Środa, 16:07, In treatment

Jestem zmęczona.

Wyniku z wycinka nie ma.

Myśli zajęte Beatą. Po kolejnym wlewie chemii jej twarz jest usypana krostami. Przeszkadza to jej. Wciąż dotyka zajętych miejsc.
To podobno dobrze, bo to znaczy, że chemia działa.

Na sesji nie wiedziałam od czego zacząć. Zaczęłam opowiadać o tym co dzieje się w moim życiu. O wyprawie do S-ku i o tym, co tam zobaczyliśmy.
Opowiadałam o B i o miłości do niej. Żalu, że ma tak groźna chorobę, o czekających ją naświetlaniach. Powtarzałam wciąż, że dobrze że poddaje się leczeniu.
Mówiłam o nieprzyjemnej atmosferze w pracy…
O tym, że jestem dumna z dzieci, które udało mi się dobrze wychować. O ich umiejętnościach i zainteresowaniach.

Morze słów, byle nie mówić o tym, co ważne. Nie wiedziałam, co jest ważne. Z czym dziś przyszłam?

Nie wytrzymałam w końcu i powiedziałam, że boję się wyniku z wycinka.
Przełyk wciąż boli. Trudno jest przełykać stałe posiłki. Biorę antybiotyk i drugi lek. I czekam na wynik hist-pat.

On zauważył, że dziś przyszłam na wizytę z podsumowaniem całego mojego życia, moich osiągnięć. jakbym się żegnała. Zauważył: „powiedziałaś, że wychowałaś dzieci… że osiągnęłaś spokój… stworzyłaś spokojny dom… Wszystko w czasie przeszłym”.
- Tak. Dziś odbiorę wycinek i zobaczę co z leczeniem. Bardzo mi przeszkadza utrudnione przełykanie. Boję się jeść – odpowiedziałam.
- Może to sprawy na tle nerwicowym?
- Też tak myślę.
A w głowie dudni pytanie, czy uda się wyleczyć to „zwężenie” przełyku i w jaki sposób? Owszem czuję panikę, bo nie stać mnie na częste wyjazdy do lekarzy i drogie wizyty prywatne. Nie stać mnie na chorowanie.

On powiedział, że mocno przeżywam sytuację z B, bo podświadomie widzę w niej siebie.

Środa, 13:29 In tereatment

Wstałam z potężnym bólem głowy, za późno. Myślałam, że się spóźnię na wizytę.

Nie spóźniłam się.

A tam się poryczałam.

Miałam być mocna. Miałam się kłócić i obstawać za swoim a w rzeczywistości się poryczałam.

Za dużo tego wszystkiego…

Za dużo jak na mnie.

Najpierw gastroskopia i wycinek. Podejrzenie nowotworu u mnie…

Później sytuacja z Beatą i moje myśli, że nie mogę jej pomóc. Że odchodzi ktoś wspaniały. Ktoś, kto nie pcha się w cudze życie z butami, nie instruuje, do doradza, nie krytykuje. Po prostu jest obok i taki ktoś umiera. Zostawia dwoje dzieci i męża…

B oczywiście przełożył to na mnie i na moje odczucia. Na moje wyparcia i chronienie drugiej osoby zamiast siebie.

A mnie w tym wszystkim nie ma. Czuję się jak w bańce mydlanej. Oglądam świat dookoła. Mojej choroby nie ma. Ot, wzięli wycinek, jakby to była zwykła czynność podobna do borowania w zębie. NIE CHCĘ MYŚLEĆ O SOBIE!

Ryczałam nad Beatą…

Byłam zła na fochy u córki. Okres dorastania. Była u córki znajomej, która kiedyś mi dokopała. Miałam ogromne zaufanie do tej znajomej, wręcz powierzyłam jej całe swoje poranione życie i dostałam ogromnego kopa. I do jej córki zawiozłam swoją, bo się przyjaźnią. A ja cała jestem na nie, ale … Niech tam. Córka chciała zostać u niej na noc. Nie zgodziłam się i w zamian otrzymałam mega focha. Córce przeszło dopiero dziś.

