Poniedziałek, 08:07. Wolne

Przeżyłam!!! Uffff!

Trzy dni wyjęte z życiorysu

Agnostyczka na rekolekcjach

Z jednej strony patrzę na to, jak na coś, co było potrzebne.

Owszem, trzy dni spędzone na modłach, ale też na wysłuchiwaniu rozważań. Na szczęście mieliśmy mądrego księdza rekolekcjonistę. Człowiek, który zna (chyba) wszystkie języki. Chyba… Łacina, greka, jidisz, hebrajski, aramejski, francuski, rosyjski, angielski… Zna Pismo święte na pamięć (jest biblistą). Spotykał się z Janem Pawłem II, matką Teresą z Kalkuty, przebywał w zakonach koptyjskich… Pięćdziesięcioletni, skromny mężczyzna, który mówi, że jest nikim, nic nie znaczącym człowiekiem. Wow! Oczywiście rozważania pod jego kierunkiem były czystą przyjemnością, nawet dla mnie. Czasami potrzebne są takie spotkania. Spotkania z człowiekiem o ogromnej wiedzy, terapeutycznym podejściu i ogromnej skromności. Tacy powinni być prawdziwi księża!

Za oknami gorący maj w pełni. Podczas przerw uciekałam do pobliskiego parku, żeby posiedzieć na ławeczce i wygrzać się w słońcu. Zaczęłam czytać nową książkę autorki „Dziewczyny z pociągu” – „Zapisane w wodzie”. Na razie pomieszanie i nadmiar bohaterów. Rzecz dzieje się w małym miasteczku, które w średniowieczu słynęło z pławienia czarownic. Niejedna straciła życie utopiona w miejscowej rzece, podczas sprawdzania, czy jest czarownicą.
Akcja toczy się współcześnie. Siostra głównej bohaterki popełnia samobójstwo skacząc do rzeki. Zdarzenie rozpoczyna lawinę wspomnień osób jej najbliższych, a więc siostry, córki, znajomych. Kręcą się policjanci zaangażowani w sprawę… Na razie dupy nie urywa :-( , ale „Dziewczyna z pociągu” też mnie nie uwiodła. Do dzisiaj jej nie doczytałam do końca. Film obejrzałam z wielkim zainteresowaniem, ale książka jest dla mnie nudna. Nie w moim typie :-(

W piątek, na rekolekcjach, usłyszałam fragment z Księgi Syracha i pomyślałam, tak jak kiedyś, kiedy czytałam Biblię z nadzieją na wskazówkę, jak mam podchodzić do tego, co działo się w moim życiu, że teraz też to może być pewnego rodzaju wskazówką, pocieszeniem i informacją, jak podejść do ostatnich wydarzeń, do tego poczucia zagrożenia, matni. Uczucia, które mnie paraliżuje, zniechęca i wyciąga na wierzch myśli, które już dawno mnie nie gnębiły. Myśli, których się boję, bo podsuwają najłatwiejsze wyjście. Najłatwiejsze i ostateczne. Przekroczenia granicy, za którą on mnie już nie dorwie, granicy spokoju i ostatecznego rozwiązania tego problemu… A tak kocham to życie. Kocham siedzieć w pełnym słońcu i wdychać zapachy rozkwitłych drzew, patrzeć na piękno przyrody a w lipcu będę przecież (taką mam nadzieję) nad morzem.

Fragment z Syracha tak bardzo pasuje do teraźniejszości. I daję nadzieję, której tak mi potrzeba.

„Mądrość Syracha, 2

1.(…) przygotuj swą duszę na doświadczenie!
2. Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia!
4. Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie, a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały!
5. Bo w ogniu doświadcza się złoto, a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia.
6. Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!
  (…) nie zbaczajcie z drogi, abyście nie upadli.
12. Biada sercom tchórzliwym, rękom opuszczonym i grzesznikowi chodzącemu dwiema ścieżkami.
13. Biada sercu zniechęconemu: ponieważ nie ma ufności, nie dozna opieki.
14. Biada wam, którzy straciliście cierpliwość (…)



http://www.bibliacatolica.com

 

No i co? Co mam teraz myśleć?

