Poniedziałek, 15:01 – prawie lato?!

Kurde, chyba herbatka z szałwii nie skutkuje. Jestem mega zmęczona

Dwa lata temu strasznie negatywnie przeżywałam rekolekcje a w tym roku…

Luzik…

Ludziom potrzebna jest odrobina magii, magiczne rytuały i zrzucenie odpowiedzialności za siebie na siłę wyższą…

Była dziś magia. Jak dwa lata temu… „Święte” omdlenia, łzy, niedowierzanie, zaskoczenie… Młodzi, jedni zaskoczeni a drudzy roześmiani i robiący sobie z tego jaja. Ogólnie mało osób. Na cztery szkoły, z których jedna ma ponad 1200 uczniów, na hali ok 800 uczniów. Z mojej szkoły może 20 (na 200).

Nie mogłam spać w nocy. Kot dokazywał…

AAA jest jeden plus herbatki – wieczorem jest mi ciepło i nie muszę owijać się w koce.

Za oknem piękna, letnia pogoda. Ogromny przeskok z niskich temperatur, zimowych na letnie, 22 stopnie.

A ja taka zmęczona….

…. hm…

 

***

22:08

W środę terapii nie bedzie

***

Wzięłam świadectwo chrztu dla małej. Spotkanie z proboszczem z mojej dawnej parafii. Usłyszał moje nazwisko i zapytał:
- Z tych Z?
- Tak
Popatrzył na mnie.
-  W jakim on jest szpitalu?
- Nie wiem.
- Próbował się kontaktować z dziećmi?
- Tak, ale dzieci nie chcą a nim rozmawiać.
Wywiązała się rozmowa o sytuacji chorych na schizofrenię i ich rodzin.
Spokojnym, mocnym i niskim głosem mówiłam o teściowej, dla której J był ukochanym synem. Ani słowa o tym, że nie broniła nas a dużo o tym, że wciąż broniła jego.
- Kto by pomyślał, że tak to się skończy?
- Ja wiedziałam. Dwa lata wcześniej byłyby trzy trupy zamiast jednego. Cudem udało nam się uciec.
Ja wiedziałam.
Ksiądz porównał jego chorobę do sytuacji uzależnionych.
- Tak, tylko uzależnieni od alkoholu mają terapię…
- Tak, opiekę – dodał ksiądz
- A rodziny chorych na schizofrenię nie mają żadnej pomocy. Są pozostawieni samym sobie – powiedziałam.
Popatrzył na mnie.
- Ma pani rację. Takich chorych trudno zrozumieć…
- Ich nie da się zrozumieć – pomyślałam.

Zdziwił mnie mój niski i spokojny głos.

On nic nie chciał za świadectwo chrztu.

Wyszłam

Tak, chorzy na schizofrenię to inny kosmos. Tego się nie rozumie. To można jedynie obserwować… I mieć swój równoległy, zrównoważony świat. Niemożliwe, gdy zdrowi i chorzy są razem.

Dla mnie niemożliwe.

Dlatego wolę być sama.

Wtorek, 21:35. Dziś są moje urodziny

 

Jeszcze ten jeden raz
Czy ostatni kto wie
Niech mnie porwie prąd
I w nieznane niech niesie
Jeszcze ten jeden raz
Kości rzucić ot tak
I całkiem nowy los
Wylosować w ciemno, w ciemno

Nie rosnąć i nie chodzić spać
Przyzwoitości w twarz się śmiać
Przyjaciół nigdy nie bać się
I z romansów tylko miłość znać
Wierzyć, że można zmienić świat
Nie czuć, jak szybko mija czas
„Żyć nie umierać” słów poznać sens
Nim na opak całkiem zmienią się

Jeszcze ten jeden raz
Nie słuchać niczyich rad
Robić za błędem błąd
Walczyć o byle co, byle co
Jeszcze ten jeden raz
Na wsi gdzieś jabłka kraść
Przeżyć znów pierwszy dreszcz
Wiedząc to, co dziś wiem, co dzisiaj wiem

(Ania Dąbrowska)

Właśnie tak! Nie czuć, jak szybko mija czas! Wierzyć, że można zmienić świat!

Dziś są moje 45 urodziny!

