Piątek, 08:15

Jak na złość! Kiedy mam zajęty ranek – śpię jak najdłużej a kiedy mam wolne, budzę się bardzo rano! No, nieźle…

Wciąż myślami jestem przy Beacie.
Przyjechała do niej mama. Beata już w domu. Wie o diagnozie. Wie, że ma przeżuty do kości, że ból kręgosłupa jest spowodowany naciekiem nowotworowym. W poniedziałek jedzie do  Wieliszewa. Jej matka jest przerażona – widać to po oczach. Ona jest przerażona.
Pokazała mi leki od psychiatry.
- Zerknij – poprosiła.
- O, na wieczór masz takie same jak ja – odpowiedziałam ze śmiechem – a te drugie to nowsza, bezpieczniejsza pochodna seronilu. Pewnie te drugie są na rano?
- Tak…- spojrzała na mnie z pytaniem, którego nie zadała.
- Beata nie musisz się ich bać. Są bezpieczne i nie uzależniają. Po trittico szybciej usypiasz i przesypiasz spokojnie całą noc. Jesteś wypoczęta a te drugie są na poprawę nastroju. Trittico biorę i jak widzisz pracuję, jeżdżę samochodem, nie jestem dziwna, otumaniona, ani nie śpię w dzień. A ten podobny do seronilu miałam kiedyś. Tych leków nie trzeba się bać. One ułatwiają życie. Wiem, stygmatyzacja i łatka świra, ale są takie momenty w życiu, że bez chemii ani rusz… – zaśmiałam się – bez chemii – powtórzyłam.
- No właśnie i twoja chemia też pomoże. Najpierw zrobią naświetlenia, żeby zmniejszyć guz na kręgosłupie a później będzie chemia. Beatka to się teraz leczy. To nie wyrok i jest szansa na wyleczenie – paplałam.
Jej mama patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami.
Wcześniej opowiadałam o moich wyjazdach wakacyjnych.
- No słucham pani i nie mogę się nadziwić. Pani się nie boi tak sama jeździć samochodem i to w tyle miejsc?
- Wcale. Chciałam kiedyś nawet zabrać Beatkę, ale nie chciała…
Wiele strachu. Najważniejsza jest nadzieja na wyzdrowienie i chęć życia. Najważniejsza.

Jakiś wszędobylski chaos zapanował w moim świecie – Beata, nowa dyrekcja w szkole…

W pracy atmosfera gęstnieje z dnia na dzień. Ludzie nieprzychylni nowej dyrekcji nakręcają siebie i innych jak spirale. Trudno wytrzymać. Jakaś pieprzona eskalacja. Już nie ma znajomych. Utworzyły się dwa obozy – PIS i PO a osią niezgody jest nowa dyrekcja. Popieprzony czas. Już nie ma kompetencji i normalnego, ludzkiego podejścia – są partie, media, nagonka, ukradkowe łypanie okiem, pogardliwe spojrzenia, inwigilacja i denuncjacja. Chyba nie będę wychodzić ze swojej pracowni, bo nawet pogadać nie będzie z kim.

Nadchodzą mega ciężkie czasy…

Albo ja wszystko widzę w ciemnych kolorach, ostatnio.

20994271_957924954350475_7906105201070967497_n

Środa, 13:29 In tereatment

Wstałam z potężnym bólem głowy, za późno. Myślałam, że się spóźnię na wizytę.

Nie spóźniłam się.

A tam się poryczałam.

Miałam być mocna. Miałam się kłócić i obstawać za swoim a w rzeczywistości się poryczałam.

Za dużo tego wszystkiego…

Za dużo jak na mnie.

Najpierw gastroskopia i wycinek. Podejrzenie nowotworu u mnie…

Później sytuacja z Beatą i moje myśli, że nie mogę jej pomóc. Że odchodzi ktoś wspaniały. Ktoś, kto nie pcha się w cudze życie z butami, nie instruuje, do doradza, nie krytykuje. Po prostu jest obok i taki ktoś umiera. Zostawia dwoje dzieci i męża…

B oczywiście przełożył to na mnie i na moje odczucia. Na moje wyparcia i chronienie drugiej osoby zamiast siebie.

