Moja prywatna krucjata. Czasami lepiej nic nie mówić…

Zaangażowałam się w prywatną krucjatę. Sąsiadka „wpadła” w kręgi pseudocharyzmatyków . Zareagowałam bardzo emocjonalnie. Zaczęłam jej tłumaczyć, żeby uważała na te osoby, że to dziwne towarzystwo, robią spotkania modlitewne na których nie ma księdza. Gromadzą bardzo wielu ludzi. Nakładają ręce i „uzdrawiają”. Kobieta coś cały czas tłumaczy wpatrzonym w nią ludziom. Mówi, jak mają się zachowywać, co robić a czego nie. „Prowadzi” ich. Mnie to się nie podoba, ale ona jest zachwycona. Wydaje się jej, że dzięki nim ma nareszcie spokój w domu, mniej się denerwuje, umie się lepiej dogadać z domownikami. Jest „lepiej”. Ja tego nie widzę. Mąż jest zaniepokojony. Mówi coś o znikających z konta pieniądzach i o tym, że nie może się z nią dogadać. Krzyki jak były tak są. Zamiast rozmowy są krzyki, czyli nic się nie zmieniło. Mówiłam im o terapii. Był nawet moment, że mąż chodził (albo deklarował chodzenie) na terapię, ale to były tylko deklaracje.

Nie wiem dlaczego tak mi zależy, aby oboje poszli na terapię a nie szukali rozwiązań alternatywnych. Nasza dyskusja wyglądała mniej więcej tak:

- Ale wiesz, że…

- Ale wiesz, że …

i żadna nie chciała ustąpić. Zaparłam się i przedstawiałam swój punkt widzenia. Jak głupia. Nie wiem po, co tak się zaangażowałam. Ona i tak zrobi, co będzie chciała. Pora odpuścić. Usłyszałam, że zmienił mi się charakter, że teraz zachowuje się tak, jakbym nikogo nie potrzebowała, że nie może się ze mną dogadać. Ja wiem o co chodzi. Dawniej we wszystkim jej słuchałam i ze wszystkim się zgadzałam, teraz staje okoniem a ona lubi rządzić. Ona się zmieniła. Zachowuje się jak zastraszone zwierzątko, z uchem przyklejonym do telefonu. Wiecznie ktoś do niej dzwoni a ona rozmawia, rozmawia, rozmawia. Rzuca tylko przestraszonym wzrokiem dookoła. Gdzie ta pewna siebie dziewczyna, którą była? Nie wiem. Została  chyba w T. Uzależniła się od charyzmatyków. Szkoda mi jej.

Odpuszczam swoją krucjatę. Za dużo próbuję „pomagać” a to później obraca się przeciwko mnie. Wczoraj usłyszałam, że powiedziałam jej, że lepiej, żeby się rozwiodła. O rozwodzie mówiła ona. Ja słuchając tego wszystkiego powiedziałam, żeby odpoczęli od siebie, odsunęli się, dali sobie czas a jeśli chce i już podjęła decyzję, to niech się rozwiedzie, skoro nie widzi nadziei na wspólne życie. Cholera! Domorosły ze mnie terapeuta. Czasami lepiej nic nie mówić i nie doradzać. Wszystko, co powiem może obrócić się i obraca się przeciwko mnie. Ludzie nie słuchają, albo słyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Usłyszałam pod swoim adresem, że nie reaguje na zachowanie pomiędzy moimi dziećmi. Syn krzywdzi córkę (kiedyś w wielkiej kłótni zaczęli się popychać i syn przytrzasnął w drzwiach palec córce). Byłam wściekła na zachowanie syna. Wciąż powtarzam do znudzenia, że nie może się tak zachowywać. Nie ma prawa krzywdzić innych, że najpierw jest rozmowa, ale 15 lat wychowania w takim małżeństwie, jak moje wpoiły całkiem inne zasady. Zasady mówiące, że jeżeli ktoś nie słucha to najpierw się krzyczy a mężczyźni biją, jak brak im argumentów. Trudno nam się nauczyć życia bez agresji. Idzie bardzo powoli, ale zanim się tego nauczymy musi minąć trochę czasu.  Odgryzłam się, że jej dzieci też na siebie krzyczą i awanturują się. Zresztą tak jest z rodzeństwem. Wiecznie się kłócą, a czasami są też ofiary. Sama w dzieciństwie pobiłam się z siostrą cioteczną, którą bardzo lubiłam.

Czy ja się zmieniłam? No, nie wiem. Inni znajomi też „piali” za zachwytu nad moją przemianą. Oni widzieli we mnie więcej śmiałości, radości, pewności siebie. A A. to nie odpowiada. Zapytałam tylko, czy przeszkadza jej, że teraz przestałam płakać i dopytywać się, co mam dalej robić i jak dalej żyć? Popatrzyła na mnie dziwnie… Czyżby nasze drogi się rozeszły? Ona ma teraz inne priorytety, z którymi ja się nie zgadzam. Dobra! Luz! Koniec tematu.