Środa, 21:52 In treatment

Tak, dziś była terapia.

Tak, boję się raka.

Tak, mam obciążenie genetyczne z dwóch stron.

Tak, przez całe życie żyłam w permanentnym stresie – najpierw był pijący ojciec, później był mąż ze schizofrenią, później był pan P ze swoją paranoją i „depresją”…

Nie, nie obwiniam boga o moją sytuację, bo wiem, że obecny stan jest „owocem” stresującego życia, ale…

Zwolniłam dwa lata temu, kiedy przeniosłam się do obecnego nieba. Do mojej krainy spokojności…

Tak, jestem przerażona…

Dziś powiedziałam, że nie wiem, czy dzieci dadzą sobie radę beze mnie. Wiem, że dadzą. To ja nie wyobrażam sobie życia bez nich… Wiem, że niedługo i tak pójdą za swoim życiem i przeżyję „syndrom pustego gniazda”.

On coś mówił do mnie. Nie chciałam tego rozumieć. Nie chcę w ogóle myśleć o chorobie. Nie, to nie będzie niesprawiedliwość, ale kolejny etap mojego życia.  Chcę teraz czarować rzeczywistość, racjonalizować, śmiać się ze swoich strachów, oszukiwać się i mówić, że nic się nie dzieje.
Kiedy on zbaczał na temat choroby, byłam zła. Zła, że rozmawiamy, jakbym miała za tydzień umrzeć. Z tym strasznym cieniem, strachem i straconą pozycją.

Coś muszę zrobić z tym przełykiem. Przeszkadza mi utrudnione przełykanie i to duszenie się.

Mówiliśmy o eutanazji.
On powiedział, że wybrał tę opcję i rodzina ma szczegółowe wytyczne w tym temacie.
Spojrzałam na niego, w jego oczy…
- Przeraża mnie to. Przeraża mnie aborcja i eutanazja – powiedziałam.
- Pokazywałam młodzieży film dokumentalny o szwedzkim lekarzu, który stosował eutanazję wśród swoich pacjentów. Bardzo wstrząsający dokument. Pokazywał chorych terminalnie, z postępującą, nieodwracalną chorobą, którzy decydowali się na eutanazję. Pacjentka, jeszcze kiedy miała świadomość, podjęła decyzję o eutanazji. Eutanazja była wykonana po trzech latach, kiedy kobieta zamieniła się w warzywo…
- A oglądałaś może film o takim lekarzu…
- Tak – nie pozwoliłam dokończyć – tak, doktor Geworkian. Tak, tylko nie pamiętam teraz tytułu. Oglądałam razem z uczniami. Trudny film. Miałam w trzeciej klasie (średniej) temat eutanazji i wspólnie obejrzeliśmy.
Spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem. Był mocno zaskoczony.
- Dostałaś pozwolenie?
- A czy muszę pytać o wszystko. Młodzież powinna mieć możliwość dotarcia do różnych źródeł  a moim zadaniem jest udostępniać im te źródła w miarę bezpiecznie. I później rozmawiać… I słuchać ich. Dobry film… Nie pamiętam tylko aktora, który odgrywał główną rolę…
- Chyba Al Pacino
- Tak, na pewno Al Pacino
W domu przypomniałam sobie tytuł „Jack, jakiego nie znacie”. Dobry film.

Nie chcę o tym myśleć, a wciąż myślę. Myśleć o raku.

Trudna była dzisiejsza sesja. On mi mówił rzeczy, o których ja nie chcę słyszeć, ani myśleć. Rzeczy, które są, ale ja wolałabym, aby ich nie było.

Jeszcze w pracy słyszę, że schudłam.

Schudłam, bo nie mam czasu na gotowanie. Jem byle co i byle szybciej. W pracy nowa dyrekcja i nowe sytuacje. Niektóre bardzo stresujące. Po raz pierwszy dyrekcja docenia to co robię i nie szczędzi pochwał. Za „starej dyrekcji” byłam na bocznym torze i czasami „niewidzialna” a tu taka niespodzianka. Nawet dostanę nagrodę!!
Wszystko tak dobrze się układa.
Wszystko, oprócz zdrowia.

Tak, kurewsko się boję. Cieszę się każdym dniem. Dostrzegam jego piękno i niepowtarzalność i robię to od dwóch lat. Terapeuta ma w tym ogromną zasługę. Swoją metodą (wkurwiania mnie) pobudza mnie do pozytywnych zachowań. Wytrąca mnie z mojej „równowagi” i zmusza do myślenia. Dzięki niemu zajęłam się sobą i udało mi się wychować fajne dzieciaki.

Chociaż nie chcę się do tego przyznać – jestem kurewsko przerażona.