Granica między nadzieją i robieniem wszystkiego, żeby się w końcu wyrwać a zniechęceniem i wycofaniem jest taka krucha. Starałam się jak mogłam przez te cztery lata, aby wyjść na prostą, zostawić za sobą to piekło, przez które przeszłam i wszystko zaczyna się rozpadać przez jeden pieprzony pozew sądowy, w którym on przecież nie zabiera nam wszystkiego, nie grozi śmiercią, nie czyni fizycznej krzywdy. Skarży się tylko na swoją niedolę i wielkodusznie oferuje 20 zł na utrzymanie dzieci… I przez taki pieprzony list wszystko wraca jak bumerang – wspomnienia, strach, paraliżujące poczucie beznadziejności całej sytuacji i przeświadczenie, że gdziekolwiek będę, on mnie znajdzie i będzie wywierał najpierw presję psychiczną, a kiedy będzie na wolności przyjdzie po moje życie. Lepiej, gdyby nie żył… Ale on syci się strachem innych, cieszy go poniżanie i odbieranie nadziei, satysfakcjonuje go przewaga fizyczna i rozładowuje emocjonalnie znęcanie się nad kimś, kto jest od niego zależny. I ten pierdolony klosz, który nad nim rozciągnęli. Magiczne słowo – schizofrenia, jakby to wszystko wyjaśniało. Lekarze, jak Piłat, umywają ręce, tłumacząc o jego niepoczytalności. Sądy przepuszczają na wokandę pokręcone sprawy a ja muszę udowodnić, że nie jestem wielbłądem.

Dobra, dość tego dołowania się. Nic to nie da.

Dziś spotkanie z panią adwokat.

Ten miesiąc jest dla mnie masakryczny pod względem finansowym. Masaaaaakra!

Syn wyjeżdża na praktyki do Grecji i trzeba go przygotować, ubezpieczenie i naprawy samochodu,  rekolekcje też były płatne… Masakra

Dziś muszę się dowiedzieć ile będę płacić pani adwokat

….

Dam radę?????

******

20:15

No i już wiem, ile będzie mnie kosztowała „opieka” prawna.

Zabolało… :-(

No więc, siostro tlen

Siostro bandaż i opatrunek!

Nie będę pisać, ale duuuuuużo! Mam tylko nadzieję, że ta „seksowna blondi” wie co robi. Z tego, jak zachowywała się w sądzie, raczej wie. Lepsze to niż marazm i wycofanie.

Zaskoczyła mnie uwaga córki. Dziś po „poważnej rozmowie”, wykrzyczała do mnie „Bo ty się ostatnio ze wszystkimi kłócisz!!!!”
Zapytałam, czy ma z tego powodu jakieś nieprzyjemności (wiadomo grupa rówieśnicza). Powiedziała, że nie.
Nie, ja się nie kłócę. Ja obstaje w końcu za sobą. Zaczynam o siebie dbać. Może to ją przeraża. Kiedyś wszystkim ustępowałam i kuliłam ogon a teraz twardo obstaję za swoim. Z boku może tak wyglądać, że jestem z każdym w konflikcie, ale ja po prostu nie pozwalam jeździć po sobie.

Tak, jest we mnie dużo zmagazynowanej złości. Wkurwienia, które tłamsiłam przez lata. Coraz częściej otwieram gębę i mówię, co myślę, bez cukrowania. Ona obserwuje i to może ją niepokoić. Zna mnie z tej potulnej strony, tej wycofanej. Takiej, jaką widzi teraz nie znała.

Życie wszystkiego nauczy…

Czartek, 14:01. Nie spię…

Nie mogę spać w nocy

Budzę się około pierwszej i nie śpię

Znów czuję wewnętrzny strach

No, to jest moja „korzyść” :-(

Na terapii rozmawialiśmy też o FB, o blokowaniu mojego konta, o ukrywaniu…

ZNÓW O UKRYWANIU!!!

Dlaczego to JA mam się ukrywać??? Likwidować konta FB i udawać, że nie istnieje???

A on?

Schizofrenik i oprawca żyje sobie bardzo wygodnie i wciąż obserwuje

To globalna paranoja

Jak w tym kawale o uciekających ludziach, których gonił jeden rozjuszony chuligan. Kidy zapytano dlaczego wszyscy uciekają, przecież on jest jeden, ktoś z uciekających odpowiedział: „A wiadomo komu w mordę przywali?”

Więc dalej mam uciekać?

Ale ja już nie chcę, nie mam zamiaru i nie mam zamiaru niczego likwidować i usuwać. Owszem zablokowałam konkretne osoby, ale nie wiadomo z kim jeszcze przebywa w szpitalu i kto ma utworzone konto na FB.

Jestem rozbita i niewyspana.

