Piątek, 10:49. O życiu i śmierci. Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?

Młody wczoraj przeczytał wiadomość o śmierci wokalisty Linkin Park. Facet miał 41 lat. Powiesił się.

Tak jak mój brat. Powiesił się w wieku 42 lat.

Może dlatego ja w chwilach załamania też o tym myślałam.

A życie jest piękne…

Znalazłam piosenkę tego zespołu

I tekst:

Nie lubię mojego umysłu teraz
Nawarstwianych problemów, które są niepotrzebne
Marzy mi się to, bym mógł spowolnić te sprawy
Chciałbym odpuścić, ale znajduję ukojenie w panice
I doprowadzam siebie do szaleństwa
Myśląc, że wszystko jest o mnie
Taa, doprowadzam siebie do szaleństwa
Bo nie mogę uciec grawitacji

Trzymam się
Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?
Trzymam się
Dużo więcej niż mogę udźwignąć
Nie przestaję ciągnąć tego, co mnie dołuje
Gdybym tylko odpuścił, byłbym uwolniony
Trzymać się
Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?

Mówisz, że jestem paranoikiem
Ale jestem pewny, że świat chce mnie dopaść
To nie jest tak, że dokonuję wyboru
Aby mój umysł pozostawał w tak cholernym bezładzie
Wiem, że nie jestem centrum wszechświata
Ale wciąż kręcisz się wokół mnie w ten sam sposób
Wiem, że nie jestem centrum wszechświata
Ale wciąż kręcisz się wokół mnie w ten sam sposób

Trzymam się
Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?
Trzymam się
Dużo więcej niż mogę udźwignąć
Nie przestaję ciągnąć tego, co mnie dołuje
Gdybym tylko odpuścił, byłbym uwolniony
Trzymać się
Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?

Wiem, że nie jestem centrum wszechświata
Ale wciąż kręcisz się wokół mnie w ten sam sposób
Wiem, że nie jestem centrum wszechświata
Ale wciąż kręcisz się wokół mnie w ten sam sposób
I doprowadzam siebie do szaleństwa
Myśląc, że wszystko krąży wokół mnie

Trzymam się
Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?
Trzymam się
Dużo więcej niż mogę udźwignąć
Nie przestaję ciągnąć tego, co mnie dołuje
Gdybym tylko odpuścił, byłbym uwolniony
Trzymać się
Dlaczego wszystko jest takie ciężkie?

 

Tak myślałam i mówiłam przed terapią. Byłam centrum wszechświata i wszystko kręciło się wokół mnie. Byłam wszystkiemu winna i odpowiedzialna za wszystko. Nie umiałam odpuścić.
Od niedawna coś się zmienia.

Wypadłam z epicentrum.

Czuję jeszcze lekką panikę z tego powodu, ale ważniejsze jest dla mnie poczucie spokoju, które daje leniwe krążenie po orbicie. Bo jeszcze krążę. Jeszcze boję się leniwej strefy bez żadnej grawitacji. Myślę, że ten stan mnie unicestwi i spowoduje moją samotność, a przecież to co mam teraz wpakowało mnie właśnie w taką sytuację – samotność i uczucie ostracyzmu.
Właśnie to mówię B na terapii.
On milczy.
Mój umysł umieszczony w próżni nie wie, w którą stronę iść, co robić. Stare było destrukcyjne a nowe jest niewiadomym, ale dającym spokój i ukojenie.

Współczuję temu piosenkarzowi.

Jeżeli nie dotrzemy do źródła naszych lęków, życie będzie tylko pasmem udręk. Nic nie dadzą „dobre rady”, bo to droga innych a nie nasza. Każdy ma swoją drogę, którą idzie przez życie. Ja swoją ścieżkę zaczynam doceniać dzięki terapii, która jest kurewsko trudna (oczywiście terapia… a później życie, które miałam – są trudne).

Środa, 10:28. In treatment

Już myślałam, że terapia jest na tym poziomie, że nie będę płakać. Dwie. które minęły dawały mi wiele spokoju a dziś… Dziś jestem totalnie rozbita.

Na pierwszy plan wyjechało zdanie: „Nie chcę, żeby mnie ktoś zostawił, tak jak zrobiła to matka”.

Wiem. Nie chcę wracać do tematów związanych z dzieciństwem, z matką, z pozostawieniem, ale nie chcę też tego zostawiać, więc drążę temat.
Obśmiewam to w gabinecie, albo milczę zacięcie nie chcąc wyrzucić słów, które by ją zabiły, które pokazałby moją czarną niewdzięczność. Moją nienawiść w stosunku do niej. Tak, nienawiść.

Męczy mnie ten dualizm – dobrej córki, która… nienawidzi matki.

