Poniedziałek, 11:52 Wielki wkurw

Poraża mnie nienawiść ludzi do siebie

Zadziwiają mnie wciąż „nowe filozofie”, które ulepszą jakość życia

Zwalanie odpowiedzialności za własne życie na innych ludzi.

Uratować nas i dać szczęście ma sposób odżywiania, udział w warsztatach  i treningach personalnych, wiara, bycie idealnym…

Bawi mnie wiara w spirulinę, chlorofil, witaminę C lewo i prawoskrętną (to chyba cud), wegetarianizm, weganizm, jakieś inne izmy,

diety cud

kremy cud

święte wody

bioenergoterapię

inne energie, włącznie z kosmicznymi.

Przeraża fundamentalizm religijny i i ludzie którzy narzucają jedynie dobry sposób postępowania

Dwulicowość ludzi

Ich maski

Wszechobecna nienawiść, zwłaszcza w rodzinie i narzucanie komuś swoich poglądów

Radzenie innym – nie ma nic gorszego niż Wujek, albo Ciocia Dobra Rada

 

Zamiast dotrzeć do samych siebie, poznać siebie samych i to, dlaczego reagujemy tak a nie inaczej, dlaczego wciąż wybieramy takich a nie innych ludzi do towarzystwa, dlaczego wytrzymujemy z toksyczną rodziną, szukamy nowych „wybawicieli” z naszego piekła. Uwieszamy się na „filozofiach” i ludziach, jakby byli naszą arką do lepszego życia. To nie jest „arka”!!! To ponton, który przy najbliższej rafie zostanie przebity i ujdzie z niego powietrze a my zostaniemy po uszy w gównie, albo mówiąc kulturalniej „w naszej okrutnej rzeczywistości” i znów będziemy się użalać nad sobą :-(

Prawda jest zawsze bolesna a „filozofie” są takie aksamitne i pociągające. Lepiej przytulać się do aksamitu niż zostać na zimnej i szorstkiej skale prawdy. Ale na czym buduje się dom? Na miękkim aksamicie, czy na twardej skale, na trwałej podmurówce???? Nic dziwnego, że nasze aksamitne domy są gówno warte…

Trudno zostawić złą (toksyczną, dysfunkcyjną) rodzinę, bo jak to? Być samym??? Lepiej wykańczać się psychicznie niż zostawić najbliższych…

A najgorsze, że bardzo wierzymy w aksamitne iluzje, jesteśmy spętani religią, albo ideologią…

Rzeczywistość jest taka jaka jest, więc trzeba na nią zakładać filtry i przystosować ją do siebie i dlatego prawda tak boli

***

Od wielkiej miłości do wielkiej nienawiści niewiele trzeba

Moje rodzeństwo, kiedyś bardzo się kochające, teraz zionie do siebie nienawiścią i jeszcze chce w tę nienawiść wciągnąć mnie.

Środa, 09:59 In treatment

Już po

Dużo słów

Były słowa o matce

O wielkiej złości do niej

Mówiłam to z wielkim strachem i tak ściśniętym gardłem, że ledwie mogłam oddychać. Oddychałam, bardzo płytko. Kiedy to mówiłam, siedziałam pochylona, opierając łokcie na udach, ze splecionymi dłońmi. Wpatrywałam się w mocno splecione dłonie…

Boli mnie głowa

Zaraz do pracy

 

Brak słów

Wszystko we mnie buzuje

Muszę to wszystko przetrawić

 

Jedno „odkryłam”. Otaczam się ludźmi, którzy mnie nie słuchają. Takich ludzi wybieram sobie na znajomych.
były małżonek J, Anka, okularnik, znajoma M – wspólny mianownik – brak słuchania i agresja, kiedy ja ośmielam się zwracać ich uwagę i mówić, że nie mają racji i chciałabym, żeby mnie w końcu słuchali. Wtedy się burzą. Krzyczą. Są agresywni i obrażeni. Kończą znajomość, albo uciekają się do przemocy – J, okularnik, Anka. Kurde, nawet teraz, kiedy to piszę, kręci mi się w głowie i przestaje oddychać.