I nie, nie widać tego na zewnątrz. Śmieję się, żartuje, rzucam w wir pracy, piszę bloga, prowadzę stronę internetową mojej pracy na Facebooku i podobno robię to świetnie (dlatego nagroda). Prowadzę lekcje i pracuję z młodzieżą, która za mną przepada. A w środku jestem przerażoną kobietą, która myśli, że kiedy dostanie rakową diagnozę, to nie będzie walczyć z chorobą. Nie będę walczyć, bo wciąż „widzę” swoją matkę, która leży na łóżku i umiera a ja nie umiem jej pomóc. Jedyne co mogę zrobić, to trzymać jej coraz zimniejszą rękę i patrzeć jak cierpi, przeklina i patrzy na mnie przerażonym wzrokiem i nie rozumie… i rozumie.. i wie, że to już koniec, bo ten skurwysyn rak – jak krzyczy – ją zżera.

Za dużo widziałam… Za dużo przeżyłam… Za dużo wiem… I za dużo myślę.

Idę spać

Środa, 16:07, In treatment

Jestem zmęczona.

Wyniku z wycinka nie ma.

Myśli zajęte Beatą. Po kolejnym wlewie chemii jej twarz jest usypana krostami. Przeszkadza to jej. Wciąż dotyka zajętych miejsc.
To podobno dobrze, bo to znaczy, że chemia działa.

Na sesji nie wiedziałam od czego zacząć. Zaczęłam opowiadać o tym co dzieje się w moim życiu. O wyprawie do S-ku i o tym, co tam zobaczyliśmy.
Opowiadałam o B i o miłości do niej. Żalu, że ma tak groźna chorobę, o czekających ją naświetlaniach. Powtarzałam wciąż, że dobrze że poddaje się leczeniu.
Mówiłam o nieprzyjemnej atmosferze w pracy…
O tym, że jestem dumna z dzieci, które udało mi się dobrze wychować. O ich umiejętnościach i zainteresowaniach.

Morze słów, byle nie mówić o tym, co ważne. Nie wiedziałam, co jest ważne. Z czym dziś przyszłam?

Nie wytrzymałam w końcu i powiedziałam, że boję się wyniku z wycinka.
Przełyk wciąż boli. Trudno jest przełykać stałe posiłki. Biorę antybiotyk i drugi lek. I czekam na wynik hist-pat.

On zauważył, że dziś przyszłam na wizytę z podsumowaniem całego mojego życia, moich osiągnięć. jakbym się żegnała. Zauważył: „powiedziałaś, że wychowałaś dzieci… że osiągnęłaś spokój… stworzyłaś spokojny dom… Wszystko w czasie przeszłym”.
- Tak. Dziś odbiorę wycinek i zobaczę co z leczeniem. Bardzo mi przeszkadza utrudnione przełykanie. Boję się jeść – odpowiedziałam.
- Może to sprawy na tle nerwicowym?
- Też tak myślę.
A w głowie dudni pytanie, czy uda się wyleczyć to „zwężenie” przełyku i w jaki sposób? Owszem czuję panikę, bo nie stać mnie na częste wyjazdy do lekarzy i drogie wizyty prywatne. Nie stać mnie na chorowanie.

On powiedział, że mocno przeżywam sytuację z B, bo podświadomie widzę w niej siebie.

Poniedziałek, 19:58. W domu

Już w domu.

Masakryczna droga powrotna.

Odcinek 6 km jechałam 2,5 godziny.

Wyjechałyśmy po 18 a w domu byłyśmy ok. 3 rano.

Jeden plus to chłód nocy. Nie lubię jechać w nocy. Za kółkiem czuję się niepewnie. Nawigacja prowadziła a ja miejscami nie wiedziałam, gdzie jestem. Przyjechałam ledwie żywa, ale dojechałam. Dowiozłam moje dziewczyny.

Przywiozłam wiele wspomnień.

To był mega aktywny tydzień.

I to tyle. Jestem zmęczona. Idę spać…

Później opiszę, gdzie byłyśmy i co widziałyśmy.

Niedziela, 00:04

O matulu!

Egzaminy skończyły się około jedenastej

Przyszłam do domu. Coś zjadłam i zaległam na kanapie.

Za oknem burzowo.

Mała oglądała jakieś filmy.

Nie wytrzymałam.

Poszłam do ich pokoju. Położyłam się na jej łóżku i usnęłam.

Obudziły mnie grzmoty.

Młody siedział przed komputerem.

Przespałam do 19.

Jestem mega zmęczona.

Ogarniają mnie myśli o przemijaniu. O tym, że się starzeję. Że jestem gdzieś po środku mojego życia, a może w 3/4. Gdzieś uciekło dzieciństwo, stresująca młodość, przepłakane małżeństwo… I jestem tu gdzie jestem. Nie młoda, ale też jeszcze nie stara. Życie przeciekło przez palce czasu. Sączy się, przesypuje przez wąską klepsydrę dni. Dzień za dniem… Dzień za dniem… Dzień za dniem… Coraz szybciej… Coraz dalej… Coraz…