Kiedy miałam to powiedzieć umilkłam na dobrą chwilę.

Przez całe życie bałam się porzucenia… I tu pojawiały się fragmenty mojej życiowej układanki. Pierwsza zostawiałam chłopaków, którzy coś do mnie czuli. Zamiast przyjrzeć się temu, co miedzy nami się rodzi, pogrzać się w ich uczuciach, beznamiętnie oznajmiałam, że „z tego nic nie będzie, ja nic do nich nie czuję”. Zostawiałam ich patrząc na ich wściekłość, żal, smutek, rozgoryczenie, nie wypowiedziane pytanie „dlaczego?”. Teraz wiem, że bałam się, że oni mnie mogli zostawić, powiedzieć, że nic dla nich nie znaczę, że mogłoby mnie nie być a oni mieliby życie lepsze niż ze mną.
Zamiast wykrzyczeć matce, że mnie niszczy, wybierałam ucieczki. Żeby z nią nie być dłużej wymyśliłam sobie małżeństwo. Wyszłam za mąż i wyprowadziłam się z domu. Udowadniałam jej, że sobie poradzę bez niej. I radziłam sobie ze wszystkim sama. Nawet z chorobą męża postanowiłam sobie dać  radę. Jej nie uzdrowiłam, ale postanowiłam uzdrowić jego.
Dopóki nie zaczęłam terapii, reagowałam na wszystko jak ona. Cierpiały z tego powodu dzieci. Na szczęście było to bardzo krótko, bo zaczęłam chodzić na sesje. I zajęłam się SOBĄ.

Dzisiejsza sesja bardzo bolała… nie, bardzo boli, nadal.

Wiem, że to co sobie mówię w duchu nic nie znaczy, to słyszę tylko ja, nikt więcej. Przed nim zamykam się, milczę, uśmiecham, albo wręcz wyśmiewam siebie samą i całą sytuację. Żeby pozbyć się tego balastu w sobie muszę mu to powiedzieć na głoś. Właśnie – muszę… Jeszcze za bardzo się boję, żeby chcieć. Paraliżuje mnie ten strach. Sprzeniewierzyć się matce. Wykrzyczeć, że jej nienawidzę, że mnie niszczy swoimi słowami, zachowaniem, wymaganiami. Nie robi się tego dziecku!!! Nie opowiada się o aborcji i nie dywaguje nad jakością życia z dzieckiem i bez dziecka. Nie chcę słyszeć, że życie, które ma jest przejebane a przecież mogła mieć lepsze z kimś innym. Nie chcę zakładać ciuchów, które mi kupowała i rozkładała je na łóżku, oczekując moich zachwytów, jaki dobry ma gust i dziękować, że jest jednak ludzką matką, dbającą o niechciane dziecko. Hodowała mnie jak psa. Podawała żarcie i oczekiwała psiej wierności i nie rozczarowała się. Byłam wierna do bólu, do końca jej dni, do chwili kiedy gasła w moich oczach a ja trzymałam jej coraz zimniejszą rękę w swoich dłoniach i modliłam się ze strachu. To nie był strach o nią, to był strach o mnie, o moją wytrzymałość psychiczną. Rak był tak zaawansowany, że jedynym wybawieniem była śmierć.

Nie pozbędę się tej nienawiści dopóki jej nie wypuszczę – nie wykrzyczę, albo nie zacznę reagować w normalny sposób na sytuację, które mnie niszczą. Dopóki będę „grzeczną córeczką” będzie mi towarzyszył strach przed opuszczeniem.

Dlaczego nie pamiętam nic z dzieciństwa? Dlaczego bliżej mi do siostry, niż do matki? Dlaczego siostra kojarzy mi się z matczyną troską, opieką, dbaniem I dlaczego ona też mnie zostawiła. Brała mnie na wakacje, na weekendy, upiekła tort na osiemnastkę, ale wolała zostawić mnie z matką. B delikatnie sugerował „rodzinną tajemnicę”, ale myśląc w ten sposób musiałabym być bliźniaczką mojej siostrzenicy a między nami jest dwa tygodnie różnicy.

Brrr, mam mętlik w głowie. Mam wiele blokad psychicznych, które ujawniają się dopiero na terapii. Do tej pory myślałam, że to są cechy mojego charakteru a teraz wiem, że we wnętrzu tej skorupy siedzi zupełnie inna kobieta. Nawet teraz, kiedy to piszę, mam próżnię w głowie. Nie umiem sobie tego uzmysłowić, że jestem zupełnie kimś innym i że mam prawo nienawidzić swojej matki.

Kurde, jak nie zwariuję, będzie dobrze. Mega ciężki dzień.

Za tydzień terapii nie będzie – będę nad morzem.