A mnie w tym wszystkim nie ma. Czuję się jak w bańce mydlanej. Oglądam świat dookoła. Mojej choroby nie ma. Ot, wzięli wycinek, jakby to była zwykła czynność podobna do borowania w zębie. NIE CHCĘ MYŚLEĆ O SOBIE!

Ryczałam nad Beatą…

Byłam zła na fochy u córki. Okres dorastania. Była u córki znajomej, która kiedyś mi dokopała. Miałam ogromne zaufanie do tej znajomej, wręcz powierzyłam jej całe swoje poranione życie i dostałam ogromnego kopa. I do jej córki zawiozłam swoją, bo się przyjaźnią. A ja cała jestem na nie, ale … Niech tam. Córka chciała zostać u niej na noc. Nie zgodziłam się i w zamian otrzymałam mega focha. Córce przeszło dopiero dziś.

Dziś zadzwoniłam do Beaty. Jest lepiej. Żwawszy głos. Była na wizycie u psychiatry, nota bene, tej samej, która wspierała mnie. Rozmowa wypadła bardzo pozytywnie. Będzie miała leki na poprawę nastroju. Jest lepiej. Dziś w nocy nawet spała.

Jadę do niej.

Nie jest łatwo wspierać kogoś bardzo bliskiego.

Deszczowy ten dzień…

Czwartek, 22:17. Pozytyw zdecydowania

Być zdecydowanym! To daje efekty

Szczeniaki podkuliły ogony. Nagle okazało się, że jestem ważna. Zmiękli. Jeszcze trzymam ich w niepewności. Teraz ja rozdaję karty :-D

Byłam u radcy prawnego.
Kiedy przeczytał kwotę wymienioną jako alimenty na dzieci, gruchnął śmiechem. Przeprosił za swoje zachowanie, mówiąc „Je per…prze”
- Ja wczoraj skwitowałam to dosadniej – odezwałam się.
Powiedział mi co mam zrobić, gdzie iść i jakie pismo wystosować do sądu.
Ulżyło mi.

Wcześniej zadzwoniłam do pani prokurator i powiedziałam o pozwie i bełkocie w nim spisanym. W pozwie jest mój adres, chociaż zastrzegłam go w prokuraturze. J nie przeszkodziło to w zdobyciu adresu.  Ona była mocno zdziwiona.

Następnym krokiem będzie złożenie pozwu rozwodowego, który mnie uchroni przed kolejnymi roszczeniami ze strony „mężusia”.

Tak, w szpitalu psychiatrycznym przebywają nie tylko chorzy psychicznie, są tam też prawnicy, którzy kryją się przed wymiarem sprawiedliwości, symulując chorobę i właśnie tacy prawnicy później są doradcami takich osób jak J. Paranoja :-(

Nie mam zamiaru się poddać!!!

Niedziela, 10:17 – osiemnaste urodziny

Wczoraj syn skończył 18 lat.

Wszedł w formalną dorosłość.

Złożyłam mu życzenia. Kupiłam bukiet kwiatów i czekoladki. Uściskałam mocno.

Już 18 lat  kiedy jesteśmy razem. Przyszedł na świat 7 stycznia o godzinie 10:40, ważył 4450 g i mierzył 61 cm. To był czwartek. Urodził się przez cesarskie cięcie.
Ojciec, który deklarował swoją obecność przy porodzie, niestety, nie mógł wejść na salę, bo to była chirurgia.
Mały był przenoszony. Przechodziłam termin. Nie miałam bóli. Podczas badania usłyszałam: „Brudne wody” i „Sama nie da rady urodzić”.
Przeleżałam całą noc na patologii ciąży a rano zwieziono mnie na salę operacyjną.
O 10:40 wyjęto mi go z brzucha. Miał 8 punktów. Był niedotleniony. Przez cały dzień leżał w inkubatorze. Dostałam go dopiero w piątek, w południe i pierwszymi moimi słowami na jego widok były: „Boże jaki on brzydki”. Był duży i czerwony na twarzy. Tak powitałam mojego syna na tym świecie.
Siostrzenica, która zdążyła urodzić już dwóch chłopaków, pocieszyła mnie, że jest ładny, wypoczęty, nie musiał się przeciskać przez kanał rodny i nie ma w związku z tym zdeformowanej główki a jej mieli. Niewielkie to było dla mnie pocieszenie. Mały był duży i ciężki. Nie miałam siły wyciągać go z wózeczka dla noworodków. Pocięty brzuch bardzo bolał a nie przypominam sobie męża obok siebie. Może był…Podobno siedział pod drzwiami sali operacyjnej bardzo wystraszony i blady i dopytywał się pielęgniarek jak idzie operacja. Chyba mignął mi nawet kiedy wieziono mnie na salę poporodową. Może nawet informował mnie, że mały jest w inkubatorze. Może był obok mnie… Nie pamiętam… W pamięci zostały tylko te najgorsze chwile. A szkoda…