Wczoraj bierzmowanie u córki i mojej grupy. Poszłam. Spełniłam swoje obowiązki jako animator. Gnojki nawet nie powiedziały dzień dobry. Wszystko się im należy. Oni mogą być chamscy a ja mam występować z pozycji służącej. Więc z pięknym uśmiechem dopełniłam ostatnie formalności. Odebrałam drobny upominek od księdza, który był odpowiedzialny za sakrament. Książkę dostali też inni animatorzy. Jedną różę od dziewczyn, które w moje grupie nie sprawiały żadnych problemów i po mszy poszłam do samochodu. Córka przyszła po zdjęciach. Powiedziała, że rodzice czekają na mnie w kościele z kwiatami i prezentem. O nie! Od chamskich rodziców nie mam zamiaru odbierać żadnych upominków. Oni mi już podziękowali tydzień temu, wylewając na mnie krzyki i okazując chamską postawę. Prezenciki niech w sobie wezmą sami.

Jedna rzecz bardzo mi się spodobała. Ksiądz wyczytał moje panieńskie nazwisko. Boże, jak ono pięknie zabrzmiało w kościele. Leciałam po tę książkę jak na skrzydłach.

Tak, bardzo chciałabym wrócić do swojego nazwiska. Odzyskać wolność! Dla siebie samej!!

Jutro mam spotkanie z adwokatką.

Sobota, 14:17 Niby piękna majówecka :-(

Zrobiłam przegląd samochodu i -171 zł w kieszeni mniej. Łoj…

Majówecka pod zdechłym Azorkiem, bo pogoda butelkowa :-(

W nocy śniła mi się znajoma. Organizowali koncert.
Jak zwykle przed czymś uciekałam.
Nie poszłam na koncert, ale stałam przed budynkiem, w którym miał się odbyć. Budynek był duży i wysoki. Szklane ściany pokazywały co działo się w środku. Widziałam cały koncert. Stałam na przeciwko, na wąskim chodniku. Byłam ubrana w długa białą suknię i miałam długie, ciemne włosy. Suknia była mocno dopasowana do ciała, z powłóczystym trenem, bez rękawów. Byłam taka piękna w tym śnie. Wiatr rozwiewał moje włosy i sprawiał, że tren sukni powiewał.
Byłam taka piękna…
I uciekałam
W momencie kiedy znajoma mnie dostrzegła i zaczęła iść w moją stronę, zaczęłam biec. Biegłam bardzo szybko. Bose stopy uderzały o chropawą powierzchnię chodnika…

Nie chciało mi się podnosić z łóżka. Godzina 10 a ja leniwie patrzyłam w okno i oceniałam pogodę. Brrr. Zimno, szaro i deszczowo.

Wciąż myślę o zapomnianym dzieciństwie…

Fragmenty, jakie wyłowiłam z niebytu wciąż nie są zachęcające, aby drążyć dalej :-(

Pamiętam mnóstwo zabawek, jakie miała siostrzenica. Byłam zazdrosna, że ja nie mam nic.
Siostra kupiła mi na odczepne małego, plastikowego misia.
Nie podobał mi się…
Weszłam po cichu na strych i zrobiłam misiowi „operację”. Pocięłam jego brzuszek i plastikowe łapki ostrym nożem. Szczątki schowałam w starych szmatach.

Inne wspomnienie – coś chciałam od swojej siostrzenicy a one nie chciała mi tego dać. Zła uderzyłam ją kamieniem. Ona z płaczem pobiegła do siostry. I zaczęła się gonitwa. Siostra wrzeszcząc i przeklinając biegła w moją stronę. Przerażona, schowałam się do letniej kuchni. Trzymałam drzwi ręką i strasznie się bałam. Chyba dostałam w skórę…

Inne wspomnienie z rowerkiem. Siostrzenica już umiała jeździć bez bocznych kółek. Siostra postanowiła nauczyć i mnie. Odkręcili jedno z bocznych kółek i kazali mi wsiąść na rowerek. Nie ujechałam daleko. Przewróciłam się. Siostra z pogardą powiedziała: „Ty z tą grubą dupą nigdy nie nauczysz się jeździć!!!”. Rozpłakałam się…

Kurwa, dobrze, że zapomniałam więcej historii z dzieciństwa. Bardzo dobrze!