Na zakończenie spotkania (a wyglądałam tego końca, jak kania dżdżu) zamieniliśmy kilka słów na temat tego, co dzieje się w Polsce. On, że w obliczu tego co się dzieje myśli o wyjeździe z Polski, bo może być zmarnowany dorobek ich ośmioletnich starań a ja o tym, że nie oglądam żadnych wiadomości, żeby się nie denerwować. Za rządów PO z przerażeniem słuchałam, tego co działo się dookoła lekcji religii w szkole i bałam się, że stracę pracę a praca w szkole to jedyne źródło mojego utrzymania. Teraz wolę obejrzeć dobry film, niż babrać się w polityczne zapędy żrących się między sobą partii. To co słyszę nie napawa optymizmem. Banda oszołomów. Jedni sycą się zwycięstwem a drudzy nie mogą przeżyć przegranej. Debile żrą się między sobą a media rozdmuchują chorą sytuację i podsycają nienawiść. Teraz politycznie poprawne jest opowiedzieć się za jedną z partii. Nie można stać po środku, bo albo jedni wyzwą od pisiorów, albo drudzy wyzwą od morderców i szujów. Ciekawe czasy :-x

Lepiej zaszyć się w zaciszu domowym z książką, dobrym filmem, albo wyjechać nad morze i posłuchać szumu fal.

***

21:40

Ochłonęłam

Zaczęłam malować sień. Miałam to zrobić w zeszłym roku, ale… Było mi za dobrze… Cieszyłam się spokojem… Nie chciało mi się… Nie chciało mi się!!! Tak!!! Nie chciało mi się! I z tym było mi dobrze. Ale, nie mogłam już patrzeć na brudne ściany i wyjęłam przykurzone farby. Otworzyłam pudełka i już pomalowałam sufit. Jutro ściany.

W mieście spotkałam brata mojej mamy. Trochę porozmawialiśmy. Nie spuszczał ze mnie oczu.
- Teraz nareszcie dobrze wyglądasz – stwierdził.
- Wiem. Nareszcie wyglądam jak człowiek – roześmiałam się.
- No tak. Kiedyś byłaś bardzo wymordowana a teraz… – i znów popatrzył na mnie – Czysta Stacha. Wyglądasz jak matka – roześmiał się.
A mnie zamurowało.
Dziś jest dzień pod tytułem „Moja matka”. Tak, fizycznie jestem do niej bardzo podobna. Podobna do Stachy :roll: Psychicznie i mentalnie jestem zupełnie inna… A może mi się wydaje?!
Nad poczuciem mentalności pracuję już czwarty rok a psychikę mam mocniejszą. Nie chcę się poddać i nie rezygnuję z walki o siebie. Lepiej późno niż wcale.

Środa 17:05, In Treatment

Była

Spokojnie

Dużo moich słów o matce

O jej głosie, często rozbrzmiewającym w mojej głowie

O zaplątaniu  w jej nakazy, zakazy, sposób patrzenia na świat.

- Pierwsze cztery lata bardzo wpływa na rozwój dziecka. Na jego postrzeganie świata – mówił on.

- Tak, tylko że ja nie pamiętam nic do szóstego roku życia…

Nic nie pamiętam, albo nic nie chcę sobie przypomnieć.

Czułam się tak, jakbym cofnęła się parę sesji do tyłu. Do momentu, kiedy roztrząsałam rolę matki w swoim życiu.

Chcę w końcu bez strachu podejmować decyzję. Nie bać się, że ktoś będzie się na mnie gniewał, krzyczał, płakał, wzbudzał we mnie poczucie winy i tego, że „muszę”.

Dla mnie to śmieszne, że muszę wracać do dzieciństwa.

Dla mnie to straszne, że muszę wracać do dzieciństwa.

Myślałam, że „pozamiatam” bez tego. Ogarnę wszystkie późniejsze traumy i koniec.

Nie. Nic z tego.

Tak. Dziś dużo mówiłam. Dużo.

Środa, 10:02 In Treatment

Była

I co?

I nic…

Nic w sensie, że nie wiem, co napisać…

Nie wiedziałam, jak zacząć, więc zaczęłam mówić o dupie maryni i o spokoju, który mam, ble, ble, ble…

Wtedy on rzucił bombę o zakończeniu terapii a ja się wystraszyłam, bo ja w głębi swojego chcenia jeszcze nie chcę skończyć. Siedzi we mnie jakaś zadra, która jątrzy się złością, poczuciem niższości, gorszości, postawą poddaństwa w stosunku do innych, zadowalania ich, znikania… a ja mam szczerze dość takiej postawy. Ona mnie męczy, więc spięłam się w sobie i coś zaczęłam mówić.
Oczywiście obśmiewam jak mogę powrót do dzieciństwa, do uczuć, które wtedy czułam. Obśmiewam to, ale dobrze wiem, że matryca z dzieciństwa głęboko wrosła w moje jestestwo. I boje się samotności – samotności bez rodziny, bez tych mega toksycznych ludzi, którzy wykańczają innych i siebie, wykańczają mnie. I słyszę głos matki „To twoja rodzina, wszystko co masz. Musisz być dla nich dobra a nie być zła i niewdzięczna”.