No dobra, wróćmy do Młodego. Wszedł w dorosłość. Jego zachłystywanie się dorosłością skwitowałam: „Dorosły będziesz wtedy, kiedy zaczniesz opłacać własne rachunki z pieniędzy zarobionych przez siebie”

Mój syn, ponad 1,80 m. Chłopisko o wielkich nerwach, niewyparzonym języku i dobrym sercu. Chłopię, które większość czasu spędza przed ekranem komputera, ale przyciśnięty potrafi posprzątać, ugotować, upiec ciasto. Dziecko, które przeszło przez traumatyczne sytuacje i było świadkiem scen, których nie powinien w życiu oglądać. Chłopak lubiany przez rówieśników i dorosłych. Przez dorosłych za uśmiech i poczucie humoru. To poczucie humoru rozwala także mnie. Chłopak, który potrafi słuchać bez jakiegokolwiek komentarza i dawania rad. Ma swoją paczkę przyjaciół i lubi do nich wychodzić. Nienawidzi chłopaków z zawodówki i innych półgłówków za ich głupotę i wredne zachowanie. Pali e-papierosy, ale nienawidzi wódki. Lubi za to dobre wino… Kiedy mnie nie ma bluzga jak szewc… Mój syn. Człowiek, któremu podarowałam życie …

Mała ma 15 lat.

Są wspaniali.

Wypełnili połowę mojego życia.

Tą dobrą połowę.

No, ok.

Co za oknem?

Bezchmurne, błękitne niebo i mróz. W nocy było – 20. Teraz, w dzień, -14. Wszyscy tak chcieli zimy i Ten w górze spełnił ich prośby – mamy zimę. Mroźną zimę. Jest troszeczkę śniegu i bardzo niskie temperatury.

Lecę do kuchni. Najpierw kawka a później jedzonko na obiad i ciasto dla Młodego. Wczorajsze ciasto szybko się skończyło. :-D

Niedziela, 08:47

Obudziło mnie przepiękne słońce za oknem

A właściwie to obudziło mnie w środku nocy głośne szczekanie psów. Gacek poszedł ma nocny spacer i nie wrócił do domu. Około 3 usłyszałam głośne ujadanie psów na schodach. Wyszłam na dwór. Trzy wielkie psy stały przed drzwiami a Gacek przestraszony siedział na parapecie. Odgoniłam ujadacze i wzięłam kocinę do domu. Tak się skończyły nocne eskapady :-(

Kurde, mam problem. U młodego, na głowie pojawiła się jakaś narośl. Nie mówił mi o tym, że ona rośnie. Na początku września zdrapał sobie krostę. Polało się dużo krwi. Sprawdziłam co to było. Wyglądało jak rozdrapany pieprzyk. Skrzyczałam go, że nie rozdrapuje się takich rzeczy.
W tę sobotę zaczął coś mówić o fryzjerze, że musi sobie przyciąć włosy, bo są za długie.
- A może ty byś przycięła? – zapytał – ale tak, żeby nie przyciąć tego – i pokazał mi dużą narośl.
- Matko, co to jest? – niepotrzebnie wykrzyknęłam
- No to jest to, co kiedyś rozdrapałem
- To urosło!
Wiem, niepotrzebnie go zdenerwowałam. Narośl jest wielkości dużej fasoli. W poniedziałek idziemy do lekarza rodzinnego po skierowanie na wycięcie.