Dwa dni szkolenia

Mam doła

Moje kochane dzieci zrobiły mi piękne niespodzianki. Mała zrobiła magiczna kartę z życzeniami. Kiedy wyciąga się kartkę z napisem z okienka, napis zmienia kolor a w środku karty wkleiła nasze zdjęcie ze „snapa”. Obie mamy zajęcze uszy i pyszczki. Słodkie… Młody kupił różyczki i czekoladę. Pamiętają…

W takie dni czuje się mega samotna. Mega…

Jeszcze te szkolenie…

Pary małżeńskie. Ta ich bliskość… Ta możliwość polegania na sobie, rozumienia się bez słów… Wiem, idealizuje. Widzę tylko to, co chcę widzieć. Widzę lukier na torcie. Oni mają chociaż jakiś tort…

Wiem, ten dół minie

Czas szybko leci

To moje przesrane życie też musi kiedyś w końcu minąć…

Jestem zmęczona

Jutro wolne od terapii

Trzeci tydzień

Na szkoleniu wykład miała żona terapeuty. Wysoka, szczupła starsza pani, z króciutką, męską fryzurką. Przyglądałam się jej. Po raz pierwszy widziałam ją w roli wykładowcy. W moim życiu pojawiła się jako psycholog – na moment (w 2004 r). Na jesieni 2013 zobaczyłam ja w przychodni. Trzeba było do niej mówić głośno, bo niedosłyszy. Czułam się niezręcznie, kiedy musiałam powtarzać kilka razy jakieś zdanie. Przybita i przestraszona, było to dla mnie ogromna torturą. W 2014 r. trzy razy orzekała jako biegła w sprawie poczytalności męża. Wydawała opinię o nim.
Podczas wykładu spoglądała w moją stronę…
Pod koniec 2014 rozmawiała ze mną w przychodni. Rozmawiałyśmy przez przypadek. Byłam w szpitalu i nie mogłam poinformować o tym przychodni. Naskoczyła na mnie, że przerwałam terapię. Musiałam się grubo tłumaczyć. Nie chciałam przerywać terapii. Ona była zła.  Później zgadałyśmy się na temat mojego głupiego zauroczenia okularnikiem. Wydawała się bardzo władcza, oschła, apodyktyczna a w prywatnej rozmowie okazała trochę ciepła.
Podczas przerw pomiędzy wykładami, w holu widziałam też terapeutę. Przechodził kilka razy przede mną.
Pamiętam jego słowa, że poza gabinetem się nie znamy. Więc go „nie poznałam”. Nie było kurtuazyjnego „dzień dobry”, nawet wymiany spojrzeń. Po prostu go widziałam. Kręcił się dookoła swojej żony, wziął jej laptop, wychodził na dwór na papierosa. Niska, krępa sylwetka, w szarej bluzie. Pochylona głowa i zgarbione barki, jakby dźwigał na tych barkach problemy swoich pacjentów. Na dworze stał z papierosem, a głowę miał schowaną w obszerny kaptur bluzy. Dojrzały, niepokorny, w wyciągniętej bluzie i trampkach na nogach. Na luzie, młodzieżowo, mimo wieku.

Kurwa, jak ja bym zapaliła papierosa… Matko…

Właśnie w takich chwilach, kiedy widzę znajomych – terapeutę i jego żonę, M i jej męża i wręcz „widzę” tę ich bliskość, otwiera mi się w piersiach jakaś dziura, przepaść, rozpadlina i zionie mroźnym powietrzem. Tęsknię za odrobiną ciepła, którą wytwarzają między sobą. Chciałabym pooddychać ich  powietrzem. Stać się ich atmosferą… I wyobrażam sobie, że są taką jednością, że rozumieją się bez słów. Zazdroszczę im tej symbiozy i umieram na samotność. Nigdy nie byłam w stanie utworzyć takiej rzeczywistości dla siebie. I tego im zazdroszczę. I tego mi brak…

No więc jutro mam wolny poranek.

Do pracy zamówiłam ogromny tort. Na 45 urodziny…

Podobno nie wyglądam na tyle lat…

No cóż, kurwa, mam doła :-(

Czwartek, 18:27

Jestem zmęczona

Dzień w drodze

Pojechałam na szkolenie. Około 50 km w jedną stronę.

Może żaden wyczyn… Samochód wył jak potępieniec. Podobno łożyska w alternatorze. Przestawało wyć dopiero przy prędkości 70 km/h.
Szkolenie króciutkie. Dwie godziny…

W domu byłam już o 12.30

Byłabym po jednej lekcji… Gdybym była w pracy.

Zrobiłam sobie wolne. Miałam delegacje.

W domku rzuciłam się w wir gotowania. Brokuły dla małej. Pyszny krupniczek w „cudownym garze”. Sałatka krabowa. Szaleństwo ;-)

O 16 spotkanie z grupą. Godzina w szkole.

Dziś u nas była pierwsza, wiosenna burza. Z grzmotami, błyskawicami, ulewą… Pierwsza wiosenna burza… Uwielbiam burze… Uwielbiam patrzeć na błyskawice i słuchać grzmotów.