Po obejrzeniu filmu „Chata” pomyślałam o mojej matce. Pomyślałam też, że nie warto już wracać do przeszłości i rozdrapywać przykrych historii. Jej było ciężko. Miała marzenia i pragnienia, które nigdy nie zostały spełnione. Nie umiała rozmawiać o swoich uczuciach i nie miała nikogo, kto o tym by z nią porozmawiał. Nie, nie współczuję jej, to nie to, chcę zrozumieć. Ja też bym tak się zachowywała… Czworo dzieci, bieda, brak wykształcenia, brak perspektyw, mąż, który pije… Jak ja bym się zachowywała? Przez moment byłam w takiej sytuacji… Tylko ja miałam dwoje dzieci i dach nad głową i pracę i wykształcenie… Może nie ułatwiła mi zdobycia wykształcenia, ale dała dach nad głową i nie zabierała wypłaty. Swoją wypłatę mogłam przeznaczyć na studia.
To było w niej dobre – nie zabierała moich pieniędzy, nie upominała się o nie. Nie dokładała, ale też nie chciała ode mnie.
Pamiętam łzy w jej oczach, kiedy pokazałam pierwsze piątki w indeksie.
I pamiętam jej sprzeciw na wiadomość o zamiarze zamążpójścia. Chciała mnie chronić…
Nie umiała inaczej komunikować swojej troski jak przez złość i krzyk.
Nikt jej tego nie nauczył. Nauczyli ją opieki nad młodszym rodzeństwem, dawanie sobie rady samej, ale nie wykształcili. Nie umiała pisać i czytać…
Porównuję ją ze sobą, ale przecież to porównanie jest bezsensowne. Ona nie umiała wyrwać się z przemocowego domu. Wykształcenie daje ogromną wolność i szersze patrzenie na wszystko. Mimo, że była moją matką, była diametralnie różna ode mnie. A ja wciąż nie chcę się pogodzić z jej innością. Patrzę przez swoje „okulary” na nią i wciąż krytykuję i wciąż chcę, żeby była idealna i taka, jaką sobie wymarzyłam.
Mamo to jest pora na Twoje odejście…
Dałaś mi życie
Wcale nie byłaś idealna
Byłaś sobą…

 

 

Na Filmboxe niezły film „Henry Pool powrócił”. Piszę i od czasu do czasu zerkam na ekran. Co może powiedzieć ateista na cuda, które się dzieją w nowo zakupionym domu. Ze ściany sączy się krew a „nawiedzone” starsze sąsiadki widzą twarz Jezusa. Osoby, które są chore, po dotknięciu ściany powracają do zdrowia. Główny bohater jest śmiertelnie chory…

 

 

***********23:48**************

I jeszcze jedno, za co jestem wdzięczna matce – to ona, pewnie niechcący, zaraziła mnie bakcylem oglądania spektakli. Zabierała mnie np. na „Podwieczorek przy mikrofonie”. Otworzyła mnie na „magię” przedstawień. Bilety dostawała z pracy i jak mówiła, wstyd jej było odmówić, więc jechała ze mną, bo męża się wstydziła…

 

Znaczenie mojego snu:
Budynek – Budynki są we śnie symbolem konstrukcji życia. Są to doświadczenia, percepcja zmysłowa, nieformalne zwyczaje i obyczaje. Budynki w snach mogą też odzwierciedlać Twój charakter, nadzieje i obawy, a także marzenia. Wysokie budynki oznaczają dążenie do sukcesu.

Suknia – W zależności od jej wartości: tęsknota za lepszymi warunkami również: ukrywanie czegoś; białą: będziesz dobrze przyjęta, podejmowana w towarzystwie; z trenem : miłe towarzystwo, małżeństwo osób w średnim wieku.

długie włosy: jesteś kochany i szanowany; czarne włosy: szczęście;

Kiedy śnisz, że uciekasz albo podejmujesz próbę ucieczki, dotyczy to Twoich obaw co do odpowiedzialności, a także uczuć i emocji.

I to by było na tyle. Idę spać…

Środa, 10:00, In treatment

Niedawno wróciłam

Niedawno, to znaczy przed 45 minutami

Zrobiłam pyszną kawę z ekspresu

W sklepie z pieczywem kupiłam mój ulubiony chlebek musli.

Pożarłam go z lubością, grubo smarując prawdziwym masłem. Na pohybel dietetykom, którzy chcą nas truć dietetyczną margaryną, chemiczną papką bez smaku.

