przyszła mi do głowy akurat w twoim przypadku…
- Tak… Ja też zostałam sama. Stare buki już dawno poumierały – pomyślałam a głośno powiedziałam, z uśmiechem – No to jak teraz strzelę w górę, tooooo…

Teraz, kiedy o tym myślę robi mi się ciepło na sercu. Taka analogia wywołuje u mnie ciepłe uczucia. Jestem silna… Rozwinę powyginane gałęzie, a właściwie to już je wyprostowałam i czerpię coraz więcej światła…

Analogie…

Metafory…

Opowieści…

One zasiane w naszej pamięci, kiełkują, rosną i rozwijają się. Dzięki nim życie nabiera głębi, barw i przestrzeni. Staje się trójwymiarowe. Dobra opowieść potrafi zdziałać cuda.

„Sekretne życie drzew” też zamówiłam. Będę miała co czytać :-)

Zaciekawiła mnie ta książka.

Będzie co czytać :-D

Środa, 20:07, In treatment…

Chciałabym powiedzieć, że dziś było dreptanie w miejscu

Na terapii

Nie było

Było mnóstwo dywagacji i „pieprzenia głupot” – jak to określiłam, śmiejąc się przy tym. Rozśmieszyło mnie w pewnym momencie powtarzanie tego, o czym kiedyś mówiliśmy…

Mówiłam trochę o B i jak go postrzegam. Podkreśliłam przy tym, że tak naprawdę nie znam go prywatnie i dobrze, bo gdybym go znała to bardzo szybko zaczęłabym się do niego dostosowywać, ze strachu, zachowawczo, chciałabym być dobra i miła. Fakt, jestem i bez tego. On coś mówił o idealizowaniu terapeuty a ja szybko dodałam, że idealizuje się wszystkie osoby, które pomagają, a więc lekarzy, nauczycieli, policjantów – oni z natury powinni być dobrzy i pomocowi…

Mówiliśmy trochę o moim ojcu i o historii, która utkwiła B w pamięci – sceny, kiedy ojciec podaje mi kanapkę w pociągu. Kiedy o tym mówił poczułam rozrzewnienie, jakieś dobre uczucia w stosunku do ojca. Uśmiechnęłam się delikatnie i cichutko powiedziałam, że chyba go kochałam, pomimo tej agresji i alkoholu. B zepchnął moją uwagę na jego dobrą stronę. Kiedy mówiłam o matce, że wiecznie płakała i narzekała i o ojcu, że był nieobecny, bo albo był pijany, albo bardzo agresywny i to przez niego matka płakała, B powiedział, że usprawiedliwiam matkę. Na chwilę umilkłam. Ma rację. Obwiniam ojca za wszystkie zło, jakie działo się w domu.
Powiedziałam o starszym rodzeństwie a zwłaszcza o siostrze, która bardzo kochała ojca. Znała go dłużej. Znała go prawie od początku istnienia naszej rodziny. Często opowiadała jaki był opiekuńczy, ofiarny (była straszna bieda a ojciec przywoził kawałki chleba i dawał go jej, żeby nie była głodna, chociaż sam nic nie jadł), jak kochał matkę i dawał jej pieniądze na nowe ubrania, które ona kupowała w Warszawie (była „modnisią”, elegantką) a ona wciąż narzekała i była ze wszystkiego niezadowolona.
Ja, jako dziecko a później panienka, pamiętam jak ojciec śpiewał ludowe piosenki. Lubił je śpiewać i zawsze wtedy się śmiałam.

U matki pamiętam tylko płacz, narzekanie, niezadowolenie. Smutną, zamyślona twarz i opowieści o tym, że jest nieszczęśliwa i pokrzywdzona przez tego s….na.

Dużo słów. Porównań. Dykteryjek.

W ogóle dziś na terapii się działo. Wciąż o czymś mówiłam. Zaczynałam jakieś tematy, opowiadałam filmy, które kojarzyły mi się z poruszanymi tematami, bardzo dużo słów…

Weszłam do gabinetu ze zmarzniętymi dłońmi. Rozcierałam je mówiąc, że jest bardzo zimno

Zimno nie było. To ja byłam trochę poruszona.