Dziś było spotkanie ze złością, śmiercią i miłością. Jak w filmie „Ukryte piękno”. Złością do rodziców, zwłaszcza do matki, śmiercią – bo oni przecież nie żyją i miłością, której nie otrzymałam w dzieciństwie.
- I co, mówiąc, że mam żal do matki, że tak się nie robi małym dzieciom, że nie powinny zostać bez miłości, będzie mi lżej. Załatwię, to co nie załatwione – powiedziałam ze złością i przekąsem. – To wszystko jest psychologicznym bełkotem. Wmawiając sobie, że mamy pokochać siebie i że jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, poczujemy się lepiej? – zadając to pytanie patrzyłam w okno.
Byłam zła na niego.
Schowałam lewą dłoń w rękaw i oparłam łokcie na kolanach.
Zamilkłam…

- Co czujesz – bardziej odszyfrowałam, niż usłyszałam ciche pytanie.

Patrzyłam w okno.

- Kurwa, co ja czuję??? – pomyślałam.
Gardło miałam mocno zaciśnięte. W głowie huczało.
Nie chciałam odpowiadać.
- Nie mam zamiaru odpowiadać – myśl świdrowała mi w głowie.
W gabinecie zaległa cisza.

Po dobrej chwili odpowiedziałam:
- Złość, strach, mam ściśnięte gardło – bardziej odszczekiwałam, niż odpowiadałam. Miałam dość.
- Bezsens…

 

Ok. Może napiszę coś więcej później.

Musze się szykować do pracy.

***

20:20

Co do filmu „Ukryte piękno”, główny bohater rozmawiał z miłością, śmiercią i czasem a nie złością.

To ja dziś rano czułam dużo złości, może dlatego to przejęzyczenie.

Przy wyjeździe samochód oczywiście nie chciał zapalić. Czas naglił a samochód wciąż gasł. Za 15 ósma. Już chciałam dzwonić z wiadomością, że się spóźnię. I nagle zapalił. Wyjechałam, wyjąc na zakrętach.
Na wiadukcie korek…
Zdążyłam rzutem na taśmę.

Zaczynałam rożne tematy.
Wierciłam się na fotelu. Nie mogłam usiedzieć w miejscu.
Wróciłam do tego, co było dwa tygodnie temu.
Najpierw powiedziałam o trudnościach z uruchomieniem samochodu. Oczywiście on przetłumaczył to na swoje kopyto. Wyłuskiwał ukryte znaczenia zdarzeń i moją niechęć do przyjazdu. Nie oponowałam, bo miał rację. Gdyby nie wiara w to, że ta terapia mi pomoże i jego podejście, jego znikanie i odzywanie się akurat w tych momentach, kiedy trzeba, dawno przestałabym chodzić.
Opowiedziałam o roszczeniowej mamuśce i powiedziałam, że bardzo mnie wkurwiła.
- Użyłaś tego słowa – usłyszałam
Zaklęłam jeszcze raz, mówiąc o jej słowotoku i niemożliwości wcięcia się w jej słowa.
- Wkurwiają mnie tacy ludzie…
- Znów to słowo – usłyszałam
Wiem, że chodziło mu o wulgaryzm. Nie skomentowałam tego. Za to powiedziałam, że nienawidzę takich ludzi. Ludzi, którzy nie słuchają…
- Co ci to przypomina? – zapytał
- Kurwa, co mi to przypomina? Znów mam wrócić do dzieciństwa? Chyba żartuje? Człowieku, co ty? – tajfun myśli przeleciał przez moją głowę.
Spojrzałam w jego stronę i powiedziałam:
- Ok, powracam do dzieciństwa. Znów do matki… – a w duchu – Zadowolony???
Zaśmiał się…

Nienawidzę tego powrotu do dzieciństwa. Szczerze nienawidzę.