Dzisiaj nareszcie się wyspałam. E wpadła na wspaniały pomysł wyekspediowania kota do pomieszczenia obok. Nie było drapania w drzwi, miałczenia… Było cicho i błogo. Obudził mnie dzwonek budzika. Wstałam o siódmej. Umyłam głowę i o 7.40 wyruszyłam do przychodni.

On jak zwykle się trochę spóźnił.

O 8 zaczęłam następną kosmiczną podróż

Znów nie bardzo pamiętam, co do mnie mówił

Ja powiedziałam o swoich odczuciach. O surrealizmie ostatniego spotkania.

On coś dodawał, komentował

Zapamiętałam jakieś strzępy

Powiedziałam, że ostatnio czuję się jakbym traciła rozum, że powinnam się udać do psychiatry…
- Przecież chodzisz – zauważył.
- No tak, chodzę. Rzeczywiście – powiedziałam. Mam od niego leki, które przestałam brać – tego już nie usłyszał.
W głowie zaczęło się kręcić, brak powietrza. Kilka głębokich oddechów.

Zaczyna mi brakować słów. To co miałam powiedzieć, już powiedziałam a teraz nagle zaczyna się milczenie. Milczenie spowodowane… Nawet nie wiem czym…

On podsuwa jakieś porównania. O czymś mówi a ja go nie słucham. Zatapiam się w bezdźwięcznej próżni.

Niespodziewanie zauważył, że kiedy on mówi, ja cała drętwieję, staram się nawet nie oddychać. Zaskoczył mnie tym spostrzeżeniem. Myślałam, że dobrze to kamufluję, że on tego nie widzi, że o tym wiem tylko ja. Rzeczywiście, łapię oddechy dopiero, kiedy on przestaje mówić…

Co miałam mu powiedzieć?

Zaczepiłam się w okresie dzieciństwa

Chciałabym pamiętać dobre sytuacje a tymczasem do 6 roku życia nie pamiętam nic a to co pamiętam później jest przerażające, krzywdzące, traumatyczne.

Jak sprzeciwić się obrazowi rodziców, który wrósł we mnie? Jak zedrzeć tę maskę? Boję się bólu. Boję się rozpadania na kawałki. Boję się zawodu, który IM przyniosę. Jak można kochać i nienawidzić jednocześnie? To tak, jakbym ich zdradziła, jakbym …
Nauczyłam się przystosowywać, znikać, być miłą, nie mieć własnego zdania, rezygnować.
Stałam się piękną tapetą a nie twardą ścianą. Jeżeli zedrę tapetę, ściana będzie goła a ja się tego bardzo boję. Jestem przerażona!!!!

Rodzina nawet nie wie, że chodzę na terapię

Nie wiedzą, że pisze bloga

Nie wiedzą, że wcale nie przedstawiam ich w dobrym świetle

Ich, to znaczy rodziców… którzy już nie żyją, a przecież o umarłych mówi się albo dobrze, albo wcale.

Gdyby przeczytali moje wpisy, byłaby nieziemska draka. Znów przestaliby się odzywać na kolejne 10 lat. Tak, gniewać i kłócić potrafią się w mistrzowski sposób. Oskarżać, równać z ziemią, wyrażać niezadowolenie i destrukcyjne zdania. I nie mówię o rodzicach w tej chwili. Mówię o ich spadkobiercach – starszym rodzeństwie.

Do tej pory zawierałam znajomości z ludźmi-klonami moich bliskich.

Od momentu przeniesienia się do „mojego mieszkanka” jestem w strefie spokoju. „Samotności”. Resetuje się. Odpoczywam. I… chodzę na terapię…

W gabinecie postawiłam potężny mur między nim a sobą. On o tym doskonale wie, ale to ja mam zburzyć tę barierę…

Ciężko

Totalny kosmos

Skończyły się słowa

Każda rozmowa wydaje mi się groteskowa, irracjonalna, płytka.

Ubieranie w słowa tego, co się czuje jest surrealistyczne – przynajmniej dla mnie.

Konwersacja wydaje mi się nieszczera

Nie mówię tego, o co mi chodzi

Kosmos

KOSMOS

***

Dziwnie się czuję

Wybił mnie swoim stwierdzeniem z równowagi

Jest dobrym obserwatorem

Dlaczego to mną tak wstrząsnęło? Wybiło ze strefy odrętwienia…

Nie spodziewałam się

Poczułam ogromny żal dla siebie

Ogromny

I byłam bardzo wystraszona

I zniesmaczona, że jestem taka słaba

I że ktoś to widzi

 

Niedziela, 13:09

Już niedziela

Niedziela z wisielczym humorem

Wczorajszy wieczór u znajomej. Gadania co niemiara.