Na korytarzu „spotkałam” dawną sąsiadkę. Kiedy wchodziłam zobaczyłam jej rozwichrzone loki. Stała tyłem, więc nie byłam pewna, czy to ona. Powiedziałam dzień dobry. Ona się odwróciła a ja nawet nie spojrzałam w jej stronę. Przeszłam koło niej, jak koło obcej osoby, jakby była powietrzem . Wiem, że patrzyła na mnie. Poszłam odwiesić kurtkę na wieszak. Wróciłam w stronę krzeseł i usiadłam. Zaraz potem wychylił się B ze swojego gabinetu i poszłam na sesję. Dziwię się swojej reakcji – tej obojętności, spokojowi i temu, że stała mi się taka obojętna. Taka obca. Ciekawi mnie jak długo chodzi na terapię? Bardzo dobrze, że poszła. Będzie lżej jej dzieciom a może i jej. Nie chcę z nią już rozmawiać. Już nie… I to mnie bardzo zdziwiło.

Na sesji też powiedziałam, że wiele sytuacji jakie teraz sama stwarzam, kiedyś były dla mnie nie do pomyślenia. Wiele relacji, które zamknęłam, już mnie nie niepokoją a dają mi ogromną wolność. Zakończenie relacji z okularnikiem spowodowało przeniesienie do spokojnego i dobrego miejsca, mojego domu, bezpiecznego domu. Zostawiłam to jego brudne mieszkanko i wcale nie jest mi tego żal. Zakończenie relacji z sąsiadką też jest bardzo dobre. Pomimo jej „wspierania”, ja czułam się niekomfortowo, przymuszałam się do wdzięczności a jej pomaganie odbierałam jak zaciąganie długu wdzięczności i bardzo mnie to denerwowało. Denerwowało też mnie jej wścibstwo i rządzenie. Może chciała dobrze, ale bałam się tej relacji, bałam się zaciąganego „długu” i mimo, że bardzo przeżywałam nasze odsunięcie, to tak naprawdę jestem wdzięczna, że tak się stało.

Często mówiłam do B per „ty”. I przychodziło mi to lekko, bez oporów. Oczywiście, jeszcze raz doszukiwał się drugiego dna w odczuwaniu zimna przeze mnie i powiedział, że to przez to, że on nie jest wspierający. Już jestem do tego przyzwyczajona, że muszę dużo pracować na sesjach sama…

Trochę mówiliśmy o wyroczniach starożytnych. To na skutek moich słów, że on nie mówi mi jak mam postępować, nie jest taką wyrocznią. Śmiałam się mówiąc, że przychodzę do niego i wywalam wszystko, co mam w środku, tak jak ludzie przychodzący do wyroczni, która na podstawie wnętrzności układała wróżbę i dawała wskazówki, jak postępować. Ja swoje „wnętrzności” też wywalam, ale wróżby nie dostaję… Powiedziałam, ze wyrocznie były ukryte za kotarą, ludzie ich nie widzieli i pewnie były ujarane i mówiły, co im ślina na język przyniesie. On powiedział, że to były piękne kobiety, które miały problem z bliskością, były bardzo wycofane i bojące się bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Jakie by nie były, on na pewno nie jest i nie będzie wyrocznią.

Od razu skojarzył mi się film „The Knick” i pokazanie początków terapii. W serialu doktor próbujący leczyć uzależnionych mężczyzn, poprosił swoją przyjaciółkę o odgrywanie terapeutki a ponieważ kobieta miała zdeformowaną twarz i nie chciała, aby ktoś na nią patrzył, polecił aby krzesła na których będą siadać, ona i chory, były do siebie odwrócone oparciami, tak by oboje słuchali tylko swojego głosu. Terapia polegała na mówieniu przez uzależnionego tego co przychodzi mu do głowy a kobieta słuchała, prosiła o powtórzenie niektórych zdań, dopytywała, mówiła jak ona to odbiera.  B od razu zapytał, czy ja wolałabym nie widzieć jego. Odpowiedziałam, że czasami tak by mi było łatwiej.
Dziś też uciekałam wzrokiem w różne strony a na niego patrzyłam tylko niekiedy.