Później mówiłam o psychologicznym bełkocie, a później wstąpiła we mnie jędza i patrząc w podłogę i na swoje zaciśnięte dłonie, mówiłam z wielką złością o niemożności powiedzenia matce tego, że nie krzywdzi się dzieci, że ja się nie zgadzam na takie traktowanie.

Wiem, że siedział z boku i tego słuchał… i obserwował.

Czułam ogromny ucisk w gardle. Pochylona na dół głowa ciążyła niczym kamień. W oczach łzy, ale złość nie pozwalała tym łzom wypłynąć z oczu.

Cicho powiedziane przez niego słowa zaginęły w szumie, a wręcz huku w głowie. Domyśliłam się, że pytał o uczucia. Byłam na niego zła za to pytanie. Nie chciałam już nic mówić, ale ta „druga” wypychała słowa z ust. Szczekałam tymi słowami, na odczepne, żeby już tylko nie powtarzał tego pytania o uczucia, żeby już nie było tej ciszy, żeby nazwać to co czuję.

Matko, trudny ten dzień…

Trudna ta terapia…

Czuję się teraz odrobinę lżejsza, chociaż ten ocean negatywnych emocji jeszcze mnie zalewa.

W czasie naszej rozmowy on użył metafory „ciemnego pokoju” (już nie pamiętam o co chodziło) i tego, że ludzie się go boją, bo nie wiedzą, co jest w ciemności.
- To zła metafora w moim przypadku. Ja się nie boję ciemności. Dla mnie ciemność była bezpieczna. Znikałam w niej, kryłam się w jej czerni, nie było mnie widać.

Oczywiści powiedziałam też, że przez dwa tygodnie ćwiczyłam oddychanie.
- Aha… – spojrzał na mnie pytająco.
- Żeby inni nie widzieli, że się boję. Boję się nawet obecności innych… – kurde, dlaczego to mówię? – pomyślałam. Chciałam powiedzieć, że uczę się oddychać, żeby czuć się lepiej wśród innych.
- Więc znikasz… A teraz jeszcze uczysz się kamuflować
Tak. Miałam warsztat  ukrywani swoich emocji.
Kurde jest dobrym obserwatorem…

Znikam… Nawet w pracy idę do swojej pracowni i zamykam za sobą drzwi. Wychodzę po zajęciach. Przestałam bywać w pokoju nauczycielskim. Odgradzam się od innych. I bardzo mi to pasuje.

Powiedziałam, że ostatnio odsunęłam się od znajomych. Chcę od nich odpocząć, wyciszyć się. Nabrać siły…

A tak naprawdę boje się ich reakcji. Boję się tego, że nie chcą słuchać a chcą, żebym ja słuchała i się nad nimi użalała, doradzała. A ja nie mam na to siły. Już nie…

Wielki miszmasz z dzisiejszego dnia

Głowa wciąż boli

Nie mam siły nawet płakać.

 

Przyszły zamówione płyty z muzyką. Kocham muzykę. Głośne słuchanie zagłusza wszystko a mi potrzeba odskoczni. Płyta Sii jest niezła. Grunt to się nie poddawać…

 

 

 

 

Never Give Up

 

„Walczyłam z demonami, które nie pozwalały mi spać
Nawoływałam do morza, lecz mnie porzuciło

Ale nigdy się nie poddam,

Nie dam się tobie, nie upadnę
Odbiję się od dna, gdy się na nim znajdę
nigdy się nie poddam,
Nie dam ci się tak
Odbiję się od dna, gdy się na nim znajdę
nigdy się nie poddam

Znajdę odpowiednią drogę, trafię do domu,

Prześladuje mnie odległa przeszłość
Wezwałam niebo, ale było zachmurzone

Ale nigdy się nie poddam,

Nie dam się tobie, nie upadnę
Odbiję się od dna, gdy się na nim znajdę

Znajdę odpowiednią drogę, trafię do domu,
Nie poddam się,”    (Sia)

Zwyciężę wszystkie swoje demony. Zwłaszcza te, które są podobne do matki i ojca!