Boję się o niego.

Kiedy miał  dwa i pół roku pod pachą pojawiła się duża torbiel i też rosła. Przestraszyłam się, że to rak. Pół roku wcześniej na raka zmarła moja mama. Szybciutko dostaliśmy skierowanie do Centrum Zdrowia Dziecka. Zabieg miał trwać godzinę. Zabrali go o 8 a z sali operacyjnej wyjechał o 14. Wszystko było ok. Nic się nie działo, aż do teraz… Bardzo się o niego boję…

***

A tak z innej beczki…

Jak magnes przyciągam facetów z problemami.
Wracam do poniedziałkowego wpisu, a później czwartkowego.
Starym sposobem zastosowałam ucieczkę – tego się nauczyłam żyjąc z osobą chora na schizofrenię. Najpierw przerażenie a później ucieczka. Ucieczka, żeby chronić własne życie. Tu też, pierwsze co zrobiłam, to skasowałam jego komentarze. Jego… to znaczy człowieka, który często „wpadał” na mojego bloga i komentował niektóre wpisy a okazał się tak „dziki”, że zaczął atakować. Przywróciłam jego komentarze i odpowiedziałam na poniedziałkowy komentarz. Nie mogę wiecznie uciekać. W dupie to mam!!!

Wkurwia mnie i do szału doprowadza postawa, że takie osoby są zwalniane z wszelkiej odpowiedzialności, bo są chore. Mąż zabił i nie będzie odpowiadał za swoje czyny, bo był niepoczytalny. A dlaczego był nie poczytalny? Bo nie chciał się leczyć!!!
Chora ustawa mówiąca, że chorzy psychicznie mają sami decydować o swoim stanie zdrowia i sami udawać się do lekarza!! No, konia z siodłem temu, kto przekonałby mojego męża, że jest chory. Dorzucę jeszcze pół królestwa, jeżeli w stanie psychozy doprowadziłby go do przychodni psychiatrycznej. ON BYŁ NAJZDROWSZYM CZŁOWIEKIEM NA ŚWIECIE!!!! Wszyscy, na czele ze mną byli chorzy i się go czepiali.
Czekam na sprawę. Czekam na orzeczenie biegłych w jego sprawie. Obecnie nie mogę mu nawet zabrać praw rodzicielskich i zakazać jakiegokolwiek kontaktu z dziećmi, bo z powodu choroby nie ma zdolności prawnej.
Owszem są chorzy, którzy w swojej chorobie nie są agresywni, ale mój mąż do nich nie należał.
A teraz przyczepił się jeszcze jakiś „dziki” i wylewa swoją żółć na mnie. Co, leki przestały działać???
A wydawał się na początku taki miły…

Wilk w owczej skórze :-(

***

No i co zrobić z tak pięknie zapowiadającym się dniem???

Hahahahahaha

Idę na kawusię!

****

Mam to w dupie. Odpuszczam sobie. Nie będzie mi jakiś palant właził na bloga. Zahasłowałam go i koniec. Ważniejszy mój spokój, niż wygrana z jakimś palantem, psycholem.

Napisał jeszcze komentarz: ” Ale to już? Tak szybko? No przecież taka walka z facetami i w ogóle feminizm, te sprawy, a tu chuj na resorach? Blog zahasłowany? Poddajesz się? No jestem rozczarowany, muszę przyznać. A w ogóle, tak na poważnie, to zjebałaś to. Bez znaczenia, bo nikt by nie zauważył, ale zjebałaś i nikt na tym nie zyska. Bez sensu. Bo widzisz, wszystko powinno mieć sens.”

Nie wszystko musi mieć sens! Wredny psycholu.

Jeszcze mnie ciągnie, aby z nim podyskutować, parę razy odpisać. Zjebać go na funty. Pośmiać się z niego i jego pisaniny. To tak, jakby odegrać się na J, tylko co to da. On i tak nie zrozumie a ja dalej będę się wkurwiać.

Chce mi się spać

Jutro ciężki dzień. Musze iść z R do lekarza.