Dziś zadzwoniłam do Beaty. Jest lepiej. Żwawszy głos. Była na wizycie u psychiatry, nota bene, tej samej, która wspierała mnie. Rozmowa wypadła bardzo pozytywnie. Będzie miała leki na poprawę nastroju. Jest lepiej. Dziś w nocy nawet spała.

Jadę do niej.

Nie jest łatwo wspierać kogoś bardzo bliskiego.

Deszczowy ten dzień…

Piątek, 09:27 Po terapii

No nieźle, dałam się wpuścić w maliny przez B.
Wciąż myślami wracam do środowej sesji. I myślę – z czym mam problem? Co uwiera w pamięci? Przesiałam różne „dane” i co zostało? Uwiera mi jego tłumaczenie matki. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że skoro dokonała aborcji to działała bardzo świadomie. Łyknęłam to ja bocian żabę. Gdyby była świadoma, to poprosiłaby lekarza o spiralę. Wiem, bo matka często wspominała, że jej szwagierka właśnie taki zabieg miała i dlatego nie rodzi dzieci. Matka mówiła to z pogardą i stwierdzeniem, że to „kurwa”. A ona tymczasem żyła z poczuciem winy po dokonanej aborcji i to ogromnym, niszczącym poczuciem winy, ze snami, że odwiedza ją mały chłopiec, któremu nie pozwoliła żyć. Czy tak zachowuje się świadoma kobieta?
To po pierwsze a po drugie dlaczego potulnie słuchałam wywodów o embrionie? Zamyśliłam się. Myślami błądziłam gdzie indziej. Spoglądałam na niego z ukosa i mierzyłam go wzrokiem. Wewnętrznie się z nim nie zgadzałam, ale traktowałam go jak swojego ucznia, znajomego, który może mieć swoje zdanie a ja muszę to uszanować a to przecież jest mój terapeuta a nie znajomy, czy uczeń. Miałam prawo to zanegować, zdenerwować się a co najważniejsze powiedzieć głośno co o tym myślę. Ja jak zwykle byłam „poprawna politycznie”, czyli słuchałam co mówi i delikatnie nadmieniłam, że staram się rozumieć kobiety które tak myślą, nie wpływać na zmianę ich zdania, słuchać, ale wewnętrznie jestem jednym wielkim sprzeciwem. Poprawność polityczna i układność wobec autorytetów wzięła górę. Fuck! To jest mój terapeuta, moje lustro. Mam wiedzieć siebie prawdziwą a nie sztucznie uśmiechniętą i układną. Fuck!
Przeszkadzały mi jego wypowiedzi o embrionie. Według niego embrion to nie człowiek, to nie płód. A co w takim razie to jest???? Pamiętam jak matka często mówiła, że lekarz ją „oświecił”, że do trzeciego miesiąca to jest bezkształtna galareta i spokojnie można TO usunąć, wyskrobać, bez wyrzutów sumienia. Czy B nie starał się sprzedać mi tego samego kitu??? Starał się i sprzedał a ja łyknęłam to jak pelikan rybę. Słuchałam tego z obrzydzeniem i zdziwieniem, co on mówi, ale przecież … wiadomo – poprawność.
Mogłam go zapytać, czy on nie wie, że też był kiedyś embrionem, że jego śliczne i mądre córki też nimi były. Wszyscy byliśmy na początku „niczym”. Wszyscy na początki ciąży jesteśmy komórką, która się dzieli a później zmienia w coś na podobieństwo traszki, z ogonkiem. Później ogonek „odpada” i zaczynamy przypominać człowieka.
No, nieźle, dałam się wpuścić w maliny zamiast bronić siebie. Norma. To ktoś jest ważniejszy – nie ja. Ja jestem tylko embrionem, który można usunąć i po kłopocie.

Terapia działa nawet po tych 45 minutach.

Dobrze, że zapisuję sobie to co zostaje mi w pamięci po wizycie. Analizuję i zastanawiam się nad tym, co mi uwiera.

Będę miała o czym mówić w następną środę. No cóż, w sprawach bronienia siebie mam refleks szachisty, ale lepiej późno niż wcale.

Czwartek, 07:46 Codzienność

Usnęłam wczoraj na kanapie w „opakowaniu”. Wymęczona przez gastroskopię nie miałam siły na wieczorne kąpiele.