Nie poddam się!

Chcę mieć dobre życie i będę je mieć!

Środa, 10:11. In treatment…

Skończyły się słowa

Skończyły się…

O uczuciach boję się nawet myśleć a co dopiero dać im dojść do głosu

Jestem mistrzem słów, zachować, masek, postępowań…

Był moment, kiedy mało brakowało, żebym wybuchła…

Przestraszyłam się tego…

Wcisnęłam uczucia jak najgłębiej pod powierzchnię zachowań, uśmiechów, słów, bagatelizowania…

Mało brakowało…

Przed oczami zrobiło się ciemno

Szybko wróciłam z otchłani

Przywołując na usta piękny uśmiech…

 

Jeszcze wszystko buzuje

Jeszcze…

Łatwo mówić

Trudniej czuć

Trudniej pozwalać sobie na czucie

Boli mnie głowa

***

17.20

Już w domu

Już posprzątane. Obiad dla dzieci przyniesiony. Dla siebie ugotowałam kaszę, na maśle. Lubię grubą kaszę…

Przeżywam to co działo się dzisiaj na terapii.

Jest ciekawie…

Niewiele pamiętam z tego, co mówi B.

Skupiam się na tym, co ja mówiłam.

Oczywiście obśmiałam to co się teraz dzieje. Podkreśliłam, że to jest nieracjonalne, idiotyczne i śmieszne.

Po chwili powiedziałam, że obśmiewam to, co śmieszne jednak nie jest.

A co widziałam? Jaką sobie dziś zrobiłam wycieczkę do przeszłości?

Bardzo ciężką

Widziałam małe, pięcioletnie dziecko, które zostało wrzucone w świat dorosłych ludzi. Do skłóconych rodziców i dorosłego rodzeństwa. Bardzo samotne dziecko. Przyszło nie wiadomo skąd. Nikt go nie chciał. Najpierw wychowywała je siostra a później zapłakana matka.
W tym fragmencie widziałam mały, ciemny pokój. Bez oświetlenia. Pod oknem stało mnóstwo donic z wielkimi kwiatami. Nazywałam to miejsce „gajem”. Matka kochała kwiaty-krzaki. Chowałam się w tym pokoju. Kiedy było niebezpiecznie kryłam się za oparciem łóżka, pomiędzy donicami. Ponieważ tam nie było światła, nawet jak ktoś wszedł, mnie nie widział. To była dobra kryjówka. Rozwścieczony ojciec zawsze stawał w drzwiach pokoju i wydzierał się „Gdzie ta kurwa jest?”. Nie szedł dalej… Nawet matka mnie nie widziała. Znikałam…

Widziałam siebie-małe dziecko i nagle wezbrała we mnie ogromna złość i żal. Chciałam krzyczeć, że tego nie robi się małemu dziecku, że mam dość, że strasznie się boję, że są skurwielami, że nie mam siły nawet oddychać i mam dość wtapiania się w tło. Duszę się…

W oczach pojawiły się łzy…

Ciemno przed oczami…

Dookoła mnie jakiś tajfun, niszczący huragan…

Pokój zaczął wirować…

Przestałam oddychać…

Na chwilę…

Łzy stoczyły się po policzkach.

Siedziałam wyprostowana i sztywna. I nagle, stop, jakbym włożyła korek. Korek do butelki. Zadarłam wysoko brodę… Uciszyłam emocje… Założyłam magiczną maskę.

I nie wiem, co on powiedział. Nie usłyszałam tego. Nie zwróciłam na to uwagi. Coś o matce, o biologii, coś… Nie dopytywałam. Pokręciłam przecząco głową i powiedziałam, że nie wiem o czym mówi.

Znów jakieś słowa…

- Widzę, że masz trudności z określeniem matki. Tak jak o ojcu można powiedzieć, że jest albo mocno przemocowy i pijący, albo wyciągający rękę z kanapką i karmiący, tak o matce nic nie mogę powiedzieć. Jakby jej nie było. Jest ona i siostra, ale która jest matką? – stwierdził B

- Ja sama mam problem z określeniem, która jest bardziej matką?