Chciałabym „rozprawić się” z matką, z jej głosem w mojej głowie i ze strachem jaki wywoływał ojciec. Dwie rzeczywistości, które chciałabym wywalić ze swojego życia. Jeśli tego nie zrobię, dalej będę udawała, że daję sobie radę a w środku będzie ruina.

Środa, 10:50 In treatment

Była

Luz

Okopałam się…

Nic nie mówiłam

***

No, może nie całkiem nic nie mówiłam, bo głupio tak siedzieć i nic nie mówić przez 45 min. Moich cennych 45 minut.

Rozmawialiśmy

Wiele tematów, byleby nie mówić o niczym istotnym.

Powiedziałam o rozwodach i o poczuciu wolności, kiedy już nie będą mnie wiązać małżeństwa. O tym, jak bardzo ucieszyło mnie wywołanie po starym nazwisku. O moim strachu przed J.

Ale on to wszystko słyszał, więc czułam się tak, jakbym powtarzała stary materiał przed egzaminem.

Postawiłam mur między nami.

Powiedział, że na terapii można też opowiadać o swoich marzeniach, pragnieniach, fantazjach…

Uśmiechnęłam się

- Myślałam, że terapia służy do pozbycia się traum… Przecież dlatego tu przyszłam. Z tym przyszłam… – zamilkłam, bo nie wiedziałam jak to ująć w słowa, jak nazwać, to z czym przyszłam. – Przyszłam z wielką ciemnością… – i znów umilkłam. Tak wtedy się czułam. Jakbym była otoczona ciemnym, duszącym całunem. Czarna, gęsta powłoka uniemożliwiał mi normalne życie. Przyszłam do niego, żeby ją zdjąć. Odwinąć siebie i poczuć życie. Poczuć każdy najmniejszy jego skrawek. Każdą sekundę. Ta powłoka jeszcze się za mną ciągnie, ale jest jej coraz mniej. Zaczynam dostrzegać kolory. Czuć zapachy. Smakuję moje życie.  A zaczyna smakować coraz lepiej.

Rano miałam zacząć spotkanie pytaniem, jak się czuje. Przecież tydzień temu podobno wybił bark a dziś wyglądał normalnie. Nie miał żadnego usztywnienia.

Nie zapytałam.

Zapomniałam.

Wybił mnie z wytyczonego planu wyjściem z przychodni. Akurat wyszłam ze swojego auta i już miałam iść do przychodni, kiedy on wybiegł z niej, wsiadł do swojego samochodu i wydawało mi się, że odjeżdża.
- No, fajnie. Spierdziela – pomyślałam i stanęłam w miejscu z kluczykami w dłoni. Nie wiedziałam, czy wracać, czy iść do przychodni, więc stałam oniemiała.
Przestawił samochód. Jakaś kobieta wyjechała a on powrócił na swoje miejsce. Wysiadł i wszedł do przychodni.
Poczłapałam i ja.
Weszłam i zaczęliśmy terapię.

Cały czas biję się z myślami nad tym rozdwojeniem dotyczącym kontaktów. W gabinecie mam mu ufać i uzewnętrzniać swoje najskrytsze myśli. Rozmawiać z nim, jakby był moim najlepszym przyjacielem a na zewnątrz, w realnym świecie, udawać, że się nie znamy. To śmieszne i odpychające. Sztuczne, ale czy nie na tym opierają się kontakty międzyludzkie – na sztuczności i promowaniu „swojej lepszej strony”
Czasami mam wrażenie, że nikt nie mówi prawdy. Lansuje się. A kiedy zostaje przyłapany na kłamstwie, nie wie, jak ma z tego wybrnąć. Najczęściej wtedy milknie, rumieni się, spuszcza głowę i odchodzi.
Gabinetowa relacja mi odpowiada – jest sztuczna i oparta na dystansie a ja jestem przecież ekspertem od dystansów i murów. Grunt, to żeby nikt nie zbliżył się do mnie zanadto, bo wtedy mnie odrzuci…
Wiem, on rzuciłby tekst o zupie pomidorowej i o tym, że chcę nią być…
Właściwie, to coraz mniej mnie obchodzi, czy ktoś mnie lubi, czy trochę mniej, czy wcale.

Podobno za tydzień będzie…