W pamięci siedzi dialog z uczniem na lekcji. Oczywiście temat poniedziałkowego buntu kobiet i tematu aborcji. Sama rozpętałam dyskusję przedstawiając swój punkt widzenia. Jestem przeciw aborcji.
Jeden z uczniów zaczął mówić:
- Moi krewni mają niepełnosprawne dziecko. Jak widzę , jak bardzo się z nim męczą jestem za aborcją. Takie dzieci nie powinny się rodzić – mówił ze złością.
- Odbierasz prawo niepełnosprawnym do życia? – zapytałam
- Tak – padła odpowiedź
- Co w takim razie powiedziałbyś swojej mamie, gdyby urodziła niepełnosprawne dziecko?
Popatrzył na mnie i odparował:
- Ale nie urodziła i nie musi się męczyć!!!
- Ale…
Już nabrałam powietrza, aby przedstawić jakiś kontrargument, kiedy z boku sali odezwała się dziewczyna:
- A ja myślę, że cała ta zadyma była po to, żeby skłócić Polaków. To bardzo wrażliwy temat…
Popatrzyła w moją stronę a ja ze zdziwieniem przyznałam jej rację.
- Wiesz, dzięki za twój głos.
Zamilkłam, chociaż już miałam zamiar się kłócić. „Zbawiać świat” i przedstawiać argumenty przeciw aborcji. Ona mnie przyhamowała. Okazała się mądrzejsza ode mnie. Dziewczyna z wyglądem „emo”. Zgasiła mnie jednym zdaniem. Mnie, która deklaruję się wyważonymi poglądami.

Na podyplomowych miałam wybrać temat na zaliczenie dotyczący aborcji. Nie przebrnęłam. Wybrałam inny temat. Nie umiałam znaleźć argumentów „za”. Emocje biorą górę. Nie umiem wybaczyć mojej matce. Nie umiem jej zrozumieć. Zaskorupiłam się…

Musze odpuścić. Za dużo negatywnych emocji. I tak moja złość niczego nie zmieni. Jestem w mniejszości i to w tej wyśmiewanej mniejszości. Tej „zacofanej”. Medycyna jest na tak wysokim poziomie, że nawet kobiety z rakiem rodzą zdrowe dzieci.
Widziałam w wiadomościach  dwie panie z fundacji Rak’n'roll, które mimo podawanej chemii urodziły zdrowe dzieci. Gdzieś tam w świecie urodziła kobieta, której przeszczepiono macicę od matki. Jedne pragną dzieci a inne ich nie cierpią i gotowe są nawet je zabić rękami lekarzy. Głośno było o przypadku urodzenia dziecka od trójki rodziców. Wyselekcjonowano materiał genetyczny wolny od dziedziczonych chorób od dwóch matek i jednego ojca i tak zmodyfikowaną zapłodnioną komórkę wszczepiono w macicę kobiety, która urodziła zdrowe dziecko.

Ok, czepiam się, generalizuję, jestem tendencyjna, itp.,
W środę B chciał mi dać namiary na jakąś panią, która jest od problemów przemocy w rodzinie, od „niebieskiej linii”. Zapytałam „co to da?”. No, przecież nic to nie da. Trzeba realnie patrzeć na życie a nie idealizować. Takie jak ja muszą sobie radzić same. Psychiczni maja pomoc i ochronę a tacy jak ja mają strach i wycofanie. Dlatego mam dość. Znów zaczną się się wizyty w sądach… ale też jestem świadoma swojej bezsilności i znikomej ważności tego co mam do powiedzenia. Jestem za cicha i nie umiem „wznosić okrzyków” i „pluć jadem”.

Mam „złe dni”.

Na niedzielę przestali grzać. W mieszkaniu zimno. Zimny wychów. Wczoraj u znajomej było tak gorąco, że trudno było wytrzymać. A w domu zimno. Może zaczną grzać jak uczniowie przyjadą do internatu. Taki urok mieszkania przy szkole – w tygodniu, jak są lekcje jest ciepło a w sobotę i niedzielę radź sobie sama. Niezła oszczędność. Przecież tak ogrzewane pomieszczenia łatwiej łapią wilgoć i grzyb, no ale… Przecież są mądrzejsi. Remont jest tańszy od grzania :-( a za lekarzy przecież dyrektor nie będzie płacił…