- Czujesz się adoptowana?

… Moje milczenie…

Zaczęłam inny temat

- Czuję się niechciana. Bezpańska. Sama. Samotna.  Jest siostra i matka, ale która jest moja? Obie mnie nie chciały…

Powroty do dzieciństwa. Wciąż w to samo miejsce. Wciąż do tego samego dziecka. Do siebie…

A zaczęłam sesję, tym, że bardzo mną wstrząsnęła jego obserwacja sprzed tygodnia.

I zaczęłam podróż do tego samego miejsca.

Wstydzę się tego. Obśmiewam to. Mówię wiele słów z głośnym śmiechem i szyderstwem.

Powiedziałam, że czuję się jakby było nas dwie. A po chwili, ze śmiechem dodałam, że dobrze, że nie czuje się w trzech osobach… Nie czuje się jak bóg. Zewnętrznie się śmiałam, ale w środku byłam przerażona. To nie do pogodzenia i nie do ogarnięcia.

Czułam się jakbym plotła nielogicznie, nieracjonalnie. To nie ja

Śmiałam się. Płakałam. I próbowałam oddychać. Klatka piersiowa była tak ciężka, jakby położono na niej masywną, wielotonową płytę. Czułam się jak w potrzasku. Bo mała dziewczynka chciała krzyczeć a dorosła kobieta trzymała ją za pysk i nie dawała nic mówić.

Powiedziałam do B, że bardzo bym chciała, żeby ktoś pochylił się nade mną, wsłuchał się w to o czym mówię, dał mi odrobinę ciepła, zainteresowania, uśmiechu, uwagi…

On coś powiedział o przeżyciu dzieciństwa, ponownym przeżyciu dzieciństwa.

To tylko słowa.

Czy można ponownie przeżyć utracone dzieciństwo? Ponownie poczuć się szczęśliwym, beztroskim dzieckiem? Wielu psychologów, trenerów, terapeutów mówi, że tak. Podaje sposoby… Czytałam o tym.  Próbowałam się zastosować. Racjonalistka we mnie chwali się, że już przerobiła tę lekcję. Napisałam nawet o tym na drugim blogu, ale uczuciowiec-dziecko wciąż się skarży, że nie umie tego zrobić, że zamiast serca ma ogromną dziurę, której nic nie jest w stanie zapełnić. Dziecko wciąż wrzeszczy i płacze, albo drży przerażone w ciemnym pokoju. Samotne. Schowane wśród ogromnych donic z kwiatami.

Utknęłam…

Boję się wyjść

A w świecie rzeczywistym???

Jest ok. Nawet mega ok. Jestem piękna. W miarę młoda. Zdrowa. Daję sobie radę. Mam wspaniałe dzieci.

Kobieta z klasą.

Głęboki wdech i wydech…

Spotkanie z małą dziewczynka chyba za dwa tygodnie.

W środę może go nie będzie. Dobrze. Te trzy tygodnie dały mi mocno w kość. Potrzebuje odpoczynku. Piękna pani profesor potrzebuje spokoju. Zamknę na cztery spusty moją małą dziewczynkę.

Wiem malutka, że jest ci ciężko, ale muszę odpocząć i nabrać siły.

Dla innych mam wiele zrozumienia, ciepła, uwagi, ale sama dla siebie jestem oschła i wymagająca…

Umiem wczuć się w cudze uczucia, odgadywać cudze potrzeby bez słów, być kameleonem. Znikać.

Siostra miłosierdzia dla innych a dla siebie wredna suka…

Mega ciężka terapia.

Zapaliłabym papierocha…

Niedziela, 23:41- roszczeniowi rodzice

Kurwa mać!!!!!!

Ale miałam rozmowę z mamuśką jednego z podopiecznych.