W mojej pracy toczy się „gra o tron”. Zmieniają dyrektora i wygląda to dosłownie jak w filmie. Oczywiście nie ma fizycznie zabójstw, trucia i strącania do lochów. Wszystko toczy się w sposób „cywilizowany”, ale głowy lecą, tj. zajmowane posady, cieplutkie stanowiska i koneksje zawodowe. Niszczony jest nepotyzm a na jego miejsce powstaje drugi, świeży. Pod szyldem „idzie nowe, lepsze” kryje się stare, ale z nowymi twarzami.
Jak będzie? – dopytują ci, co mają najwięcej do stracenia. Dzięki bogu ja mogę na to patrzeć z boku, z przeświadczeniem, że mnie to nie dotyczy. Dalej będę robić swoje najlepiej jak będę potrafić. Tornado toczy się koło mnie. Idzie nowe!!! Ustrojowe!!!

A ranek powitał mnie deszczem…

Podrażniony przełyk wciąż boli.

W głowie wciąż słyszę strzępy wczorajszej terapeutycznej rozmowy. I zdanie: „Zobaczyłaby, jaką ma fajną córkę” – chodzi o matkę. Wydaje mi się, że ona wiedziała i widziała, że córka jej się udała. Chciała być ze mną do końca swoich dni. Nie oponowała, kiedy wywoziłam ją z domu, w krytycznym stanie, do siebie. Przepisanie domu też o czymś świadczyło. Nie umiała tego tylko wyartykułować, powiedzieć w taki sposób, który by mnie zadowolił. Była sobą a nie ucieleśnieniem moich marzeń o matce.
Przypomniałam sobie, że chyba do końca nie była ponuraczką. Zabierała mnie przecież na organizowane przez zakład pracy wyjazdy na kabarety a…no przecież, przecież śpiewała. Tak, śpiewała smętne kościelne pieśni. Krzyczałam wtedy, żeby przestała, bo czułam się jak na pogrzebie.

Moja matka…

Moja ciemna strona księżyca.

 

***

 

Jeszcze taki wtręt…

Patrząc na mojego bratanka i jego przepiękne ojcostwo nie mogę otrząsnąć się z myśli, że gdyby MC ( jego ojciec) nie był takim ciołkiem on nie stałby się takim wspaniałym ojcem. To taka reminiscencja po wczorajszym dniu. KC chce być przeciwieństwem ojca i jak do tej pory wychodzi mu to bardzo dobrze.

Tak, z każdego zła można wyprowadzić dobro. Oczywiście jeżeli tylko będziemy tego chcieć. Będziemy chcieć budować coś nowego i pozytywnego a nie zakopywać się w żalu i poczuciu krzywdy. Nasze życie może być piękne… Tylko trzeba wyjąć z serca te cholerne okruchy szkła po przeszłości.

 

***

 

22:49

No i obejrzałam „Atomic Blonde”. Najlepsze w filmie? MUZYKA! Króluje David Bowie, jest George Michael, a jakże, co prawda jedna piosenka, ale. Na drugim miejscu jest piękna fizycznie Charlize Theron w roli zimnej i wyrachowanej suki, wróć, agentki jej królewskiej mości. Jej postać jest nudna i przewidująca. Jest damskim Robocopem, niezniszczalnym i przebiegłym. Tam gdzie jest ona, tam jest krwawa masakra. Młóci panów jakby jej dłonie, ciało, nogi były z niezniszczalnej stali. Nie okazuje uczuć i bólu, pali papierosy jeden za drugim i pije wódkę „stolicznoj” z lodem szklankami.
Ogromnym zaskoczeniem było zobaczenie tytułowej bohaterki „Mumii” Sofia Boutella. I tu spojler – Jeszce nie widziałam w żadnym filmie tak ociekających erotyzmem scen seksu pomiędzy kobietami. Dwie piękne kobiety w scenie łóżkowej. Było ostro! Psssst! Łał, aż można się sparzyć. Charlize i Sofia w miłosnych uściskach.
Faceci są pokazani jako nieporadni, zagubieni i potrzebujący pomocy. James McAvoy to wstrętny mizogin, który myślał, że przechytrzy cwaną Charlize. Czy mu się udało? Tego już nie będę spojlerować.
Przyznam, że znudził mnie ten film… W pamięci pozostała mi przepiękna uroda Charlize i … niestety nic więcej. W skali  od 1 do 10 daję temu filmowi mocną 4, a za muzykę 9. Muzyka była obłędna.