Kiedy jechałam do Ł-ży świeciło słońce.

Ziemia pachnie wiosennie. Wiosna…

I ta dzisiejsza burza :-D

Jestem mega zmęczona…

Myślałam  o wczorajszej terapii i o tym, co mówiłam. Mimowolnie na usta wypływał uśmiech zażenowania a nawet śmiech spowodowany sarkastycznymi uwagami na temat siebie samej. Wstydzę się tamtej kobiety. Słabej i zapłakanej, która mówi, że jej jedynym marzeniem jest uwaga ze strony rodziców i ich miłość. Byłam taka słaba i zagubiona. Patrzyłam w okno i ze skrzywioną głową mówiłam, że chciałam, aby ktoś się nade mną pochylił, otoczył opieką… B wykonał gest głową, jakby pochylał się nad leżącym przed nim niemowlakiem. Widziałam to kątem oka… Rozśmieszyło mnie to i zażenowało. Pomyślałam, że muszę teraz pleść okropne głupoty, ale dalej brnęłam w tę sytuację, zaciekawiona, co jeszcze przyjdzie mi do głowy i co jeszcze powiem. Taki sadystyczno-masohistyczny eksperyment.

Dobrze, że nie było mnie dziś w pracy…

Mamy wiosnę :-D

Ania Dąbrowska nagrała piosenkę do filmu. Fajna ta piosenka

 

Może być dobry film…

Seks mobbing ekstremalny ;-)

Albo tak Ewcia Farna i … Wszystko, albo nic…

Wiosna. Marzec. Wszystko, albo nic

 

 

Środa, 10:11. In treatment…

Skończyły się słowa

Skończyły się…

O uczuciach boję się nawet myśleć a co dopiero dać im dojść do głosu

Jestem mistrzem słów, zachować, masek, postępowań…

Był moment, kiedy mało brakowało, żebym wybuchła…

Przestraszyłam się tego…

Wcisnęłam uczucia jak najgłębiej pod powierzchnię zachowań, uśmiechów, słów, bagatelizowania…

Mało brakowało…

Przed oczami zrobiło się ciemno

Szybko wróciłam z otchłani

Przywołując na usta piękny uśmiech…

 

Jeszcze wszystko buzuje

Jeszcze…

Łatwo mówić

Trudniej czuć

Trudniej pozwalać sobie na czucie

Boli mnie głowa

***

17.20

Już w domu

Już posprzątane. Obiad dla dzieci przyniesiony. Dla siebie ugotowałam kaszę, na maśle. Lubię grubą kaszę…

Przeżywam to co działo się dzisiaj na terapii.

Jest ciekawie…

Niewiele pamiętam z tego, co mówi B.

Skupiam się na tym, co ja mówiłam.

Oczywiście obśmiałam to co się teraz dzieje. Podkreśliłam, że to jest nieracjonalne, idiotyczne i śmieszne.

Po chwili powiedziałam, że obśmiewam to, co śmieszne jednak nie jest.

A co widziałam? Jaką sobie dziś zrobiłam wycieczkę do przeszłości?

Bardzo ciężką

Widziałam małe, pięcioletnie dziecko, które zostało wrzucone w świat dorosłych ludzi. Do skłóconych rodziców i dorosłego rodzeństwa. Bardzo samotne dziecko. Przyszło nie wiadomo skąd. Nikt go nie chciał. Najpierw wychowywała je siostra a później zapłakana matka.
W tym fragmencie widziałam mały, ciemny pokój. Bez oświetlenia. Pod oknem stało mnóstwo donic z wielkimi kwiatami. Nazywałam to miejsce „gajem”. Matka kochała kwiaty-krzaki. Chowałam się w tym pokoju. Kiedy było niebezpiecznie kryłam się za oparciem łóżka, pomiędzy donicami. Ponieważ tam nie było światła, nawet jak ktoś wszedł, mnie nie widział. To była dobra kryjówka. Rozwścieczony ojciec zawsze stawał w drzwiach pokoju i wydzierał się „Gdzie ta kurwa jest?”. Nie szedł dalej… Nawet matka mnie nie widziała. Znikałam…

Widziałam siebie-małe dziecko i nagle wezbrała we mnie ogromna złość i żal. Chciałam krzyczeć, że tego nie robi się małemu dziecku, że mam dość, że strasznie się boję, że są skurwielami, że nie mam siły nawet oddychać i mam dość wtapiania się w tło. Duszę się…

W oczach pojawiły się łzy…

Ciemno przed oczami…

Dookoła mnie jakiś tajfun, niszczący huragan…

Pokój zaczął wirować…

Przestałam oddychać…

Na chwilę…

Łzy stoczyły się po policzkach.