Młody miał wiele nieobecności i nieopłacone zajęcia

Baba mnie obarczyła winą – podobno nie mogła się do mnie dodzwonić, a jej „synek” był chory. „Chory” był w grudniu, styczniu, w wiele dni w tygodniu. Będzwał, 120 kg żywej wagi a taki chorowity… To moja wina, że nie odbieram telefonów, to moja wina, że tak ustalam spotkania, to moja wina, że…

Dostała jakiegoś słowotoku

Nie mogłam się wbić w jej wypowiedź

Musiałam być „miła”, w końcu jestem pedagogiem, wrrrrrrr

Cała sytuacja, dosyć niezręcznie, rozgrywała się w sklepie.

Mogłam do babsztyla nie podchodzić…

Nie mogłam znieść jej słowotoku i powiedziałam, żeby dała mi coś powiedzieć i wysłuchała tego, nic nie mówiąc.

Baba nawet na mnie nie patrzyła… Wzrok leciał jej w dal i trajkotała, trajkotała, trajkotała…

W wyobraźni brałam ją za ten umalowany ryj i syczałam, żeby się zamknęła

Na moje słowa, że synalek jednak ma odrobić zajęcia, odparowała, że ona ani myśli wysyłać go do miasta na odrobienie zajęć, bo „mały” jest skręcony i może wpaść pod samochód.

kurwa mać, jaki mały????  Chłopisko 1.70 i waga 120 kg. 15 lat!!!!! Nadgorliwa mamuśka!!! Wymalowana bździągwa, ze słowotokiem…

……

…..

Skończyłam jałową rozmowę. Powtórzyłam o odrobieniu zajęć i opłatach. W środku się gotowałam. Wycedziłam do widzenia (a w myślach – pierdol się głupa babo). Odeszłam…

Nie mogłam zrobić zakupów…

Wyszłam z marketu

E dreptała za mną

Wsiadłyśmy do samochodu. Nie wytrzymałam. W drodze z całych sił zaczęłam krzyczeć. Krzyk był tak głośny, że sama od niego głuchłam. Głos wibrował od emocji. Głośno!!!! Musiałam wykrzyczeć nagromadzoną złość, inaczej bym tego nie wytrzymała. Udusiłabym się. Bluzgałam. Waliłam pięściami w kierownicę i darłam gębę jak opętana.

E się nie odzywała.

Rodzice gorsi od dzieci. Roszczeniowi i niesłuchający.
Na jej słowa, że nie tylko ona jest niezadowolona z tego, że opiekuję się grupą, odparowałam, że może zmienić grupę, albo niech zmienią opiekuna.
Zawsze niezadowoleni są ci, którzy mają największe zaległości, są leniwi, i roszczeniowi.

Kurwa mać!

Ja ich zadowolę!!! Będą mieli spotkania w tym tygodniu i następnym. Odrobimy luty!!!

 

Piątek, 21:49

Już piątek

Jak ten czas szybko leci

Minęła emocjonalna środa

Co po niej zostało w pamięci?

Pytanie B dotyczące mojej blokady:
- Boisz się, że nie wytrzymam twojej złości? Chcesz mnie chronić? Myślisz, że się przed nią nie obronię? Mam wrażenie, że mnie chronisz…
Nie zaprzeczyłam. Nie skomentowałam. Nic nie powiedziałam.

Boję się wybuchu swojej złości, bo wieloletnia tresura zrobiła swoje. Czego się boję? I tu pojawiają się obrazy płaczącej matki, wrzeszczącego ojca, albo bijącego męża, albo męża, który się nie odzywał i wychodził do matki. Zostawiał mnie samą ze wszystkim…

Obraz po którejś kłótni…
Zamknęłam się w łazience. W dłoni jakiś syrop uspakajający. Matka używało go kiedy umierała na raka. Było go całkiem sporo. Pękata, ciemna butelka. Wypiłam ją całą i położyłam się na podłodze. Czekałam na śmierć i na to, że on będzie chciał wejść, dowiedzieć się, czy wszystko w porządku. Nie wszedł. Trzasnęły drzwi. Poszedł do matki. Do drzwi pukał malutki syn… Chciałam umrzeć… Miałam dość… Nawet nie zwracałam uwagi na dziecko…

Czemu z nim byłam? Tak bardzo przyciągało mnie jego okrucieństwo. Miałam taką ogromną nadzieję na jego przemianę…

Czemu nie wybucham złością?