A ta piosenka kończyła film

 

A to zdanie „Kinomaniaka”

 

Środa, 16:40 In Treatment

Od samego początku zaczęłam temat matki.

Dziś nie było złości. Starałam się zobaczyć ją neutralnie. Pozytywnie jeszcze nie umieniem, ale neutralnie jestem w stanie się z nią zmierzyć.

Zamiast mojego monologu, była rozmowa. Powtarzanie tego, co wiem i tego o czym starałam się myśleć przez te dwa tygodnie.

On nazwał to rozumowaniem na poziomie racjonalizacji. Tak, wolę racjonalizować, bo emocje za bardzo bolą, za bardzo niszczą, i czuje się tak, jakbym rozniecała huragan, tornado, albo orkan.

Dzisiejsza sesja była powtórką, kolokwium przed egzaminem.

Był temat aborcji. której nie mogę jej darować. Wciąż traktuję tą czynność jak zabójstwo. On powiedział, że matka musiała być bardzo świadomą osobą, skoro o tym myślała. W środku mnie się gotowało. Ona była bardzo świadoma?!
Słuchałam go i zaczęłam mówić, że na poziomie świadomości daję kobietom szansę wyboru rozwiązania ciąży, ale podświadomie i emocjonalne zrobiłabym im to samo, co one robią „embrionom” (jak powiedział B). Dla mnie to nieważne, czy to embrion, czy płód – to życie, które kiełkuje w kobiecie. Podchodzę do tego bardzo emocjonalnie, ale przed nim byłam łagodna i wyrozumiała. Cicha i spokojna a w środku niechęć. Staram się. W takich wypadkach nie krzyczę, ale staram się tłumaczyć, dopytywać. I nie mogę się pozbyć uczucia pustki, niechęci i przerażenia w stosunku do takiej osoby.

No i na początku napisałam, że nie było złości, a jednak była, tylko dopiero teraz sobie to uświadomiłam. Owszem kobieta ma wybór, ale też znam drugą stronę medalu – smutek i żal, poczucie winy, które zżera kobiety po aborcji i jak to uderza w dzieci, które ocalały i chyba tego nie umieniem jej darować.

Czego mnie nauczyła? Staram się być jej przeciwieństwem. Fizycznie bardzo podobna, ale emocjonalnie zupełnie inna.
Nie pamiętam matki radosnej, śpiewającej, bawiącej się. Wciąż była zamyślona, poważna, nerwowa i kontrolująca. Nadopiekuńcza?!

B wciąż zaczynał mówić o tym, że była też kiedyś małą dziewczynką, zagubioną, nieporadną a później zawiedzioną młodą kobietą… WIEM! Próbowałam tego triku, ale wciąż czuję do niej urazę. Zadrę, której nie umiem zagoić. Staram się, ale nie wychodzi.

Dzięki niej umiem słuchać innych (ona nigdy nie słuchała). Dzięki niej kocham swoje dzieci bez obrzucania ich winą i wywoływania poczucia winy, bo mi w życiu coś nie wyszło (ona płacząc i narzekając w innych widziała sprawców swojej niedoli). Na przekór niej robiłam wiele rzeczy i wyszły one korzystnie dla mnie, ale wciąż nie umiem pozbyć się poczucia winy, że robiłam to nie tak, jak ona chciała…

Matka wiecznie żywa! Zrobiłam ołtarzyk ze swoją Świętą Matką i drżę przed jej reakcją.Nie potrzeba mi Boga, bo mam Matkę! Dużo jej zawdzięczam złego, z którego wniknęło dużo dobrego. Może uda mi się w końcu ją oswoić i odkleić od niej. Jakiś punkt zaczepienia jest – zło, które zamieniło się w dobro.

A tak z innej beczki – przeżyłam gastroskopię. Nic przyjemnego… Boli mnie przełyk, bo pobrano z niego wycinek do badania. Dowiedziałam się, że mam bakterię w żołądku i błona śluzowa jest podrażniona i jeszcze odcinek w przełyku wygląda tak, jakby miał uczulenie. Wynik wycinka za trzy tygodnie.