Siedziałam wyprostowana i sztywna. I nagle, stop, jakbym włożyła korek. Korek do butelki. Zadarłam wysoko brodę… Uciszyłam emocje… Założyłam magiczną maskę.

I nie wiem, co on powiedział. Nie usłyszałam tego. Nie zwróciłam na to uwagi. Coś o matce, o biologii, coś… Nie dopytywałam. Pokręciłam przecząco głową i powiedziałam, że nie wiem o czym mówi.

Znów jakieś słowa…

- Widzę, że masz trudności z określeniem matki. Tak jak o ojcu można powiedzieć, że jest albo mocno przemocowy i pijący, albo wyciągający rękę z kanapką i karmiący, tak o matce nic nie mogę powiedzieć. Jakby jej nie było. Jest ona i siostra, ale która jest matką? – stwierdził B

- Ja sama mam problem z określeniem, która jest bardziej matką?

- Czujesz się adoptowana?

… Moje milczenie…

Zaczęłam inny temat

- Czuję się niechciana. Bezpańska. Sama. Samotna.  Jest siostra i matka, ale która jest moja? Obie mnie nie chciały…

Powroty do dzieciństwa. Wciąż w to samo miejsce. Wciąż do tego samego dziecka. Do siebie…

A zaczęłam sesję, tym, że bardzo mną wstrząsnęła jego obserwacja sprzed tygodnia.

I zaczęłam podróż do tego samego miejsca.

Wstydzę się tego. Obśmiewam to. Mówię wiele słów z głośnym śmiechem i szyderstwem.

Powiedziałam, że czuję się jakby było nas dwie. A po chwili, ze śmiechem dodałam, że dobrze, że nie czuje się w trzech osobach… Nie czuje się jak bóg. Zewnętrznie się śmiałam, ale w środku byłam przerażona. To nie do pogodzenia i nie do ogarnięcia.

Czułam się jakbym plotła nielogicznie, nieracjonalnie. To nie ja

Śmiałam się. Płakałam. I próbowałam oddychać. Klatka piersiowa była tak ciężka, jakby położono na niej masywną, wielotonową płytę. Czułam się jak w potrzasku. Bo mała dziewczynka chciała krzyczeć a dorosła kobieta trzymała ją za pysk i nie dawała nic mówić.

Powiedziałam do B, że bardzo bym chciała, żeby ktoś pochylił się nade mną, wsłuchał się w to o czym mówię, dał mi odrobinę ciepła, zainteresowania, uśmiechu, uwagi…

On coś powiedział o przeżyciu dzieciństwa, ponownym przeżyciu dzieciństwa.

To tylko słowa.

Czy można ponownie przeżyć utracone dzieciństwo? Ponownie poczuć się szczęśliwym, beztroskim dzieckiem? Wielu psychologów, trenerów, terapeutów mówi, że tak. Podaje sposoby… Czytałam o tym.  Próbowałam się zastosować. Racjonalistka we mnie chwali się, że już przerobiła tę lekcję. Napisałam nawet o tym na drugim blogu, ale uczuciowiec-dziecko wciąż się skarży, że nie umie tego zrobić, że zamiast serca ma ogromną dziurę, której nic nie jest w stanie zapełnić. Dziecko wciąż wrzeszczy i płacze, albo drży przerażone w ciemnym pokoju. Samotne. Schowane wśród ogromnych donic z kwiatami.

Utknęłam…

Boję się wyjść

A w świecie rzeczywistym???

Jest ok. Nawet mega ok. Jestem piękna. W miarę młoda. Zdrowa. Daję sobie radę. Mam wspaniałe dzieci.

Kobieta z klasą.

Głęboki wdech i wydech…

Spotkanie z małą dziewczynka chyba za dwa tygodnie.

W środę może go nie będzie. Dobrze. Te trzy tygodnie dały mi mocno w kość. Potrzebuje odpoczynku. Piękna pani profesor potrzebuje spokoju. Zamknę na cztery spusty moją małą dziewczynkę.

Wiem malutka, że jest ci ciężko, ale muszę odpocząć i nabrać siły.

Dla innych mam wiele zrozumienia, ciepła, uwagi, ale sama dla siebie jestem oschła i wymagająca…

Umiem wczuć się w cudze uczucia, odgadywać cudze potrzeby bez słów, być kameleonem. Znikać.

Siostra miłosierdzia dla innych a dla siebie wredna suka…

Mega ciężka terapia.

Zapaliłabym papierocha…