Bo mam być grzeczna, miła, pomocna…

Matko, przecież to wszystko już było. Już to wałkowałam. Powinnam mieć to już za sobą. To mi przypomina drążenie w skale miękką łyżką. Próbuję i nie wychodzi. Łyżka wciąż się gnie a skała jest niewzruszona. Ponad trzy lata drążenia… Tak bym chciała, żeby to wszystko mogło nastąpić szybciej, sprawniej, ekspresowo a tu nie ma tak łatwo. Czas się wlecze a blokady wciąż trzymają.

Dziwi mnie moje zachowanie w gabinecie. Przebieranie nogami, zaciśnięte szczęki, zaciśnięte mocno dłonie. Koniuszki palców bielały od mocnego uścisku. Miałam tego świadomość, ale nie mogłam nad tym zapanować.
Mam też świadomość jego prowokacji i powinnam się z nich śmiać a tymczasem doprowadzają mnie do szewskiej pasji, do złości… Jemu o to chodzi, ja o tym wiem i nic nie mogę z tym zrobić.

Jego nonszalancja, spóźnianie, wołanie mnie do gabinetu machnięciem głowy i ostatnie poganianie mnie, kiedy śmiałam się z dwiema innymi paniami podczas rozmowy. Oczywiście potulnie wstałam i poszłam do gabinetu.

Jego odwracanie kota „z dupy strony” jak podsumowałam jego wypowiedź. Pierwszy raz zanegowałam jego słowa stwierdzając, że mówi w ten sposób abym ja poczuła się winna. Kiedyś bym tak nie zrobiła. Słuchałabym potulnie a w domu przeżywała, jaka to ja jestem zła i niewdzięczna. Niegrzecznie mu przerwałam i powiedziałam co myślę o jego słowach.

Powoli może, jednak, jakaś skorupa pęka…

Bardzo powoli…

W pracy koleżanka przeprosiła mnie za „niedopatrzenie” ze środą.
Przeprosiła po wizycie dyrektorki, która poszła z nią porozmawiać. Powiedziałam dyrektorce, że mogą mi wstawić naganę za nieobecność, ale ja i tak nie przyjdę w środę na dwie pierwsze godziny, bo w tym czasie mam terapię. Patrzyła na mnie i obiecywała, że coś z tym zrobi. Miałam nie mówić o terapii w pracy. Sytuacja mnie do tego zmusiła.  Mam gdzieś, że będą sobie coś myśleć. Oni mojego życia za mnie nie przeżyją a ja chce w końcu mieć dobre życie a nie popieprzone i w strachu.
Podczas rozmowy z koleżanką powiedziałam też o rezygnacji z ostatniego projektu, do którego wspaniałomyślnie mnie dopisała. Powiedziałam, że da sobie radę beze mnie. Negowała. Oczywiście, że da sobie radę beze mnie. Tak jak dały sobie radę z pielgrzymką. Odpuszczam. Poradzi sobie…
Chrapkę na paczki ma wiele osób. W zeszłych latach paczki były duże a w tym zdołała uzbierać jakąś nędzną reklamówkę… Chętnych jest wielu, ale nie będzie czym dzielić. Niestety… Ja odpuszczam.

No i miałam nic dziś nie pisać.

Telewizor nie chce odbierać. Nie ma drabiny i nie można poprawić anteny. Nie ma co robić, więc piszę… Pamiętnik zagubionej czterdziestki, która postanowiła ratować własne życie wspierając się terapią. Niełatwą terapią.

Usłyszałam od niego (B), że mogę mówić wszystko, że zawsze mogę tam wrócić, że to ja zdecyduję kiedy koniec, że mogę wyrazić swoją złość i wciąż mu nie wierzę…