Stało się też coś jeszcze…
Po tych wielu słowach, pod koniec terapii, on zaczął na głos mówić, to co zaobserwował. Słuchałam go patrząc w okno. Nagle dotarło do mnie znaczenie jednego zdania. Poczułam ogromny żal i z oczu potoczyły się łzy. Chciałam krzyczeć, szlochać, wyjść a jedyne co zrobiłam, to odwróciłam zapłakaną twarz w stronę ściany. Zaciskałam szczęki i nie pozwalałam na głośny szloch… W końcu powiedziałam: „OK, dałam radę”… W głowie huczało i było mi wstyd, że tak mnie to rozżaliło. Przecież przed chwilą się śmiałam, że pieprzę głupoty, skupiam się nad popieprzonymi dywagacjami a teraz mam ochotę głośno płakać. On coś mruknął, nie pamiętam teraz, może coś w tym sensie, że „na pewno”, a może „jak zwykle”. Zapytał, co czułam? A ja wstydziłam się powiedzieć, co czułam.  Zaczęłam cmokać, milczeć, aż w końcu wykrztusiłam „Ogromny żal, że nikt tak do mnie nigdy nie powiedział…”

Czego ktoś do mnie nie powiedział???? Wyparłam to z pamięci. To było takie małostkowe… Takie słabe… To by świadczyło, że jestem słaba i bezradna a ja taka nie mogę być. Nie mam prawa być słaba. Muszę być silną babą, która ze wszystkim sobie poradzi.

I poczułam się jak mała dziewczyna, która siedzi na olbrzymiej kanapie a nie  w dużym fotelu… Taka słaba i bezbronna… Skurczona… Podnosząca bladą twarzyczkę w stronę faceta, który mówi oczywistą rzecz, ale dla niej ta rzecz jest nie do pomyślenia…

Tak, nikt nigdy w życiu mi nie powiedział, że nie muszę być mocna, że mogę być słaba i mogę oczekiwać pomocy a wręcz dostawać od kogokolwiek wsparcie…
Nie pamiętam jak brzmiało to zdanie… Zapomniałam…
Było w nim dużo ciepła… Dużo mojej bezradności, na którą mogę sobie pozwolić i nie wydarzy się koniec świata ani nikt przez to nie umrze. Zdanie, które pozwoliło mi przestać być na baczność. To było dobre zdanie… Dlaczego go nie pamiętam???? Nie pozwalam sobie pamiętać… To tak, jakby było nas dwie. Silniejsza jest wciąż ta druga, uformowana przez matkę. Matka wciąż otacza mnie sobą, jak ośmiornica, mackami. Wciąż słyszę jej ostrzeżenia, wciąż widzę jej zapłakaną twarz, jej złość, urazę, niechęć i czuję przymus chronienia jej, ustępowania, zgadzania, leczenia, opiekowania…
Przecież ona nie żyje…
To takie oczywiste postępowanie, taka „matryca”, mam tego świadomość, tylko, że ta „ośmiornica” jest mocniejsza…
Kiedy B mówił o obrazie mojej matki, automatycznie pomyślałam o swoich dzieciach. Czy ich nie krzywdzę? Jaki obraz pozostanie w ich pamięci?

Dzisiejszy dzień nie jest zły

Mimo ogromnego smutku i żalu, który czuję, czuje też spokój. Ogromny, wewnętrzny spokój.

Przestałam się szarpać

Nie chcę udowadniać innym, że jestem superwomen. Ja wiem, że jestem, ale wiem też, jakim kosztem. I wiem, że koszty są za wysokie. Za wysokie…

Coraz bardziej zaczynam cenić spokój mojego miejsca.

Jest bezcenny

TAK, JEST BEZCENNY ♥

Piszę i słucham muzyki

Srebrne dzwoneczki fortepianu

Dzisiejszy dzień był bardzo dobry